Codzienność

Codzienność

wtorek, 30 kwietnia 2013

Rzeźby aniołów, bezdomna sunia i kwiaty w domu i przed domem...

Coś ostatnio bardzo mi się marzy wprowadzenie do wnętrza mojego domu więcej energii anielskich. Można to zrobić na wiele sposobów takich jak np. medytacje z aniołami, mandale anielskie, obrazy czy inne ozdoby. Medytację z aniołami praktykuję oczywiście od dawna, do mandali się dopiero przymierzam, obrazów kilka już mam a co do innych ozdób to tych mi wyraźnie brakuje i kombinuję jakby te braki uzupełnić. Są w sprzedaży całkiem fajne i pełne swoistego wdzięku, choć nieco kiczowate zazwyczaj, figurki z gipsu czy porcelitu. Te niestety do mojego domu się nie nadają ze względu na koty, które włażą wszędzie i wszystko albo prawie wszystko nagminnie przewracają lub zrzucają. Wymyśliłam więc rzeźby lub płaskorzeźby drewniane. Są odporne i niektóre bardzo piękne. Ostatnio wyszperałam takie na allegro i na digart...

Podobają mi się zwłaszcza dzieła Mariana Wójtowicza...i chyba się skuszę jak mnie będzie stać ale jeszcze nie wiem ile kosztują. Są spore bo około 1 m i z pewnością pachnące lipą z której zostały wykonane,.,.



 Ten anioł Toksycznych związków przydałby mi się do sypialni. Może zaopiekowałby się sferą uczuć...




A dla tego anioła Dostatku widzę miejsce w moim przedpokoju. Wyglądałby wspaniale i symbolicznie zapraszał wszelki dostatek do mojego domu...

A tu jest link bo inne prace są równie urokliwe i wymowne...



No i pojawił się wczoraj, a raczej był od dawna tylko ja o tym nie wiedziałam, problem z bezdomnym psem a właściwie sunią i do tego jeszcze właśnie karmiącą. Sunia, według relacji mojej znajowej, pojawiła się w okolicach jej domu już kilka miesięcy temu jeszcze zimą i od tego czasu koczuje na okolicznych łąkach w pobliżu lasu. Jak udało jej się przetrwać mrozy nie wiadomo. W tym momencie ma szczeniaki z tym, że nie wiadomo ile i gdzie bo nikt ich nie szukał jak na razie. Sunia jest spora i ma ucięty ogon/chyba ktoś jej zrobił krzywdę/. Nie jest podobno agresywna. Zupełnie nie wiem jak jak pomóc a coś zrobić przecież trzeba. Nigdy psom nie pomagałam bo się ich okropnie boję. W dodatku za daleko mieszkam, żeby ją wyśledzić a znajoma nie chce się mieszać. Utworzyłam wydarzenie na facebooku i wątek na dogomanii. Może ktoś mieszkający w pobliżu zainteresuje się losem suni i coś dla niej zrobi bo ja sama wiele nie zdziałam...Liczę zwłaszcza na pomoc fundacji, które się na takich interwencjach  znają...



Przy okazji pobytu w Będzinie wstąpiłam wreszcie do kwiaciarni i niestety trochę się rozczarowałam bo kwiatów doniczkowych było o wiele mniej niż zwykle.Wybrałam sobie z trudem dwa ale do końca zadowolona nie jestem bo nie wiem czy im będzie u mnie dobrze i czy wogóle przetrwają. Kupiłam ładnie rozrośnięty skrętnik o uroczych fioletowych kwiatkach i odmianę fikusa o drobniejszych sprężystych listkach. Okaz podobny nieco do bonsai. Skrętnika kiedyś miałam i rósł  bardzo dobrze no ale sama go ukorzeniłam z sadzonki pobranej z pięknego okazu zdobiącego okno kuchenne mojej mamy. Natomiast fikusa tej odmiany mam po raz pierwszy. Z tego co przeczytałam jestem w stanie zapewnić mu odpowiednie warunki np..temperaturę bo na szczęście lubi w okresie zimowania chłód. Skrętnik stoi na oknie w kuchni i koty go jeszcze nie wypatrzyły bo nie dałam im okazji. Z fikusem jest już gorzej bo umieściłam go w pokoju dziennym czyli w miejscu gdzie przebywają koty. Wzbudził  od razu ich zainteresowanie. Inaczej nie mogło być. Obstąpiły go ze wszystkich stron, obejrzały i obwąchały ale na razie nie pogryzły i jest duża szansa, że tak będzie dalej bo listki są za twarde by je skusić. Tak myślę...Obym się nie myliła...


Przy okazji zakupów roślin doniczkowych rozejrzałam się też za kwiatami do doniczek ale na dwór przed dom bo już najwyższy czas na coś się zdecydować. Kwiatki wybrać trudno bo mają u mnie ciężkie życie z powodu zbyt dużego nasłonecznienia miejsca w, którym muszą rosnąć. Miejsce jest od południowego wschodu i w dodatku pod murem tak, że nie ma przepływu powietrza i słońce cały czas przypieka. Trzeba by te wrażliwsze podlewać kilka razy dziennie a ja nie mam już do tego zdrowia a Krzyśkowi się po prostu nie chce. W tym roku posadzę więc chyba tylko pelargonie, werbeny i może jedną doniczkę petuni. No i może kilka czerwonych szałwi przy schodach w gruncie. Zrezygnuję z begonii, żeniszków, bratków, śmierdziuszków i fuksji. Może wysieję jeszcze trochę nasturcji pnącej i to wszystko...Tak musi być niestety ale żal mi trochę tych czasów gdy kwiatami miałam obsadzone całe schody i jeszcze na dodatek długie  doniczki zdobiły  prawie wszystkie parapety.

Zupełnie niespodziewanie dziś rano dostałam propozycję napisania jednego lub kilku wierszy do specjalnego numeru czasopisma literackiego Na stronie poświęconego miastu Łodzi. Numer zapowiada się bardzo ciekawie bo zamieszczone w nim będą wiersze wielu uznanych poetów. Czuję się zaszczycona, bardzo się cieszę no i naturalnie już pilnie pracuję bo czasu za dużo nie mam a mam zamiar wysłać dwa może trzy wiersze...

Wiosna w rozkwicie. Ptaki szaleją i śpiewają na potęgę. Wszystko rośnie i rozkwita. Ożył nawet mój ogród a podwórko nie pozostaje w tyle. Tyle piękna przyciągającego wzrok...







niedziela, 28 kwietnia 2013

Konkurs poetycki, zwierzęta, książki i pichcenie...

Wczoraj późnym wieczorem dowiedziałam się na facebooku, że w bibliotece głównej w Będzinie, do której notabene jestem od bardzo dawna zapisana,  istnieje  grupa poetycka Rymozaury. Istnieje i co ważne działa. A teraz ogłosiła ogólnodostępny konkurs poetycki z nagrodami. Nagroda główna jest bardzo atrakcyjna bo dofinansowanie w kwocie 1000zł do wydania tomiku. Mam zamiar oczywiście w konkursie wziąć udział i teraz siedzę i pilnie piszę wiersze bo muszą być trzy i w dodatku nigdzie/nawet w internecie/wcześniej nie publikowane. Czas mam tylko do końca kwietnia.Wygrać naturalnie nie mam rzadnych szans bo zwykle w oczach krytyków uznanie zdobywają wiersze trudne, pełne cierpienia, rozterek, zmagań i walk nie tylko wewnętrznych a ja takich wierszy nie lubię, nie piszę i na dzień dzisiejszy pisać nie mam zamiaru bo nie chcę celebrować nieporządanych uczuć ani dręczyć duszy. Moje samopoczucie i przyjemność tworzenia są w tym przypadku ważniejsze niż nagrody a czytelnicy na szczęście wiersze o lżejszej tematyce też lubią i cenią. No a tomik już kończę przygotowywać i pewnie w tym roku wydam i tak bez dofinansowania...Swoją drogą muszę się tej grupie poetyckiej bliżej przyjrzeć i zorientować się na czym polega jej działalność bo wprawdzie na spotkania w gronie poetów nie za bardzo mi się uśmiecha biegać no ale gdyby te spotkania nie były organizowane za często to może warto by było się jednak na nie pofatygować...Krzysiek by marudził ale co tam...ciągle marudzi...
A jeśli już jesteśmy przy rozwijaniu własnych zainteresowań i bywaniu z tym związanym to dowiedziałam się też niedawno, że w domu kultury w Będzinie istnieje możliwość zapisania się na zajęcia z malarstwa. Zajęcia są oczywiście płatne ale cena jest umiarkowana. Odbywają się niestety aż trzy razy w tygodniu tak, że chyba zrezygnuję bo to dla mnie stanowczo zbyt częste wyjścia z ukochanych domowych pieleszy. Z drugiej strony warto by było się zapisać bo są organizowane wspólne plenery i wystawy a to szansa na udostępnienie szerszemu gronu swoich obrazów. Spytam bo może istnieje możliwość bywania rzadziej i opłaty po każdych zajęciach...A wtedy może...kiedyś bo w tej chwili ciągnie mnie bardziej do vedic art...

Dziś całe futrzaste towarzystwo było odrobaczane jak co roku z nadejściem wiosny. Wszystkie zołzy zostały, nie bez komplikacji, poważone na wadze elektronicznej pożyczonej od koleżanki bo moja niestety nie działa tak jak potrzeba. Tabletki były uniwersalne tz.i dla psa i kotów na 10 kg wagi więc musiałam je precyzyjnie podzielić. Nie obyło się oczywiście bez awantury czyli gryzienia, drapania i  dzikich wrzasków. Zostałam oczywiście uszkodzona i to kilkakrotnie mimo zawijania kotów w gruby koc. Grzecznie połykał tylko Józek bo ma wprawę i Pikuś dzięki fortelowi z kiełbasą. Wnioski z ważenia nie są zbyt optymistyczne bo 3 łakomczuchy i to w dodatku kastraty niestety nabrały tłuszczyku a weterynarz wyraźnie zakazał tycia. Filuś, od jesieni, przytył trochę, Śnieżek dużo ale jeszcze rośnie i Mruczek ponad pół kg tak, że aż mu sadełko na brzuszku zwisa. Będę musiała na nie uważać bo wprawdzie bardzo okrągłe jeszcze nie są ale i smukłe też już nie....Więcej nabrać  im nie wolno...Pozostałe koty są raczej smukłe i całe szczęście.
Przytył też  Pikuś i to sporo bo trzeba było poluzować obrożę. Dziwi mnie to bo ostatnio zrobił się strasznie wybredny. Chrupki nie każde je, obiad ze swojej miski raz na dwa dni, na kości kręci nosem i zjada dopiero wtedy gdy zabierają się za nie koty. Jeszcze tylko chętnie z tym, że nie zawsze wyjada z kocich misek gdy nie widzimy. Smakuje mu też suchy pokarm dla kotów. Co będzie dalej zobaczymy...


Na obiad była dzisiaj tarta a właściwie guiche na kruchym cieście

nadzienie

2 duże cebule
kawałek papryki
mały seler
dużaaa marchew lub 2 mniejsze
kawałek korzenia pietruszki
sól
pieprz
tymianek
1/2 szklanki śmietany
4 jajka
trochę startego żółtego sera
 w wersji dla mięsożerców można dodać pokrojoną kiełbasę lub boczek

Cebulę i paprykę pokroić, dodać starte/grubo/marchew, seler i pietruszkę no i ewentualnie wędlinę i podsmażyć na oleju. Wyłożyć na tortownicę wyścieloną kruchym ciastem/ z brzeżkiem/doprawić i zalać śmietaną z jajkami. Na koniec posypać startym  serem. Piec 35 minut. Smacznego...

Na kolację przygotowałam grzanki na chlebie tostowym z rybą w oleju wymieszaną z zieloną cebulką z parapetu i posypaną  żóltym serem Szybkie i proste tak jak lubię. Pycha...



Od dawna za mną chodził zakup kilku książek o malowaniu i dzisiaj uległam wreszcie i zamówiłam dwie. Przyjdą oczywiście już po świętach ale skoro czekałam tyle mogę poczekać jeszcze trochę...nic mi się nie stanie. W końcu cierpliwość to wspaniała cecha...Ponoć..



Na tą  poczekam niestety nieco dłużej...


a te są w raczej odległych planach...




a ta jeszcze poczeka bardzo długooo....bo za pastele się jeszcze nie zabrałam...

sobota, 27 kwietnia 2013

Codzienność, medytacje i kolczyki...

Ostatnie dni były  bardzo pracowite. W środę i w czwartek był kurs a wczoraj dalsze przesadzanie agrestów i przygotowywanie miejsca pod następne. Znalazłam jeszcze kilka ładnych krzaczków w innym miejscu więc jest spora szansa, że będą  inne niż te, które brałam z jednego, poprzedniego, miejsca. Dobrze by było bo przydałyby się agresty i czerwone i zielone. Do tej pory przesadziliśmy 9 krzaków. A jutro mimo niedzieli, mamy zamiar przesadzić porzeczki bo jednak kilka krzaczków znalazłam. Będą chyba czerwone bo w tym miejscu rósł kiedyś potężny krzak właśnie czerwonych porzeczek, jeszcze posadzony przez dziadka, i to mogą być odrosty. Byłoby wspaniale tym bardziej, że dwa krzaki czarnych porzeczek już mam. Rosną wprawdzie pod płotem w cieniu drzew ale trochę owoców jednak z nich zbieram.
Dzisiaj dzień odpoczynku, przynajmniej dla mnie bo Krzysiek biedaczek oczywiście, całe popołudnie, jest w pracy. Miałam zamiar troszkę po południu pospać ale skończyło się tylko na dłuższej medytacji tym razem z kamykami na czakrach i w gwieździe z kryształów górskich. To bardzo skuteczna medytacja, jedna z lepszych, jakie stosuję. Od razu wycisza i relaksuje albo dodaje energii w zależności od tego w którą stronę skierowane są czubki kryształów górskich. Czubki skierowane w kierunku ciała dodają energii, a czubki skierowane na zewnątrz odprowadzają nadmiar energii i przez to wyciszają. Ja osobiście medytuję dość często ale nie codziennie niestety bo nie zawsze mam czas .Lubię medytować a medytację z kamieniami  lubię  szczególnie bo kamienie budzą mój zachwyt i czuję z nimi wręcz magiczną więź od zawsze, Dzisiejsza medytacja mnie wręcz odrodziła. Kamykom oczywiście podziękowałam, oczyściłam je i wystawiłam do okna, żeby miały możliwość chłonąć do woli energię słońca i księżyca tak jak tego potrzebują. poczułam ich wdzięczność...
Tak sobie myślę, że trzeba by dokupić trochę kamyków i do litoterapii i pośrednio do terapii czyli biżuterii z naturalnymi kamieniami. Ostatnio coś bardzo kuszą mnie kolczyki. Oczywiście takie długie i wiszące bo tylko takie lubię. W moim wieku takie wprawdzie nie bardzo pasują ale chyba nie będę na to zwracała uwagi i i tak kupię bo w końcu moje kolczyki mają się podobać przede wszystkim mnie a  innym, nawet te wyjątkowo długie, przecież krzywdy nie robią...
Najwyraźniej po vedic art nabrałam innego spojrzenia na niektóre sprawy i odwagi...

Na dzień dzisiejszy wybiorę pewnie coś z tych chyba, że znajdę jeszcze inne...wszystkie są srebrne z naturalnmi kamieniami...









Zamówiłam wreszcie specjalny papier do malowania akwarel w blokach/3 rodzaje/ pędzel z włosia wiewiórki/ cieniutki i drogi/ medium do akwarel i kilka farb akwarelowych w kostkach znacznie lepszych gatunkowo niż moje szkolne. Zabrałam się za to niestety za późno i chyba  przesyłka przyjdzie dopiero po świętach a szkoda...Zamówiłam też oczywiście farby akrylowe w tubkach/4 kolory/w tym wreszcie jasny róż do namalowania anioła miłości, który już za mną  od dawna chodzi i upomina się cichutko o uwagę...Przy okazji trafiłam na sklep dla plastyków w Katowicach, zajmujący się również sprzedażą internetową, mający w ofercie stosunkowo tanie podobrazia i sztalugi. Kusi mnie wybrać się tam osobiście i zrobić porządne zakupy na miejscu, pooglądać dokładnie, popytać i podotykać...No ale jak bez samochodu...

Właśnie Rozunia otworzyła sobie lodówkę/pierwszy raz/i zjadła ponad 20 dkg wędliny/chyba szynki/ z indyka. Musiała jej szelmie bardzo smakować  bo nie zostawiła nawet plasterka. A potem część/chyba/ zwróciła na świeżo rozłożony obrus w kuchni bo to jednak za dużo jak na drobną koteczkę. Będzie wieczorem wojna bo Krzysiek kupił sobie,,to coś" na niedzielę a będzie musiał jeść warzywka  i ewentualnie dżem...

No i jeszcze następne dwa obrazy z kursu...Pierwszy to Ruch a drugi Moja przestrzeń...




czwartek, 25 kwietnia 2013

kwiaty, krzewy i kurs vedic art...

Zawsze kochałam kwiaty z tym, że z uwagi na chory kręgosłup od kilku lat pielęgnowałam  już tylko te w domu. Miałam sporo,ładnych i rozrośniętych, we wszystkich pokojach, w ganku i w kuchni. Od pewnego czasu kwiatki są systematycznie niszczone przez koty. Zwłaszcza Rozi podgryza i zrzuca je z półek i parapetów a teraz nie są nawet bezpieczne  w sypialni bo je gnębi w nocy Józek. Zniszczyły mi na spółkę prawie wszystkie albo w całości albo tak pogryzły, że kwiatki są nie do odratowania. Przepadły stopniowo połamane: prawie metrowa begonia drzewiasta, fikus beniana o dwubarwnych listkach, aralia, szeflera, fikus dębolistny i ten o dużych gładkich barwnych liściach oraz drzewko szczęścia i geranium. Józek zjadł całego, dużego papirusa i chemedorę a Rozi jakiś czas temu wzięła się nawet za agawy. Zielistki i asparagus nie mają szans od dawna a bluszcze oddałam bo chociaż wisiały na ścianie nie były bezpieczne a są trujące. Została oskubana dracena, 2 choje/wprawdzie trujące ale tak niesmaczne,że ich nawet nie próbują/, fikus beniana, epyfilum i kliwia, wysoko pod sufitem. Nic nie pomagało ani karcenie ani wysiewanie trawy. Już się prawie poddałam...gdy zupełnie nagle koty prawie straciły zainteresowanie. Wystarczy je pogonić i odchodzą. I reszta kwiatków już od kilku miesięcy jakoś trwa. A ja zaczęłam kupować nowe bo bardzo mi ich brak. Zapisałam się na fora ogrodnicze i zamawiam sadzonki i szczepki takie hodowane w domu bo te z kwiaciarni często po przyniesieniu do domu po prostu marnieją. Za tydzień ma przyjść begonia drzewiasta i może jak dobrze pójdzie skrętnik i fuksja o 2 barwnych liściach. Kupiłam też  jeszcze przed świętami cyprysika i nadal stoi w stanie nienaruszonym na oknie w kuchni. W przyszłym tygodniu mam zamiar się jednak skusić i pójść do kwiaciarni a może coś kupię...Oby bo dom bez kwiatów zrobił się smutny i pusty...

We wtorek po południu wreszcie przesadzaliśmy z Krzyśkiem agresty. Wreszcie bo zabieraliśmy się za to już z 3 lata. Tym razem  miejsce zmienio 5 dorodnych krzaczków. Wszystkie młode z tym, że odrosty od tych, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Zostało jeszcze conajmniej 6 z tych bardzoo pilnie potrzebujących przesadzenia bo rosnących pod drzewami w gąszczu krzaków bez dostępu słońca.. Posadziliśmy niestety trochę za gęsto bo w odległości metra od siebie a powinno być 1,5 ale nie było możliwości inaczej bo nowe miejsce jest na podwórku pod siatką, a podwórko z gumy nie jest. No a oprócz tych oczekujących 6 jest jeszcze kilka też pod drzewami w starym sadzie. Wszystkie stare, cenne, odporne odmiany. Mam nadzieję, że się przymą i jeszcze się agrestów najem w tym życiu. Myślę jeszcze o czerwonych i białych porzeczkach ale może dopiero jesienią bo w tej chwili nie damy rady podlewać na raz tyle krzaków wiaderkiem bo wody na podwórku podłączonej już nie ma. Kiedyś oczywiście za dobrych czasów była porządna pompka ale rurki pordzewiały i trzeba było odłączyć. Porzeczki może dostanę od koleżanki jeśli będzie miała a jak nie to przykopiemy pędy i przesadzę jak się ukorzenią. Można oczywiście kupić ale mnie zależy na starych odmianach a takie pozostały już chyba tylko w przydomowych ogrodach.
 Trzeba by jeszcze pomyśleć o malinach. Mam sporo krzaków ale zaniedbanych i zdziczałych. Trzeba by je przyciąć, a młode odrosty przesadzić w inne miejsce. I dbać na bieżąco bo w tej chwili zbieram tylko z pół litra owoców a mogłabym znacznie więcej z tej ilości krzaków.Warto o nie zadbać bo to dobra, bardzo plenna odmiana jeszcze po mojej prababci.
W sadzie pod drzewami można też znaleźć  krzaczki truskawek. Takie biedactwa marniutki i wątłe. Oczywiście nie owocują bo zaniedbane, nie zasilane i wyciągnięte z braku słońca. No ale gdyby je przesadzić w lepsze miejsce i dopieścić może by jeszcze coś z nich było. To dobra odmiana rodząca wspaniałe, słodkie owoce. Pamiętam  ich smak z dzieciństwa a to przecież odrosty. Tyle lat przetrwały więc myślę, że warto im dać szansę...Może...
Kusi mnie też i to bardzo posadzenie wiśni może łutówki i śliwy najchętniej damaszki bo lubię się napić kompotu i podjeść ciasta a z kupować szczególnie wiśni nie mam gdzie. Z tym jest problem bo trzeba by najpierw wyciąć 3 stare, uschnięte, potężne drzewa i sporo chaszczy, żeby zrobić miejsce na nowe nasadzenia. Nie bardzo ma się kto za to zabrać. No i nie ma czym bo przecież siekierą się takich spraw nie załatwi. Trzeba by do tego piły spalinowej a my nie mamy.i nie mamy zamiaru też kupować na wycięcie kilku drzew. Muszę to przemyśleć i się z tym  raczej pośpieszyć bo młode drzewko zaczyna owocować dopiero po kilku latach po posadzeniu a ja młodsza przecież nie będę...Kiedyś za czasów mojego dzieciństwa i młodości był ładny sad przy domu. Mój dziadek posadził  sporo drzew i bardzo o nie dbał. Były śliwy damaszki i węgierko-damaszka, grusze, jabłonie letnie i papierówki, wiśnie normalne i szklanki, agresty czerwone, czerwone z włoskiem i zielone, porzeczki białe, czerwone i czarne, orzechy włoskie i winorośl. Owoców było w bród i do jedzenia i na przetwory. Później z czasem drzewa się wyrodziły i zaczęły umierać jedno po drugim. Teraz niewiele już zostało a mnie żal...i czasem złość chwyta, że muszę teraz owoce kupować i zamiast zdrowych soków i kompotów piję napoje ani zdrowe ani specjalnie smaczne...
Brakuje mi też swojego rabarbaru bo zawsze była potężna kępa. Teraz nie ma nawet śladu po nim. No chyba, że jeszcze z ziemi nie wyszedł...Poszukam za miesiąc i jeśli będzie przesadzę a później zasilę...A może w przyszłym roku będę miała własny na kompot i ciasto...

Uratowane kwiatki...biedaczki lichutkie takie...








Jestem już po pierwszym stopniu kursu Vedic art. Dziś miałam ostatnie zajęcia. Jestem bardzo zadowolona i szczęśliwa. Kiedyś pewnie jak wszystko pójdzie dobrze skończę stopień drugi. Nie może być inaczej.   Warto było bo bardzo dużo się nauczyłam we wspaniałej atmosferze, robiąc to co lubię. Otworzyłam się nie tylko pod względem artystycznym ale i duchowym. Nabrałam z powrotem entuzjazmu i rozpędu. Pokochałam malowanie z tym, że teraz ciągnie mnie w stronę abstrakcji. Przez cały kurs namalowałam 9 obrazów. To jeden z nich...Bardzo go lubię...Nosi tytuł Mrok




poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ratowanie roślin, miasto i malowanie...

Wczoraj byłam trochę na dworze z mamą przy roślinach. Mama plewiła, przesadzała i ratowała z chaszczy co się da a ja jej zapewniałam towarzystwo. Przesadziła kilka kępek śpiącch kwiatków, takich cebulowych, białych gwiazdeczek stulających płatki na deszcz i po zachodzie słońca. Ocalały z czasów gdy byłam dzieckiem. Pamiętam jak były bezlitośnie tępione przez ciocię Alę bo wyrastały wszędzie niczym perz. A teraz są dla nas takie cenne. Znalazłyśmy też kilka sadzonek barwinka o dwubarwnych liściach, liliowce o fioletowych kwiatach, goździki kamienne po prababci, 2 kępki narcyzów, kilka kępek właśnie kwitnących fiołków i pięknie kwitnącą na fioletowo-różowo roślinkę o listkach w białe plamki, irysy kwitnące na biało i takie drobniutkie niebieskie dzwoneczki cieszące oko wiosną. Niestety czerwone i pomarańczowe prymulki chyba się zmarnowały a były olbrzymie kępy. Nie widać też kiełkującej serduszki okazałej, hiacyntów i kilku roślin ze skalniaka. Zmarnowała  się pnąca hortensja ale za to jaśmin przywieziony ze wsi od męża pięknie rośnie podobnie jak bez, stara wonna odmiana, wykopany spod domu mojej nieżyjącej już ciotki. Mama znalazła też olbrzymi  czerwony włochaty agrest z gromadką młodych krzaczków obok, kilka krzaczków agrestów i porzeczek/stare cenne odmiany/,rabarbar i chrzan. Wszystkie znaleziska trzeba przesadzić i zadbać o nie. Tylko kiedy i kto...
Na podwórku jest  nawet przyjemnie choć już nie tak spokojnie i zacisznie jak w zeszłym roku, czyli zaraz po zamontowaniu szczelnego, wysokiego płotu drewnianego broniącego mojej prywatności, bo obok powstaje nowy dom z oknami i balkonem skierowanym w  kierunku naszego podwórka. Zgroza. Sąsiedzi jak zechcą będą mogli widzieć co robimy przed domem a nawet zerkać w nasze okna i po prywatności niestety...Mam tylko cichą nadzieję, że nie okażą się wścibscy i kłopotliwi...

Dziś miałam  wątpliwą przyjemność wyjazdu do miasta na zakupy. A później poszliśmy w odwiedziny do Darka brata Krzyśka. Odwiedzamy go co jakiś czas, mniej więcej raz na miesiąc bo mieszka blisko. Nie przepadam za tym choć Darka  lubię. Te kilka godzin siedzenia za zastawionym stołem i gadania o niczym okropnie mnie męczy. Wolę jak Darek przyjeżdża do nas bo mogę z nim gadać leżąc na kanapie tak jak lubię a mój kręgosłup jest mi wdzięczny. Wróciliśmy dopiero po 18 oczywiście taksówką bo autobusy, te zatrzymujące się blisko mojego domu, o tej godzinie już nie kursują a spacer około kilometra mi się nie uśmiechał zwłaszcza po kilku godzinach siedzenia. Zastaliśmy nieco zdemolowane mieszkanie bo koty się nudziły a pies złościł. Koty zrzuciły kwiatka z parapetu, oba piloty i lampę a pies wyciągnął z szafeczki na buty papucie męża i zaniósł na legowisko a potem albo wcześniej, obsiusiał krzesło w ganku. I tyle...

Wczoraj, zmęczona ruchem, przeniosłam się z malowaniem na kuchenny stół. I to było dobre,przynajmniej pozornie, rozwiązanie bo nikt mi nie gadał nad głową a stół duży, wygodny nie to co ława w pokoju. W dodatku ustawiony bezpośrednio pod sporym oknem. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie koty. Te diabły wcielone za nic nie mogły znieść, że mnie nie ma z nimi tak długo i za wszelką cenę usiłowały sforsować drzwi. Drapały w nie, skakały i darły się pod nimi jak opętane. Zwłaszcza Józek dawał koncert. A ja wpuściłam Józka to zaczęła Rozi a potem następne. A Krzysiek się przez te rozruchy oczywiście okropnie wściekł bo chciał w spokoju drzemać, jak zawsze w niedzielę, a tu taki raban...Ciekawe co to będzie jak już urządzę pracownię. Coś tak czuję, że głównym meblem będzie  wygodna kanapa dla kotów bo mi nie dadzą spokoju...
Namalowałam kolejnego anioła. Tym razem w różnych odcieniach niebieskiego z dodatkiem srebra, złota i niebieskiej tempery z drobinkami brokatu...Jutro planuję przerwę ale nie wiem tego na pewno. A pojutrze w środę zaczyna mi się druga tura kursu vedic art czyli kolejne dwa dni...


Rwa pomaleńku  chyba mi przechodzi. Ból łapie mnie znacznie rzadziej i już tylko jedną nogę a na początku był problem z obiema. Cieszę się bo i tym razem obyło się bez lekarza, leków i nawet bez masaży. Trochę to trwa bo już 3 tygodnie ale leki też by szybciej chyba nie pomogły...Mam nadzieję, że z czasem ustąpi całkowicie...



sobota, 20 kwietnia 2013

Remonty, książki i Archanioł Gabriel...

No i chyba będzie problem z moim remontem bo nie mogę się skontaktować z  fachowcem, który już kilka lat to i owo u mnie robił. To stosunkowo młody człowiek, ale spokojny, wyciszony i przyzwyczajony do remontowania starych domów bo sam mieszka w kamienicy. No i zwierzęta też mu nie przeszkadzają bo sam ma i lubi. Doskonale mi się z nim współpracowało bo na wszystkim się zna i drogo za robotę nie bierze choć ma firmę. Poza tym nie stanowi dla niego problemu pojechanie ze mną na zakupy po drzwi np. Chętnie doradza i jest cierpliwy. Jednym słowem ideał. A tu kontaktu z nim nie ma. Nie wiem co się stało. Czy zrezygnował z prowadzenia działalności czy coś innego ale email skasowany a  telefonu nie odbiera. I chyba trzeba będzie poszukać kogoś innego a nie wiadomo na kogo się trafi...
Na razie zbieram pieniądze i rozglądam się powoli co by tu kupić. Wybrałam drzwi. Oczywiście pełne i drewniane no i niedrogie.Pomaluję je pokostem z terpentyną i lakierem bezbarwnym, żeby było widać sęki. Nie wiem jeszcze co z kafelkami. Mają być koniecznie nad wanną i może przy umywalce ale nie napewno. Może jeszcze koło wanny na podłodze bo w części z toaletą będzie gumolit. Muszę też kupić aż 3 karnisze w tym 2 nad drzwi w łazience i jeden nad okno w pracowni. Podobają mi się tradycyjne drewniane te kręcone. Ciekawe jak je przywiozę. Muszę też chyba niedługo zacząć szyć zasłony do pracowni i coś w rodzaju 2 kotar na drzwi w łazience. Potrzebne też będą mięciutkie poduszki do pracowni i to kilka choć to może poczekać bo jeszcze kanapy do pracowni nie mam i narazie wstawię fotele. Muszę też kupić jakąś lampę na ścianę no i coś na podłogę. Sama nie wiem co czyba gumolit bo grozi pochlapanie i kawałek sztucznej włochatej wykładziny bo lubię mieć miękko pod stopami. Już się nie mogę doczekać...

Od jakiegoś czasu jestem na facebooku. Mam tam kontakt z moim znajomymi z kręgów Reiki itp, poezji, haiku no i miłośników zwierząt. Codziennie udostępniam koty, żeby im pomóc i dać szansę na znalezienie domów i sama też robię wydarzenia szczególnie tym bardzo potrzebującym. Tyle tych bied jest, że serce się kraje...A wczoraj  na dodatek założyłam sobie stronę fanpage to się chyba nazywa z obrazami i wierszami tz.założyłam już dawno tylko wpisów nie było ani znajomych nie zaprosiłam i praktycznie zaczęłam działać dopiero od wczoraj...No i jakoś się kręci...

http://www.facebook.com/pages/Agata-Rak-Dusz%C4%85-malowane/224533637652267


Pani Ewa z Krakowa ta, której robiłam Reiki na nerwicę i bezsenność czuje się już lepiej i przesysłała do mnie koleżankę. Pani Basia, bo tak jej na imię, bardzo trudno przechodzi klimakterium. Nie chce brać leków hormonalnych a te bez recepty zupełnie jej nie pomagają. Wykupiła już pół apteki i nic. Jak  się męczyła tak się męczy, zwłaszcza nastrój ma podły, wścieka się i przestała dobrze sypiać. Kręci się w łóżku i zamartwia a jak już zaśnie to śnią jej się koszmary, kołacze jej serce i budzi się...I tak w kółko...Zabiegi zaczynam za kilka dni. Mam nadzieje, że Reiki zadziała i na nią a ona się nie zablokuje...bo i tak się zdarza czasem a wtedy uzdrawianie albo następuje bardzo powoli albo wcale...Swoją drogą ja też jestem w okresie klimakterium i wszystko ze mną w porządku. Na szczęście nie mam rzadnych objawów i nic mnie nie męczy ani nerwy ani depresja ani poty. Pewnie to rodzinne bo moja mama też w okresie menopauzy czuła się dobrze...Ciekawe od czego to zależy, nie wiem bo my z mamą różnimy się od siebie jak dzień od nocy...

Ostatnio spędzam sporo czasu na Webooku i Lubimy czytać bo lubię sobie wcześniej poczytać o książkach, które ewentualnie kupię, ściągnę z Chomika czy wypożyczę z biblioteki. Wprawdzie przekonałam się już nieraz, że to co podoba się innym niekoniecznie musi przypaść do gustu i mnie i odwrotnie ale zawsze to trochę pomaga w wyborze. Znalazłam sporo tytułów według tagów i pościągałam z Chomika ebooki choć nie za bardzo lubię czytać na komputerze. Czas chyba pomyśleć o jakimś czytniku ...Nie wiem czy kupić i  jeśli już to jaki, bo nigdy go nawet w rękach nie miałam. No a poza tym wolę książki drukowane i nie sądzę by to się kiedyś zmieniło bo po prostu staroświecka jestem...i taka już chyba pozostanę...

http://www.webook.pl/araksol

http://lubimyczytac.pl/


Namalowałam dziś  Archanioła Gabriela w kolorach białym, srebrnym i złotym...a jutro może Michał ale jeszcze pewna nie jestem bo kusi mnie też Chamuel...




piątek, 19 kwietnia 2013

Malowanie, anioły i pichcenie...

Obudził mnie dzisiaj o 8,30  kurier z zakupami ze sklepu plastycznego. Wreszcie bo już się nie mogłam doczekać. Przyszło wszystko co zamówiłam i podobrazia i farby/akryle i tempery z brokatem/i pędzle/różne rozmiary/z naturalnego włosia bo są podobno lepsze. Chyba będą dobre bo są miekkie. Wydałam sporo ale jestem bardzo zadowolona. Nie wszystko jeszcze mam. Brakuje mi przede wszystkim sztalugi i przez to maluję w rękach co jest okropnie niewygodne.Czekam na dopływ gotówki, żeby kupić i jeszcze chyba trochę poczekam. Mam już oczywiście wybraną.Taki fajny model, stosunkowo tani ale praktyczny i dość uniwersalny bo nadaje się do różnych rozmiarów podobrazi w tym dużych. Mnie się bardzo fajnie maluje na dużych podobraziach z tym, że nie bardzo mogę sobie na to pozwolić bo raz, że kosztują sporo no i z zakupem w sklepach internetowych jest problem bo trzeba kupować po kilka sztuk na raz żeby się nie uszkodziły w transporcie i na dodatek nie mam za bardzo gdzie dużych obrazów eksponować a malować z zamiarem schowania ich za szafę trochę szkoda...Gdybym tak miała pomieszczenie na galerię np. zaadoptowany strych/mój by się nadał/...To tylko marzenia bo to by mnie zbyt dużo kosztowało...Nierealne niestety, nie w tym życiu...Szkoda...
Dziś dzień szczególny bo zaczęłam malować anioły. Powstał archanioł Rafael czyli,, Uzdrawianie" i będzie chyba cały cykl bo w trakcie malowania inne anioły też upominały się o uwagę... No ale po kolei...



Mój pan dzisiaj prosto z pracy pojechał na zakupy. Przywiózł dwie pełne, wielkie i  okropnie ciężkie siatki. Kupił wszystko to co mu zapisałam na kartce i jeszcze dodał co nieco od siebie np. pyszne soki dla mnie. Byłam bardzo zadowolona i aż miałam wyrzuty sumienia, że na obiad zrobiłam mu rybę a nie jego ukochane mięsko. No ale tak musi być. Zdrowie najważniejsze. Do ryby była surówka z pora, prosta ale bardzo smaczna...

2 białe części pora
1 średnia marchew
1 jabłko
sól
pieprz
majonez

Por pokroić, dodać startą grubo marchew i jabłko pokrojone w kostkę, doprawić i wymieszać z majonezem.


Na kolację będą kotlety z panierowanego selera. Bardzo je lubię i dość często robię zwłaszcza jesienią i wiosną. Najczęściej podaję je z majonezem...

Ostatnio mam problem z wilgocią w kuchni. Nie ma wprawdzie pleśni czy czegoś podobnego ale jest lekko wilgotna ściana a dziś musiałam wyrzucić 3 herbatki ziołowe bo się zupełnie zniszczyły. Nie bardzo wiem co z tym fantem zrobić bo nigdy takiego problemu nie miałam. Dom był suchy. Dziś wietrzyłam prawie cały dzień, grzałam grzejnikiem i zamówiłam też w internecie takie urządzenie w którym się zbiera woda po wsypaniu jakiegoś granulatu. Czy to wszystko pomoże nie wiem. Przekonam się z czasem...No ale chyba w przyszłym roku w zimie, będę musiała pokonać lenistwo i częściej palić w piecokuchni...Wyjścia nie ma bo jeszcze jakiś grzyb się zrobi...

W sobotę po południu, jak Krzysiek będzie w pracy, zaczynają mi się zabiegi świecowania uszu. Nie miałam wyjścia, musiałam się zgodzić i pomóc bo kobieta jest starsza, niepełnosprawna i  do mojej znajomej nie dojedzie a uszy ma przytkane i mało co już słyszy. Zabiegi będą 3 lub 5. Mam nadzieję, że to wystarczy. Nie mam pojęcia jak to wszystko zorganizuję. Chyba zamknę na pół godziny młode i ruchliwe koty w ganku, kuwety wyniosę z pokoju i położę ją  po prostu na wersalce. To rozwiązanie kiepskie ale nic innego na poczekaniu nie wymyślę bo miejsca bardziej odpowiedniego nie stworzę a specjalnej leżanki nie mam i nie wiem czy kiedykolwiek będę miała a bardzo by mi się przydała także do zabiegów Reiki. Ostatnio np. zadzwoniła do mnie osoba z Sosnowca z nawracającymi przeziębieniami i anginami. Była zdecydowana przyjeżdżać na zabiegi świecowania i Reiki do mnie do domu no ale ja nie miałam gdzie jej przyjmować i musiałam wysłać ją do Katowic. A szkoda...Tak, że pozostają mi tylko zabiegi na odległość równie skuteczne...




wtorek, 16 kwietnia 2013

Noc, antologia, koty i codzienność...

Od kilku dni staram się za wszelką cenę przyzwyczaić do wcześniejszego zasypiania i wstawania. Codziennie więc chodzę spać o pół godziny wcześniej tak, że nie kładę się  już o 3 jak w zimie ale o 1. Mam zamiar dojść gdzieś do 12 bo wcześniej nie dam rady zasnąć. Zaczynam teraz dzień między 9 a 10 i to mi bardzo pasuje bo szkoda  mi dnia i pięknego słońca, zaglądającego  do sypialni od samego rana. Z drugiej strony jestem od zawsze typową sową i uwielbiam przesiadywać długo w nocy. Taka wtedy  cudowna cisza i taki  fajny nastrój, wszyscy śpią. Ani samochodów nie słychać ani tym bardziej ludzi  gadających mi pod oknem co mnie tak denerwuje tylko czasem gdzieś w oddali słychać nawołujące się psy. Można w spokoju czytać, medytować, robić zabiegi bo nic i nikt nie przeszkadza i nie odwraca uwagi. Zupełnie natomiast nie rozumiem ludzi o naturze skowronka. Jak można wstawać bladym świtem i chodzić spać z kurami z własnego wyboru. Jak można dobrowolnie zrezygnować kontemplacji czaru nocy. Wprawdzie sam świt czyli budzenie się ptaków i wschód słońca ma sporo uroku i dla mnie ale można przecież popodziwiać te ulotne chwile a później zasnąć ponownie i pospać jeszcze kilka godzin. Czasem tak robię...

Właśnie przed chwilą dostałam wiadomość, że antologia pokonkursowa, w której znalazł się mój wiersz, jest już dostępna w księgarni wysyłkowej. Mój egzemplarz autorski dotrze do mnie nie wcześniej niż za dwa tygodnie. Już się nie mogę doczekać...
http://www.mybook.pl/6/0/bid/287

Problem jest z tym spalonym domem przy mojej ulicy bo sąsiad go opuścił razem z psem ale koty zostawił. Co gorsze nikt nie wie ile ich jest ani czy nie ma wśród nich kotek w ciąży np.A strach pomyśleć co będzie jak zdziczeją i zaczną się mnożyć. Trzeba by te koty policzyć, zrobić im zdjęcia i najlepiej znaleźć gdzieś dla nich miejsce bo przecież bez dachu nad głową i głodne będą się męczyć. Najlepsze by dla nich były domy wychodzące, gdzieś na wsi w bezpiecznym miejscu bo tak do tej pory żyły. Kłopotu z jedzeniem nie powinno być bo  właściciel też pewnie ich luksusami nie karmił. Pewnie też nie leczył i nie odrobaczał więc na początek weterynarz by nie zaszkodził. Szkoda tych kotów zasługują na lepszy los. Zupełnie nie wiem jak się za to zabrać. Wydarzenie na facebooku wprawdzie mogę zrobić ale już z liczeniem i zdjęciami będzie problem bo koczują spory kawałek ode mnie i nie mogę ich zastać. Nie zastałam też do tej pory najbliższego sąsiada i nie miałam kogo o nie zapytać. A to już kilka dni od pożaru. Nawet nie wiadomo czy coś biedactwa jadły przez ten czas. No i nie wiem czy czasem sąsiad nie ma zamiaru po nie wrócić...kto wie...

Ciepło, coraz cieplej. Wczoraj rozpaliłam w piecu dopiero po 17 bo było ciepło a od dziś nie będę już podgrzewać sypialni grzejnikiem bo jest bez grzania 14 stopni a to dla mnie dość. Tak sobie myślę, że już węgla nie będę kupowała na ten sezon grzewczy bo i po co. Zostało jeszcze z 10 wiaderek co najmniej i nie wiem czy to wypalę. Fajnie bo przez całą zimę poszły tylko 3 tony...Cud jakiś bo zawsze spalałam 5...No ale zima była w tym roku wyjątkowo lekka i krótko paliłam w centalnym. Oby i następna taka była bo tęgich mrozów nie znoszę tak samo jak upałów...

Wreszcie doczekałam się dużej ilości warzyw i mogę znowu wrócić do swoich zwyczajów żywieniowych prawie wegetariańskich tz. dużo warzyw, czasem ryby i bardzooo rzadko troszkę chudego mięsa. Warzyw i jabłek nakupiłam  całą masę i już wczoraj miałam cały talerz sałatki tylko dla siebie. Co za rozkosz dla podniebienia. Nie to co starszawy,nigdy nie chrupiący, chleb z byle jaką kupioną w sklepie wędliną i do tego jeszcze drogą. Nie cierpię wędlin ze sklepu nawet tych ponoć najlepszych ani konserw mięsnych bo nie wiadomo co w nich jest  i prawie nigdy ich nie jem. Jeśli już mam zjeść coś mięsnego to tylko mięsa czy pasztety pieczone w domu, ewentulanie boczek, czy domowe wędliny robione z dobrego mięsa a nie z najgorszych odpadów, skór i licho jeszcze wie z czego. Czasem zjadam też świeżo zmielone mięso z szynki lub chudej łopatki. za nic nie dotknę mięsa mielonego z tacek bo to sam tłuszcz i resztki...
 Dziś na obiad była mizeria z koperkiem, który jeszcze nie ma tego zapachu co powinien mieć ale i tak mi smakuje a na kolacje będą kotleciki z warzyw czyli to co bardzo lubię. Oby tylko się na tej maszynce dobrze przypiekły bo nowej oczywiście nie miał kto kupić jeszcze...Krzysiek naturalnie psioczy, że robię z niego królika ale cholesterol ma  w normie. A więc reiki i dieta pomogły i obyło się bez leków...
No i psioczy dość często więc przestałam się przejmować. Ostatnio tematem nr 1 jest pracownia i moje malowanie. O pracownię się złości bo dodatkowy remont a przez to kłopot a malowanie to wg.niego dopust boży tak jak wszystkie moje pasje...

Podwórko, porządki, pieniądze i Reiki

U mnie na podwórku od kilku dni ruch jak w ulu bo mama wzięła się za porządki : kopie, grabi, sprząta i bardzo szczęśliwa wita się z roślinami, rozmawia z nimi i pieści je. Podziwia kwitnące krokusy i kiełkujące liliowce i irysy. Zasiliła już nawozem od gołębi  ledwie wychodzącą z ziemi  piwonię, pamiętającą jeszcze czasy mojej prababci. Pewnie w tym roku zakwitnie. W najbliższych dniach ma przyjść sąsiad do pomocy, bo  trzeba trochę  rabatek skopać i usunąć jej z pod okna zbyt rozrośnięte paprocie. Ma też przyciąć winogron zaglądający jej do okna a raczej całkiem je zasłaniający. Chciała wyciąć go całkowicie ale się nie zgodziłam bo raz, że niezawodnie owocuje rok w rok a dwa, że sadził go mój dziadek jak mnie jeszcze na świecie nie było a ja się przywiązuję i jestem sentymentalna. Tak, że zostaje ale dość mocno przycięty. Planuje już też zakup nowych roślin. Ostatnio wymyśliła pnącą truskawkę i już przygotowała dla niej miejsce. Zamówiła 5 sadzonek i nawet ja jestem ciekawa co z tego będzie. Próbuje też mnie za wszelką cenę zwabić na dwór ale nie bardzo jej to oczywiście wychodzi bo mnie ostatnio dom wciągnął na całego i wogóle nie mam ochoty go opuszczać nawet na chwilę. Dziś wyszłam, żeby obejrzeć całą masę, chyba z 50 tak na oko szyszek tyle, że zgromadzonych pod gruszką. Skąd się tak wzięły nie mam pojęcia. Mama twierdzi, że może wiewiórki urzędowały bo innego wytłumaczenia nie ma. Kilka lat temu przychodziła wprawdzie jedna ruda kitka wyjadać karmę dla gołębi ale żeby szyszki przynosiła to o czymś takim w życiu nie słyszałam. I zagadka...

Dzisiaj od samego rana Adrian zawzięcie sprząta rupiecie z mojej przyszłej pracowni. A zgromadziło się tego sporo bo i stare, nikomu już nie potrzebne, meble typu stół bez nogi i puste doniczki i łachy i kilka dywanów i cała masa gazet do spalenia. Ma też, w wolnej chwili, odpiąć stary, żeliwny kaloryfer z niedziałającego już centralnego ogrzewania  zasilanego przez piec w piwnicy. Musiałam z niego zrezygnować, choć wspaniale się sprawdzało bo z chorym kręgosłupem nie dawałam rady kilka razy dziennie schodzić do piwnicy a nie miał mnie kto zastąpić. No i  centralne ogrzewanie nie dość, że do remontu to jeszcze było podłączone w całym domu a teraz odkąd babcia odeszła jej mieszkanie jest puste i nie ma sensu go ogrzewać bo to spore koszty. Tak, ze założyłam piecokuchnię i choć tak do końca zadowolona z niej nie jestem  to to i tak lepsze niż wycieczki po stromych schodach do piwnicy. Może kiedyś zdecyduję się na przeróbki i zakup pieca miałowego tak jak mi radził fachowiec ten sam co piecokuchnię zakładał. Mam nawet na piec miejsce. Oczywiście na górze. Przeraża mnie tylko remont i rurki w całym mieszkaniu, ruch, pył a może zrywanie podłóg. Kusi za to mała ilość spalanego opału i błogie ciepło w całym mieszkaniu. Co będzie czas pokaże. Na razie jest piecokuchnia i jeszcze pewnie kilka lat będzie. Plany muszą dojrzeć...W tym roku zrobię łazienkę, podłączę pracownię , otynkuję ścianę, pomaluję ganek, zmienię rynnę i dość...I tak nie wiem jak to zniosę że o Krzyśku nie wspominam bo on dostaje szału na samą myśl...

Dziś wreszcie listonoszka przyniosła mi pieniądze za ułożoną  kilka miesięcy temu partię krzyżówek z tym, że niestety nie całość jak się spodziewałam, ale część. Tak, że na zakup 3 książek o malowaniu kwiatów/już wybranych/ i profesjonalnego papieru do malowania akwarelami muszę poczekać pewnie następny miesiąc. A co gorsze w sklepie dla plastyków nie ma już dwupaków podobrazi i musiałam  kupić pojedyńczo tą samą ilość co wyszło oczywiście drożej. No a na dodatek wszystkie podobrazia mi się skończyły i z malowania akrylami nici...Tak, że czekam niecierpliwie i na pieniądze i na zamówione zakupy...

Wczoraj zaczęła mi się seria zabiegów Reiki oczywiście na odległość bo kobieta mieszka w Krakowie i nie dojedzie. Na razie umówiłyśmy się na cztery a potem zobaczymy jak energia zadziała i jak ona się na nią otworzy. Na razie bierze dobrze i czuje jak jej energię przesyłam. Powinno pomóc bo reiki ładnie działa na nerwicę i bezsenność. A na to właśnie uskarża się chora.Tylko trzeba będzie zrobić serię kilku zabiegów  bo po jednym raczej jej nie przejdzie. Reiki jest cudowne ale nie tak szybkie. Mam jej też dziś wieczorem, przed zabiegiem, oczyścić aurę i czakramy wahadełkiem bo to bardzo pomaga w terapii. Można to wprawdzie zrobić za pomocą Reiki ale wahadełkiem jest szybciej i stąd najczęściej ten właśnie sposób wybieram. Swoją drogą   wszystkie zabiegi, które robię robię na odległość tak jak lubię. Na szczęście bo w domu z taką ilością zwierząt było by to raczej trudne. Za duży ruch i nie każdy obecność zwierząt znosi a o wizycie jakiegoś kota w kuwecie w trakcie zabiegu wolę po prostu nie myśleć. Muszę tą sprawę jakoś rozwiązać bo obecnie osoby chętne na zabiegi u mnie w domu np. świecowania uszu odsyłam po prostu do znajomej...Mama wprawdzie coś wspomonała o urządzeniu,, gabinetu" w pokoju po babci bo i jej by się przydał ale kiedy...

A na koniec jeszcze parę zdjęć budzącej się do życia natury i moje to które będzie, o ile się nada, w antologii. sama nie wiem po co tym bardziej, że fotogeniczna nigdy nie byłam i zdjęć sobie robić nie lubię no ale skoro wszyscy inni autorzy chcą mieć zdjęcia to i ja musiałam się zgodzić...







niedziela, 14 kwietnia 2013

Pracownia, pożar, antologia i obraz


Za miesiąc może dwa będę miała wreszcie pracownię, taką prawdziwą bo postanowiłam dołączyć do mojego mieszkania wolne pomieszczenie znajdujące się za ścianą. Wystarczy tylko wybić jedne drzwi a drugie zamurować i powstanie dodatkowy pokój tak bardzo mi teraz potrzebny. Kiedyś, gdy byłam dzieckiem była to kuchnia mojej cioci Ali, siostry babci, później bardzo przytulna i ciepła kuchenka mojej mamy a teraz jest to domowa graciarnia zimna, ponura i bez światła. Pomieszczenie jest niewielkie bo ma tylko około 8 metrów ale za to ze sporym oknem na zachód/bardzo dla mnie korzystny wg.feng shui kierunek/, ciche i na uboczu od strony podwórza. Wystarczy je tylko urządzić z głową a powstanie fajna, przytulna pracownia. Na razie będzie bez ogrzewania więc będę musiała kupić jakiś solidny grzejnik elektryczny a w największe mrozy ewentualanie malować w pokoju dziennym przy kominku tak jak teraz, choć to mordęga bo Krzysiek ciągle gada jak nakręcony i ogląda telewizję a koty biegają i wsadzają nosy a to do wody, a to do farb a to wyciągają pędzle. No ale lepsza taka mała  pracownia niż rzadna bo w tej chwili nie tylko malować nie mam gdzie ale i przechowywnie potrzebnych do tego celu rzeczy to istny koszmar. Farby leżą w reklamówce w szafce z butami w przedpokoju/tylko czasu trzeba aż je pies wypatrzy/ małe podobrazia są w szafie wśród płaszczy, a dużych nie kupiłam bo nie mam gdzie zabezpieczyć przed zwierzakami no a pędzle trzymam w szafce kuchennej razem z kaszą i makaronem. Okazuje się, że tak też można jak miejsca brak a wszędzie kręcą się wścibskie futra. Jak będzie pracownia to też trochę pieniędzy zaoszczędzę bo będę zakupy w sklepach dla plastyków robić hurtowo a nie po troszeczku  płacąc za każdym razem za kuriera. Pomysł jest bardzo dobry i został nawet zaakceptowany przez przodków bo dziś w nocy mi się śnili.   A to bardzo dobry znak...


Wczoraj straszne nieszczęście spotkało mojego prawie sąsiada, mieszkającego przy tej samej ulicy, spalił mu się dom i to cały prawie do fundamentów. Dom był bardzo stary i drewniany, palił się jak zapałka. Zostały tylko zgliszcza. Nikt podobno nie ucierpiał no i mam nadzieję, że zwierzęta czyli kilka kotów i pies też zdążyły uciec w porę. Sąsiad został bezdomnym pewnie przez własną nieuwagę bo pił i to dużo przez całe życie a ostatnio prawie codziennie. Szczęście w nieszczęściu, że jego 80 letni ojciec tego nie doczekał bo nie miałby gdzie się podziać a był schorowany, choć też rzadko trzeźwiał. Co teraz sąsiad zrobi i gdzie będzie mieszkać nie mam pojęcia no i co będzie ze zwierzętami. Wprawdzie jest murarzem i to dobrym i mogłby dom odbudować ale czy zechce  i za co skoro pracować mu się nigdy nie chciało i żył  z renty ojca. Chociaż tyle dobrego z tego będzie, o ile tak można powiedzieć, że sąsiedzi odpoczną od ciągłych awantur i pijackich burd bo w tym domu nigdy spokoju nie było a sąsiad był towarzyski i schodzili się do niego jemu podobni kumple...Nie wiem czemu ale mimo wszystko mi go żal i jego i  przede wszystkim zwierząt bo strata domu to olbrzymia tragedia i  wstrząs chyba dla każdego...


Kilka moich wierszy na portalu poetyckim zostało zakwalifikowanych do druku i ma się ukazać w antologii, której wydanie planowane jest na maj. Wiersze są o miłości. Bardzo się oczywiście cieszę ale mam kłopot z przesłaniem ich do wydawcy bo mają być koniecznie w programie Word doc. Nawet nie wiem o co chodzi bo Worda nie mam ani ja ani nikt z moich bliskich znajmych. Od wczoraj kombinuję i jak do tej pory nic nie zdziałałam a Worda nie mam zamiaru kupić bo do tej pory wszystkie wydawnictwa przyjmują  wszystko jak leci w PDF i mam nadzieję, że tak dalej będzie. Wymyśliłam sobie, że prześlę plik do kogoś zajmującego się  przepisywaniem tekstów i on coś zaradzi. Mam nadzieję, że szybko bo wydawca czeka...A swoją drogą ma ten wydawca wymagania nie ma co...


Ostatni obraz, prawie skończony, brakuje mu  tylko złoceń. Nosi tytuł - Wdzięk...i powstał wczoraj...

czwartek, 11 kwietnia 2013

Koty, vedic art, nieznośny Pikuś i wiersz...

No i jestem już po pierwszych 2 dniach kursu vedic art i jestem baaaardzo zadowolona. Przeżycia wspaniałe  no i niektóre obrazy stworzone przeze mnie bardzo udane. Zwłaszcza jeden, którego już nie mam zamiaru przerabiać bo uważam go za ostatecznie skończony no ale tak uważałam już dwa razy i ciągle dodawałam do niego nowe elementy w miarę poznawania nowych zasad...Akryle i malowanie na podobraziu płóciennym bardzo polubiłam. Następne 2 dni za dwa tygodnie i do tego czasu muszę kupić podobrazia, nowe farby z tym, że tym razem też kilka tubek lepszych gatunkowo i o ładniejszych kolorach np. złote i srebrne i pędzle. Farb i podobrazi mam zamiar kupić więcej bo chcę też malować sama w domu choć to dość kosztowne upodobanie a jeszcze nie wiadomo czy mi się uda obrazy sprzedawać. Mogą być piękne, bardzo dekoracyjne i mieć wręcz terapeutyczne działanie ale ja nie jestem przebojowa i zdolności do handlu nie mam niestety. Choć ostatnio kilka książek sprzedałam...



Pogoda od dwóch dni prawdziwie wiosenna, słoneczko od rana i ciepło nawet w nocy. Dzisiaj miałam jechać na kurs w poncho i w niższych butach, takich za kostkę ale nic z tego nie wyszło bo Pikuś nad nimi popracował w nocy i część zjadł. Teraz odsypia a ja obserwuję czy nic mu nie jest ale na szczęście czuje się dobrze. Myślę, że to co zwrócił po fakcie, to było wszystko co skonsumował. Tylko buty muszę kupić nowe a  szkoda bo  fajne były i bardzo wygodne. Swoją drogą od dawna nic nie pogryzł i myślałam, że już z tego wyrósł. Jak widać, jeszcze nie albo to ze zdenerwowania remontem u sąsiadów. Fachowcy siedzą na dachu już chyba od miesiąca a Pikuś się wścieka. Przez pierwsze dni siedział  od rana do wieczora na oparciu fotela i wyglądał przez okno bardzo potekscytowany. Ciekawe ile to jeszcze potrwa bo jest to dość uciążliwe. Caly dzień stukanie, wiercenie, hałas, klątwy no i zaglądanie do okien. A fachowcy się dłubią  i bruku przed naszą bramą, który został ściągnięty w celu dostania się do rur od wody jeszcze nie naprawili. A czas najwyższy bo leży na rabacie koło bramy a krokusy i liliowce już kiełkują...

Lwica prawie zdrowa. Z pyszcza już jej nie cuchnie i nie miauczy gdy ją dotykam a jeszcze jedno opakowanie synoluxu kupiłam i podam jej tak na wszelki wypadek. Gorzej bo pojawił się znowu świerzbowiec w uszach. Tym razem, trochę ale jednak ma Rozi i Józek. Trą i drapią uszy tylko sztrzela. Zupełnie nie wiem skąd się to draństwo bierze bo ostatnio wyleczone były wszystkie, które miały i przez kilka miesięcy był spokój. A tu nagle nawrót i to u tych co dotychczas nie chorowały. Zgłupiałam już. W poniedziałek jadę kupić leki. Tylko nie wiem czy można je będzie podać Józkowi bo jeszcze bierze antybiotyk na pęcherz...Muszę w końcu chwycić mocz i sprawdzić co z tymi leukocytami...A jeszcze w maju odrobaczenie całego towarzystwa mnie czeka. Robaków wprawdzie nie widać ale zawsze odrobaczam profilaktycznie...

No i niedawno napisany wiersz/III miejsce w konkursie w grupie na facebooku/

Kwiecień

w szelestach i szeptach
nadchodzących dni
nasłuchuję kroków wiosny
i tętna natury
z cichym westchnieniem
żegnającej chłód zimy

wiatr przynosi
zapach pól
i oddech ziemi
stęsknionej na ziarnem

w zachwycie śledzę
drżenie promieni słońca
obejmujących\
w zmysłowym tańcu
cień bociana w locie

rozmarzona pieszczę
gałązki wierzby
zrzucające mi w dłonie
puchate kotki

smak kropli rosy
na płatkach hiacyntów
budzi mnie do życia

już kwiecień







niedziela, 7 kwietnia 2013

książki, ogród i kurs...

Od pewnego czasu coraz częściej marzy mi się kupno  zmywarki do naczyń. Wprawdzie jeszcze się bronię i tłumaczę sobie, że przecież nowoczesna raczej nie jestem, że nas jest tylko dwoje i dużo garnków nie brudzimy, że to byłby już szczyt lenistwa itd itp ale z drugiej strony pucowanie garów strasznie mnie już denerwuje i coraz częściej tą przyjemność zwalam na Krzyśka. Tym bardziej, że on oczywiście o zmywarce nawet słuchać nie chce. No i nie wiem ale powoli dojrzewam, żeby jednak kupić. Martwi mnie tylko czy zmywarka poradzi sobie z moimi czasem co nieco przypalonymi garkami i nie za bardzo  mam na nią w kuchni miejsce. Co w końcu zrobię jeszcze nie wiem ale pewnie za jakiś czas kupię. W końcu wygoda zwycięży no chyba, że Krzysiek weźmie ten obowiązek na siebie i to na stałe.

Kilka książek jest w trakcie pisania, dwie antologie w wydawnictwie w trakcie przygotowania do druku a dziś dostałam wstępną propozycję  wspłtworzenia następnej antologii haiku. Ma się ukazać na przełomie jesieni i zimy. Bardzo się cieszę na ten projekt i jestem niezmiernie ciekawa tematu. Gdy tylko do mnie dotrze zabieram się za pisanie. Dzisiaj na konto tej nowej antologii postanowiłam zrobić porządek i sprzedać pozostałe egzemplarze autorskie ,,Niebieskich traw". Wystawiłam na allegro i czekam. Narazie poszło 5 sztuk. Mam nadzieję, że będą chętni do zakupu reszty bo cena jest niska a ja nie bardzo mam gdzie te książki przechowywać. No a niedługo spodziewam się  następnych...
.http://allegro.pl/niebieskie-trawy-antologia-haiku-o-roslinach-i3155738160.html

Nie wiem jeszcze jak to będzie ale coś moja mama zaczyna ostatnio mówić o  uprawie ogródka. Strasznie się napaliła i planuje posiać trochę warzyw głównie liściastych i może  kwiatów a nawet posadzić parę rządków ziemniaków. Ja oczywiście w tym brać udziału nie będę bo raz, że pracy w ogródku nie lubię a dwa, że na naszej kiepskiej piaszczystej glebie bez dużych nakładów finansowych na nawozy i wodę nic po prostu nie wyrośnie. Wprawdzie jak byłam dzieckiem i młodą dziewczyną ogród był piękny ale wtedy mieliśmy jeszcze kury i własny nawóz a dodatkowo braliśmy jeszcze nawóz od sąsiada za trawę z podwórka i z sadu .I wtedy potrzeba było już tylko chęci  do pracy a wszystko pięknie rosło i uprawa była opłacalna. No i miał kto robić bo i tata i dziadek i 2 ciocie i babcia. A teraz została tylko mama. Tak, że nie życzę mamie źle ale nic z tych jej planów nie wyjdzie. Narobi się, namęczy a zbierze parę marchewek cienkich jak palec,  trochę natki, parę sparciałych rzodkiewek i kartofli wielkości orzechów. Szkoda zachodu. No ale jak mama się uprze to pewnie moich argumentów jak zwykle słuchać nie będzie i zrobi po swojemu.

Pomału szykuję się do kursu vedic art. Pierwsza tura zajęć już w najbliższą środę i czwartek. A później następne 2 dni chyba za miesiąc. Cały kurs to około 30 godzin czyli po mniej więcej 8 godzin dziennie. Kupiłam już podobrazia 9 sztuk/na cały kurs/i farby akrylowe niestety chińskie o czym nie wiedziałam kupując bo napisy były po angielsku i dopiero po obejrzeniu z bliska znalazłam na opakowaniu informację o miejscu wykonania drobniutkim druczkiem. Wiele te farby pewnie warte nie będą no ale rady nie ma będę musiała działać z tym co mam. Kurs odbędzie się w domu w pracowni osoby prowadzącej w niewielkim gronie co bardzo mi odpowiada,. stosunkowo blisko od mojego domu. Z dojazdem nie będzie problemu bo pani, która kurs organizuje zaofiarowała się przyjechać po mnie i odwieźć mnie z powrotem co oczywiście bardzo mi pasuje bo nie będę musiała sterczeć na przystankach. Zapewni mi też miejsce siedzące przy sztaludze tak, że mój kręgosłup nie ucierpi. Bardzo się cieszę, że tak mi się udało. Warto było czekać prawie 2 lata. Jedyne problemy jakie przewiduję to zdemolowane przez koty mieszkanie. No chyba, że te najbardziej rozbrykane zamknę w ganku z psem. W końcu nic im się nie stanie, wytrzymają te kilka godzin, ganek jest duży i widny.



i na koniec już piosenka która mnie zawsze bardzo wzrusza...

Miłej niedzieli...


piątek, 5 kwietnia 2013

Pogoda, remonty, koty...itd.

Pogoda kiepska. Już od kilku dni wszystko się topi.  Na podwórku istne jezioro a na ścieżce do mamy rzeka po kostki. Na dodatek kapie z dachu i z zepsutej rynny. Tynk nad oknem odpada wielkimi płatami i wszystko leży na rabacie. Znowu w tym roku bez remontu się nie obejdzie. A już myślałam, że od tego odpoczniemy. Niestety trzeba to naprawić i jeszcze pewnie zrobić nowe tynki w łazience i zamontować umywalkę. Miałam zrobić kafelki na podłodze i na ścianach ale zrezygnowałam z tego pomysłu bo zbyt długo by ta robota trwała a ja bym w tym czasie chyba oszalała bo ostatnio coś kiepsko ruch w domu znoszę. A o Krzyśku nie wspomnę bo on remontów nie trawił nigdy i bronił się przed nimi jak mógł. Tak, że zrobię tylko tynki, pomaluję a w części łazienki z toaletą zamiast kafli na podłodze położę po prostu gumolit. Szybciej i taniej. I o to chodzi.

Lwica bierze antybiotyk na zęby od dwóch dni i jest lepiej. Dziś raczyła nawet zjeść trochę mięsa z puszki i suche jedzenie czego od małego nie znosi. Za to z Suzi coraz gorzej. Dziczeje i nic nie mogę na to poradzić. Doszło już do tego, że całe dnie siedzi gdzieś schowana w kącie. Wzięta na ręce aż drży ze strachu a czasem nawet miauczy. Bywa agresywna, wyrywa się gwałtownie, próbuje dapać i gryźć. Już nie wiem co z nią robić. Była od małego dzika ale nie tak. Wcześniej wzięta na ręce siedziała przez chwilę spokojnie i nie przejawiała agresji i czasem nawet troszkę mruczała. Myślałam, że z czasem oswoi się bardziej a tu wręcz przeciwnie. Siostrzyczka jest zupełnie inna- przytula się, mruczy, pokazuje brzuszek. Brat daje się głaskać i łasi się koło nóg. A ona...Za to Rozi zdecydowanie poważnieje i robi się spokojniejsza. Częściej teraz śpi na kanapie przytulona do mnie, mniej szaleje i już tak często nie goni innych kotów. Przestała też prawie wspinać się po firankach ale też przestała jeść z kotami i muszę ją karmić osobno. Nie je prawie wcale mięsa z puszki i domaga się kiełbasy kociej, koniecznie w kawału, żeby ją ponosić i poznęcać się nad nią niczym nad myszą. Chyba będzie łowić jak coś na ząb się trafi.

Wczoraj Adrian wypucował mi na błysk drugie okno i wysprzątał sypialnię bardzo dokładnie. Jestem mu bardzo wdzięczna bo sama bym nie dała rady zwłaszcza teraz z rwą. Ataki bólu nogi zdarzają się niestety nadal a z masaży narazie nici bo brak mi po prostu czasu. Pracuję nad książką z przysłowiami, uczę się malować, robię 2 osobom codziennie zabiegi reiki, mam dwa horoskopy do zrobienia w tym jeden partnerski a więc prawie podwójny a w środę i czwartek mam kurs vedic art, tak że przez dwa dni w domu będę gościem. Bardzo się cieszę na ten kurs bo czekałam na niego od prawie dwóch lat. Musiałam być cierpliwa bo kursy nie odbywały się w pobliżu tylko na wyjazdach. A ja na kilka dni poza domem nie mogę sobie pozwolić bo po powrocie zastałabym chudego, osłabionego męża i połowę stada kotów. Reszta by umarła z głodu.

Obiad był dzisiaj bardzo smaczny choć nie wymyślny. Miałam panierowaną rybę z surówką z kapusty kiszonej i marchewki z dodatkiem cukru, oleju i kminku. Już mi bardzo brakuje warzyw a z kupowaniem ich jest przez całą zimę problem. W pobliskim sklepie są przeważnie jakieś takie zmięte i zleżałe a wozić z miasta nie bardzo ma kto. Ja nie przyniosę bo ciężkie a Krzysiek bywa w mieście rzadko i wtedy kupuje też inne produkty tak, że samych warzyw wiele nie przynosi. Przez te śniegi jeszcze sklep obwoźny nie przyjeżdża a ja czekam już od początku marca. W zeszłym roku o tej porze już zajadałam się nowalijkami a teraz tylko podjadam piórka cebuli z doniczki.


środa, 3 kwietnia 2013

Śnieg, śnieg, wyprawa na pocztę i szkice...

A dzisiaj od rana znowu sypał śnieg. Ja wprawdzie nie widziałam bo spałam sobie spokojnie z Józkiem do 11 ale Krzysiek mówił no i widzę przecież nową warstwę puchu zakrywającą moje wczorajsze ślady na podwórku. Dość już tego stanowczo dość bo to się staje zbyt uciążliwe. Męczą się i ludzie i zwierzęta. Dziś Krzysiek miał problem z dojściem do sklepu bo w lesie śnieg po kolana i ścieżka nie przetarta. Ja pewnie nie dałabym rady i czekała by mnie droga okrężna. Wrócił zmachany i zły bo na dodatek w sklepie pustki jak to po świętach. Nie było ani kiełbasy kociej ani nawet cytryny. Ciekawe co będzie jadła moja biedna Lwica, pewnie trochę chrupek z musu, żeby się utrzymać przy życiu i  generalnie będzie pościć bo puszek nie jada. Żadnego mięsa też nie. Może trochę mleka wypije bo na szczęście jej nie szkodzi.
Biedne zwierzęta też zmęczone już zimą. Sarna nadal przychodzi pod dom po obierki z ziemniaków a dziś znowu widziałam w miejscu gdzie wylewamy zlewki parę bażantów. Przyleciały też już  bociany i pewnie niestety część zginie bo sobie nie poradzą. A biedne gołębie też głodne siedzą na drutach bo opuścić się w śnieg boją i pszenicy z głębokiego śniegu wydziobać nie potrafią. Wprawdzie mama stara się odśnieżać w miejscu gdzie jedzą ale już nie daje rady bo co odśnieży zasypane od nowa. I tak dzień po dniu.
Swoją drogą ciekawe co to będzie u mnie z węglem, kończy się powoli a jeśli śnieg nie stopnieje to samochód z węglem zakopie się na podwórku po same osie. O ile wogóle wjedzie  bo u mnie tuż za bramą jest lekka górka na której część samochodów przy niesprzyjającej aurze lubi utknąć z buksującymi kołami. I nawet podsypywanie popiołem nie zawsze pomaga. No cóż  rady nie ma trzeba zacisnąć zęby i przetrwać.

A jeszcze na dodatek musiałam jechać na pocztę bo listonosz zastępujący naszą panią Małgosię, która i do okna od sypialni zastuka i przesyłkę do mamy zaniesie gdy mnie nie ma, nie wiedział, że dzwonek  nie działa i nie pukał tylko zostawił awizo w skrzynce. No i trzeba było się niestety pofatygować i odebrać osobiście. Przyszła książka o malowaniu akrylami kwiatów i krajobrazów i komplet profesjonalnych ołówków. Dobrze, że to lekkie było bo z ciężarami sobie nie radzę a raczej mój biedny kręgosłup. Z tego co się zdążyłam na szybko zorientować to książka bardzo fajna a ołówki też niezłe tylko okropnie trudno  się  je struga, zwłaszcza te miękkie B, łamią się, że aż strach a strugaczkę mam raczej dobrą i nową. Teraz przydały by się jeszcze jakieś książki o technice akwareli. Już nawet mam 2 upatrzone też o malowaniu kwiatów na początek bo to najłatwiejsze przynajmniej dla mnie ale te zamówię i odbiorę sama z księgarni Matras. Tak będzie najprościej i najtaniej.

Dzisiaj Adrian miał czas i zgodził się umyć mi okno w sypialni. Wprawdzie musiałam mu dać parę groszy na kartę do telefonu bo pracy jak nie miał tak nie ma ale i tak mi to jest bardzo na rękę. Nie musiałam wysilać się i myć sama a okno tylko na tym zyskało bo tak wybucowane nigdy nie było. Ja je zawsze tylko ochlapywałam z grubsza a on wyczyścił, że ani jednej pisy nie ma. Nawet gazety były w robocie. Ciekawe kto go tego nauczył bo ani ja ani moja mama na pewno nie. Obie sprzątamy z musu i po łebkach i zawsze tak było.

no i jeszcze szkice tak na szybko nowymi ołówkami bo musiałam je wypróbować...



wtorek, 2 kwietnia 2013

Upływ czasu, spalony obiad i akwarele

Już po świętach. Jak ten czas leci. A dopiero niedawno podziwiałam uroczo czerwone liście dębu, robiłam zdjęcia drzew w jesiennej szacie i czekałam na pierwszy śnieg a tu już Wielkanoc przeszła. A ja coraz starsza z roku na rok mniej sprawna fizycznie ale za to jakby mądrzejsza, spokojniejsza i bardziej pogodzona z sobą. Jeszcze nie tak dawno walczyłam z innymi i z sobą a teraz taki spokój wewnętrzy osiągnęłam. I tak mi z tym dobrze. I tak się taką wyciszoną lubię i akceptuję. A jak mi się podoba moje życie, jak mnie cieszy codzienność, jak wszechstronnie się rozwijam, na ilu płaszczyznach. Gdybym miała możliwość nagle powrócić do czasów mojej burzliwej młodości i znowu się z sobą zmagać za nic bym nie chciała. Wolę być starsza i nawet nie w pełni sprawna ale szczęśliwa. Młodość nie  ma dla mnie rzadnego powabu. Wolę spokój i akceptację niż  namiętności i walki. Wolę posiwiałe włosy i nadwagę niż ciągłe zmaganie się z sobą by  super wyglądać, diety, polowanie na ciuchy i wysiadywanie u fryzjera. Teraz nawet z makijażu i farbowania włosów zrezygnowałam. I dobrze mi z tym. A ile pieniędzy zaoszczędzę. Nie wiem czy to chwilowa zmiana, czy już na stałe ale ta powolna zmiana w babcię wcale mnie nie przeraża. No przynajmniej jeżeli chodzi o wygląd. Starzeję się, to widać i cóż z tego. Tylko niesprawności i przewlekłych chorób się boję.

Dziś obiadu nie było bo raz, że Krzysiek wrócił dopiero po 18 z pracy a jeszcze do tego sos serowy, który miał być z makaronem spalił się i to całkiem, że aż garnek cały zczerniał. Drugiego podejścia do gotowania nie było i makaron został zjedzony z jajkami. Wszystko to oczywiście wina tego obrzydliwego bubla czyli maszynki z płynną regulacją mocy tz. regulacją , której nie potrafię wyczuć i albo się nie gotuje wcale albo pali. Już od dwóch tygodni miała być nowa maszynka czyli taka jak była ta stara z regulacją skokową, a więc 6 to 6 wiadomo, że się będzie gotować a na 3 tylko smażyć. Taką maszynkę muszę mieć bo z inną sobie nie radzę. I oczywiście Krzysiek jeszcze jej nie kupił a ja się męczę i wściekam. Teraz mu zapowiedziałam kategorycznie, że gotuję na tym dziadostwie tylko do poniedziałku i jak maszynki nowej nie będzie to obiady będzie sobie robił sam. Myślę, że się wystraszy i kupi. Oby bo z tą starą osiwieję do reszty.

Sos serowy

1/4 litra mleka
1/2 szklanki kwaśnej śmietany
kawałek kostki rosołowej
mąka
1 duży serek topiony
łyżka tartego sera żółtego
można dodać pokrojonej kiełbasy

Mleko i śmietanę wymieszać i zagotować z rosołkiem, dodać pokrojony ser topiony i żółty, rozgotować, zaprawić mąką. Najlepiej smakuje z makronem ale z ziemniakami też może być.



Jutro będą na obiad pierogi ruskie/kupione w sklepie/za to  na kolację moje ulubione kotlety z selera z serem żółtym.



seler
2 łyżki startego żółtego sera
łyżka śmietany
1 mała cebula cebula lub 2 łyżki piórek
bułka tarta
sól i pieprz
jajko
olej

Seler obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach, cebulę pokroić i zeszklić, ser zetrzeć i wraz z jajkiem oraz śmietaną - wszystko dokładnie wymieszać i doprawić.

Formować niewielkie kotleciki, obtaczać w bułce tartej i smażyć na rumiano
Można podać z sosem lub np. majonezem.

No i jeszcze nowe akwarelki...W zasadzie powinny być delikatniejsze, bardziej pastelowe barwy ale takich mój aparat nie zbiera niestety...







poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Święta, lenistwo i malunki...

Święta na półmetku co mnie w zasadzie cieszy bo mam trochę pilnych spraw do załatwienia i musiałam je odłożyć na później. A z drugiej strony to leniuchwanie mnie bardzo cieszy. Nawet nie gotowałam bo o dziwo wczoraj Krzysiek prawie sam zrobił barszcz a dziś ugotował ziemniaki, zrobił surówkę i podał z pieczoną w piecyku kiełbasą. Poradził sobie doskonale a ja zjadłam z apetytem. Dla mnie to raj takie próżnowanie przez cały dzień. Coraz częściej się łapię na tym, że stałam się chyba za bardzo leniwa. Nic mi się nie chce robić ani sprzątać ani gotować. Pisać  np.wiersze, układać krzyżówki, robić horoskopy czy reiki albo inne zabiegi, medytować czy też teraz malować o to robię chętnie i mogę robić cały dzień prawie bez odpocznku. To mnie nie męczy i nie nuży to mnie cieszy i ekscytuję. A sprzątanie? No cóż nie cierpię tego i nigdy  nie cierpiałam . Całe życie marzyłam o pani do pomocy. Kiedyś gdy jeszcze pracowałam poza domem i miałam stałe, spore dochody przychodziła do mnie pani Bożenka i sprzątała mi raz w tygodniu mieszkanie. To był raj. Czystość w domu bez mojego zaangażowania. Później niestety z pracy na etacie zrezygnowałam i moje dochody, nieregularne i niewysokie zmusiły mnie do dbania o porządki we własnym zakresie co mi okropnie ciążyło. No a teraz? Sama nie wiem. Dochodów wysokich wprawdzie nadal nie mam  no ale siły do roboty też mi brak. W mieszkaniu wprawdzie porządek jakoś jeszcze utrzymuję ale już czystość nie za bardzo. Szorowanie podłogi, odkurzanie  czy czyszczenie wanny kosztuje mnie już za dużo wysiłku a potem nie mogę dojść do siebie i kręgosłup przez kilka dni mnie okropnie boli. Krzysiek wprawdzie stara się mi pomagać ale okropnie się złości no i w pracy też go przecież nie posadzą. Nie chcę więc go dodatkowo angażować w pracę w domu i kurz się panoszy po kątach. Chyba więc będę musiała jednak znaleźć sobie kogoś do pomocy choć raz na dwa tygodnie tak po 3 godziny. To nie powinno kosztować aż tak drogo ale ze znaleziemiem pani mogą być problemy bo mam sporo zwierząt w domu a nie każdy to znosi. Pożyjemy zobaczymy...

Święta przeżyłam bardzo spokojnie czyli tak jak najbardziej lubię. Nigdzie nie byłam i nikt nie był u mnie no poza Adrianem i mamą ale to najbliźsi i z nimi mam kontakt na codzień. Cały czas wylegiwałam się na kanapie i zajmowałam się tylko tym co mi sprawia przyjemność czyli pisaniem wierszy i malowaniem. Powstały następne akwarelki tak, że się uczę. Wszędzie mi radzą malować jak najwięcej co staram się robić bo tylko w ten sposób można nabrać wprawy. A w najbliższym czasie czeka mnie kurs vedic art no ale to zupełnie co innego. Już się nie mogę doczekać pierwszej próby na podobraziu i akrylami. A potem zakupy w sklepie dla plastyków w internecie bo nawet pędzli do akryli jeszcze nie mam no i porządnych do akwareli też nie. Do akwarelki marzę o takich lepszych z włosia  wiewiórki albo soboli ale są drogie i na cały komplet od razu nie będzie mnie stać bo muszę kupić jeszcze papier też od razu nie najgorszy i książki no i jeszcze przecież materiały na drugie 2 dni kursu wedic art. Chyba muszę zrobić jakiś skok na bank np. bo inaczej wszystko co potrzebuję do malowania będę kompletować przez rok ...






A tu jeszcze chyba będę musiała robić 2 kotom zabiegi czyszczenia zębów o ile leki nie pomogą. Mega już raz leki wybrała i był długo spokój a teraz od czasu do czasu znowu języczek wystawia z tym, że chyba nic jej nie boli na razie bo dotykam pyszczka i nie broni się  no i je bez problemu. Muszę ją poobserwować i zobaczyć co i jak ale zabiegu wolałabym uniknąć bo boję się usypiania. Za to Lwica chyba się rozchorowała bo jej okropnie cuchnie z pyszczka i nie za bardzo pozwala się dotykać. Muszę jechać do weterynarza po synolux i zobaczymy co będzie ale myślę, że po kilku dniach powinno być lepiej.


Zima na  całego, śniegu na podwórku leży po kolana. Jest pięknie ale to nie pora na białe pierzynki na świerkach. Nawet ja, choć zimę kocham,  już tęsknię za wiosną i czekam na pierwsze kwiaty. Ostatnio Krzysiek zerwał trochę bazi ale forsycja jeszcze do wazonu się nie nadaje. A gdzie kiełki krokusów ...gdzie tulipany i żonkile... Odśnieżać też nie ma kto. Dziś Krzysiek odśnieżyć nie zdążył i żeby przejść do mamy musiałam zdjąć skarpety i brodzić bosymi stapami po śniegu bo mi się wysokich butów zakładać nie chciało.