Codzienność

Codzienność

środa, 30 września 2015

11 rocznica, robótki i kotopies...

Wczoraj nic prawie nie robiłam, bo świętowałam z Krzyśkiem 11 rocznicę zamieszkania razem. Poznaliśmy się w czerwcu przez czasopismo. Zamieściłam ogłoszenie i on zadzwonił. Był z Ryk, a ja ze Śląska i nie miał prawa jazdy, aż cud, że go przez to nie spławiłam. Przegadaliśmy wiele godzin przez telefon, a wtedy to było płatne. Krzysiek stracił kilka tysięcy złotych. W lipcu widzieliśmy się przez 2 godziny. Później znowu gadaliśmy i we wrześniu już przyjechał na stałe. Wiem, że to było nierozsądne i mogłam się nieźle naciąć, ale intuicja mi mówiła, że coś z tego będzie i tym razem się nie pomyliłam. Jest dobrze i jestem zadowolona.Wczoraj trochę podziałałam robótkowo. Zrobiłam butelkę i termometr. Skończyłam Głęboką tacę, w której mam zamiar trzymać przyprawy i pomalowałam lakierem skrzynkę na dokumenty. Dziś też może coś zrobię. Kusi mnie butelka świąteczna. Poza tym będę pewnie wróżyć, pisać na forum i uczyć się, bo następna lekcja tarota już dotarła. Jeszcze w nią nie zerknęłam.


Poza tym mój Pikuś wczoraj okazał się kotopsem, bo złapał i zamordował mysz. Chciał ją chyba zjeść. Krzysiek nie mógł mu jej odebrać. Oprócz tej myszy jeszcze dwie zostały złapane. Koty polują jak szalone. Ze dwa gniazda tych myszy muszą być, bo już sporo wyłapały, a ciągle pojawiają się nowe.

wtorek, 29 września 2015

Nocna opowieść/opowiadanie/



- Już dwudziesta pierwsza trzydzieści. Zaraz zamykamy - powiedziała Aneta.
- Całe szczęście, bo już nóg nie czuję – mruknęła Baśka. Co za licho mnie podkusiło wkładać do pracy nowe buty.
- No faktycznie nie za dobry pomysł – odpowiedziała Aneta. Zrobisz dziś za mnie kasę i zamkniesz sklep – spytała.
- A czemu? Znowu Jacek ma po ciebie przyjechać? Nie może poczekać? – skrzywiła się Baśka.
- Wolałabym, żeby nie czekał. Zawsze się wtedy denerwuje, a dziś mamy jeszcze wpaść na chwilę do jego kumpla. Ma odebrać jakąś część do samochodu czy coś – usprawiedliwiła się Aneta.
- No dobrze. Niech ci będzie. Tym razem się poświęcę – skapitulowała Baśka. W sumie mogę. Najwyżej pojadę następnym autobusem. Dzieci mi w domu nie płaczą – dodała.
- Kochana jesteś – uśmiechnęła się Aneta. Ta zołza co przed tobą tu pracowała, w życiu by się nie zgodziła. O dwudziestej drugiej zmykała stąd, jakby ją sam diabeł gonił. O zamknięciu sklepu nawet słuchać nie chciała – dorzuciła.
,,No i koniec na dziś. Co za męczący dzień”- pomyślała Baśka wrzucając klucze od sklepu do torebki. ,,Teraz tylko szybko na przystanek i do domu. Autobus zaraz powinien być. Jutro jeszcze jedna dniówka i później dwa dni wolnego. Odpocznę wreszcie”.
Na przystanku zastała dwie starsze kobiety, mężczyznę z psem i  młodego chłopaka w okularach z przyciemnianymi szkłami i w dresie. Kobiet trajkotały jak najęte, a mężczyzna palił papierosa. Chłopak krył się w cieniu drzewa i nerwowo rozglądając na boki. Było zimno i po południowym deszczu gdzieniegdzie jeszcze stały kałuże. Po chwili podjechał jej autobus i wsiadła. Chłopak wskoczył tuż za nią. Autobus był prawie pusty. Kierowca podjeżdżał do przystanku, zwalniał i nie otwierając nawet drzwi, ruszał. Późno było i nikt prawie nie wsiadał ani nie wysiadał. Na rondzie wysiadła młoda dziewczyna i wsiadł mężczyzna koło czterdziestki. Chłopak drzemał dwa siedzenia za nią, opierając głowę o szybę. Zapatrzyła się w okno. Autobus powoli zbliżał się do celu jej podróży. Już byli poza miastem. ,,Za chwilę będę w domu” – pomyślała. ,, Jeszcze dwa przystanki”. Nagle coś w podwoziu autobusu zazgrzytało, autobusem zatrzęsło i zatrzymał się. Kierowca próbował ruszyć, ale bezskutecznie.
- Niestety proszę państwa koniec jazdy – powiedział.  Za chwilę zadzwonię do bazy i pewnie przyślą drugi wóz, ale to trochę potrwa – dodał.
- A ile? – spytała jakaś kobieta.
- No pewnie z pół godziny co najmniej – odparł kierowca. Można poczekać w autobusie.
- A dziękuję – rzuciła Baśka. Za ten czas to ja już będę w domu.
- No jak pani chce. Nie będę zatrzymywał – podsumował kierowca, zasłaniając się gazetą.
Na dworze przywiał ją wiatr i mżawka. Zapięła kurtkę, postawiła kołnierz i ruszyła szybko przed siebie. Za moment była już przy zagajniku. Za nim jeszcze pół kilometra łąki tu i ówdzie porośniętej krzakami i już jej przystanek. Od przystanku miała zaledwie 200 merów do domu. Była w połowie zagajnika, gdy instynkt kazał jej się odwrócić. Mężczyzna był tuż za nią i z pewnością nie miał dobrych zamiarów. Zerwała się do biegu, ale nie miała szans. Poczuła uderzenie w głowę i jego dłoń na ustach. Zatopiła w niej zęby. Poczuła krew. Zaklął szpetnie, ale nie przestawał ciągnąć jej w stronę krzaków. Próbowała walczyć – szarpała się i wymachiwała rękami.  Kopnęła go obcasem w stopę, podrapała po dłoni. Wszystko nadaremnie. Był bardzo silny. ,,Zgwałci mnie, albo zabije” – przemknęło jej przez myśl. Przewrócił ją na ziemię, upadła boleśnie uderzając się w plecy. Przerażona zaczęła krzyczeć, a on zwalił się na nią całym ciężarem. Nagle pod dłonią poczuła kamień - spory i kanciasty. Ujęła go i z całej siły zdzieliła napastnika w głowę. Bandzior znieruchomiał na chwilę zamroczony. Wyczołgała się spod niego z zamiarem ucieczki, gdy usłyszała:
- Niech się pani odsunie. Mamy skurczybyka. Od jakiegoś czasu na niego polujemy. Nieźle go pani załatwiła – wyrzucił z siebie chłopak z autobusu. Jestem z policji – dodał mierząc z broni do bandziora.
- Nie ruszaj się skurwielu – krzyknął.
Po dziesięciu minutach siedziała już w radiowozie. Była wystraszona, poturbowana, ale cała.
- Teraz odwieziemy panią do domu, a jutro złoży pani zeznania -  powiedział policjant. Trafi za kratki na co najmniej kilka lat. Dwie kobiety solidnie poturbował – dodał.
- Dobrze – Baśka tylko pokiwała głową. Nadal była w szoku. Blada patrzyła bezmyślnie w okno.
- Może pani potrzebuję psychologa – spytał policjant.
- Nie wiem. Nic jeszcze nie wiem. Jutro też jest dzień – odpowiedziała Baśka.

poniedziałek, 28 września 2015

Ślub Kaśki B/opowiadanie/



Odkąd Kaśka skończyła dwadzieścia lat jej matka zaczęła wypatrywać zięcia. Kaśce się do zamążpójścia aż tak bardzo nie spieszyło, a i szans na nie większych nie miała. Urodą raczej nie grzeszyła, figurą nie przyciągała męskich spojrzeń, a i kokietką nie była. W dodatku po całych dniach przesiadywała w domu, najchętniej z książką, a ciuchy nosiła tak długo, aż się zniszczyły na tyle, że musiała wyrzucić.  Dwudziestka jej stuknęła, a ona jeszcze na prawdziwej randce nie była. Raz tylko kolega z sąsiedztwa próbował jej wsadzić rękę pod spódnicę na urodzinach kuzynki. Pijany był i na drugi dzień udawał, że jej nie poznaje. No ale randką tego przecież nie można było nazwać.
- No i kiedy nam kogoś  wreszcie przedstawisz – pytała mama.
- No wiesz przecież, że z nikim się nie spotykam – odpowiedziała Kaśka.
- Jak tak dalej pójdzie starą panną zostaniesz – gderała matka
- Dziś nie ma starych panien, a są singielki – odrzekła.
- Ty mi tu nie opowiadaj o singielkach – odburknęła matka. Chcę jeszcze wnuków doczekać. Wciąż tylko w domu siedzisz. W książkach szczęścia szukasz. Tu nikogo nie poznasz. Ja w twoim wieku już mężatką byłam – dodała.
- Tak, tak i ja byłam w drodze. Wiem. Nie raz mi to mówiłaś – mruknęła Kaśka.
- No tylko mi nie pyskuj, bo jak tak dalej pójdzie sama ci męża znajdę – warknęła matka, biorąc się pod boki.  To, że jesteś dorosła i studiujesz nie zwalnia cię z obowiązku słuchania mnie. Mieszkasz w moim domu, utrzymuję cię i będziesz robiła tak jak ci powiem. Nie jesteś złą partią – dorzuciła. Firma całkiem niezły zysk przynosi. Niejeden na to poleci.
- Chcę, żeby poleciał na mnie, a nie na firmę – obruszyła się Kaśka.
- E tam. Miłości ci się zachciało. Byle był obrotny i zapewnił ci byt. Mnie i ojca też rodzice pożenili i co źle nam razem? – wzruszyła ramionami matka.
Jak matka powiedziała tak zrobiła. Już za dwa tygodnie kazała się Kaśce przyzwoicie ubrać i przygotować, bo na obiedzie miał być kandydat –  młodszy syn okolicznego piekarza.
- Tylko min nie rób i niedostępnej nie graj – upomniała ją. Walczak jest bogaty i obiecał dom wam kupić. Piekarnię dostanie starszy brat Waldka, a on by kiedyś dostał firmę po twoim ojcu. Na razie by pracował u niego. Studia skończył to sobie poradzi – nadmieniła.
Kaśka nie odezwała się. W końcu jakoś to przetrwam. Spotkanie to jeszcze nie ślub. Pomyślała. Ubrała się w dżinsy i bluzę od dresu. Włosy spięła w koński ogon i spokojnie czekała aż matka ją zawoła. Po chwili matka po nią przyszła. Waldek już był. Gdy  Kaśka weszła do pokoju i spojrzała w jego uśmiechnięte oczy ugięły się pod nią nogi i zaczęła żałować, że nie wygląda lepiej. Już za chwilę się okazało, że  był nie tylko przystojny, ale i sympatyczny. W dodatku nie głupi. Dwie godziny minęły szybko. Przy pożegnaniu spojrzał jej głęboko w oczy i powiedział:
- Myślę, że nasz ślub to całkiem niezły pomysł. Nie martw się nie będę ci się narzucał. Ty będziesz miała swoje życie, a ja swoje. Jakoś się przecież dogadamy.
- I ja tak myślę – bąknęła Kaśka.
-  Spotkamy się za miesiąc to wtedy pogadamy i ustalimy szczegóły. Teraz muszę wyjechać  - rzucił. Trzymaj się. I tyle go widziała.
No już ja się postaram coś przez ten czas zrobić, żebyś nie chciał mieć swojego życia. Pomyślała. Następnego dnia poszła do kuzynki, która uchodziła za super laskę po radę.
- Chcę wyglądać co najmniej dobrze. Mam na to miesiąc – wyrzuciła z siebie w drzwiach.
Beata zmierzyła ją krytycznym wzrokiem od stóp do głów. Minę miała przy tym nietęgą.
- No cóż ławo nie będzie, ale powinno się udać – powiedziała.
Kaśka pokiwała tylko  głową.
- Zdaję się na ciebie – wydukała przy tym.
- Po pierwsze musisz zrzucić z pięć kilogramów – dodała Beata. Po drugie musisz iść do kosmetyczki  i do sklepu po nowe ciuchy. Ten worek, który masz na sobie jest koszmarny – skrzywiła się. No i coś musisz zrobić z włosami. Ten mysi kolor zupełnie ci nie pasuje. Ani nie jest modny ani ładny – przewróciła oczami.
- A po co ci ta przemiana – spytała. Zakochałaś się?
- Chyba tak – mruknęła Kaśka.
- W końcu i ciebie dopadło – zaśmiała się Beata. No to do dzieła.
Po miesiącu przemiana się dokonała. Kaśka nie poznała się w lustrze. Zmieniła się jeśli nie super laskę to przynajmniej w bardzo atrakcyjną dziewczynę. Mysie włosy zyskały miodowy odcień, sylwetka w nowych ciuchach wyglądała kusząco. Delikatny makijaż dopełnił reszty, a szpilki, w których wreszcie nauczyła się chodzić,  dodały jej wzrostu. Gdy z wysoko uniesioną głową wkroczyła do restauracji z satysfakcją pochwyciła spojrzenie chłopaka siedzącego przy barze.
Waldek już czekał. Podeszła do niego i uśmiechnęła się. Poznał ją dopiero po głosie i szybko poderwał się z miejsca zupełnie zaskoczony. Po chwili odzyskał rezon.
- No, no coś mi się  wydaje, że zadanie będzie bardzo przyjemne. Może przyśpieszymy ten nasz ślub – rzucił.

niedziela, 27 września 2015

Sporo pracy, inicjacja, harmnizacja półkul i bazarek dla kotów


W ostatnie dni sporo się u mnie działo. Miałam trochę pracy. Po pierwsze pisanie na forum i wróżenie. Całkiem sprawnie mi to idzie.  Poza tym miałam do zrobienia tarot kompleksowo czyli świadomość, uczucia, praca i zdrowie oraz horoskop prognostyczny na rok. Wysłałam najpierw tarot i dziewczyna się wystraszyła wylewu albo zatoru, bo wszystko inne się zgadzało. Poradziłam jej, żeby się wyciszyła, żeby zwolniła, unikała stresów i zaczęła medytować, a los oszuka. Jak tu jednak zwolnić gdy ma się słońce w baranie, a księżyc w lwie. To ogniste znaki i trudno będzie zwolnić. Dwa dni temu ponadto zgłosiła się do mnie kobieta z prośbą o inicjację w system Engel Ki. System jest bardzo fajny, bo ułatwia kontakt z aniołami. Ja sama byłam w niego inicjowana kilka lat temu i od tego czasu kontakt z aniołami mam lepszy. Pomagają mi, a odpowiedzi na trudne pytania same pojawiają się w mojej głowie. Teraz inicjuję innych. Poza tym miałam do przygotowania paczkę na bazarek dla bezdomnych kotów. Tego stada mi akurat bardzo szkoda, bo koty są prawie oswojone. Może miały kiedyś domy i teraz cierpią podwójnie. To tragedia dla nich trafić z kanapy na ulicę. Paczka pójdzie jutro z rękodziełem i książkami. Wysłałam bombki, magnesy, broszki, kolczyki, breloczki, czapkę, lampion, kamienie, koraliki i kartki.
Przedwczoraj miałam trochę oddechu, bo poddałam się harmonizacji półkul mózgowych wahadłem u Leszka Żądły. Zabieg mnie niesamowicie wyciszył i od razu mi się lepiej myślało. Za miesiąc chcę się poddać następnemu, a później jeszcze jednemu. Myślę też o zabiegu usuwania krzyży karmicznych. Może się poddam. Nie bardzo mi się uśmiecha oddawać, cierpieć i pokutować za to co zrobiłam w poprzednich życiach. Po tym zabiegu tego typu przejścia są rzadkością. No przynajmniej ja na to liczę.
Dziś odpoczywam. Nie robię nic kompletnie. Zrobiłam tylko obiad - kapustę z pieczarkami i ziemniaki. Może jednak wieczorem zabiorę się za ozdabianie butelki. Na razie serwetki jeszcze nawet nie wybrałam, tyle, że Krzysiek butelkę umył i odkleił z niej nalepki. W domu jest ciepło i przyjemnie, bo od dwóch dni palimy w piecu. Koty się porozciągały na całą długość i się wygrzewają. Uwielbiam na nie patrzeć wtedy...

czwartek, 24 września 2015

Historia Aśki/opowiadanie/



Aśka obudziła się późno i od razu dopadła ja myśl, że nie ma pieniędzy. Nie ma i już. Pożyczyć nie miała od kogo. Rodzice nie żyli od kilku lat, a jedyna siostra mieszkała od lat za granicą  i kontakt się urwał. Aśka radziła sobie jakoś, bo po rodzicach zostało mieszkanie w kamienicy. Nawet niedrogo za nie płaciła, a rodzice przed śmiercią je wyremontowali. Było też nieźle wyposażone w podstawowe sprzęty. Problemy się zaczęły, gdy okazało się, ze ma chory kręgosłup i pracować nie może. Dostała rentę, która ledwie wystarczała na życie.
Najpierw wysiadła jej lodówka. Wzięła nową na raty. Jakoś spłacała. Za miesiąc szlag trafił pralkę. Raty jeszcze załatwiła, ale w sklepie zataiła ile wydaje na leki, bo kredytu by nie dostała. Później była jeszcze chwilówka, bo jej kot Filip musiał mieć koniecznie zabieg na przepuklinę. No i zaczęło się. Spłaciła chwilówkę i raty, a na leki i jedzenie pieniędzy  już nie starczyło. Kręgosłup ją tak bolał, że chodziła zgięta wpół i od dwóch dni była bez obiadu. Do piętnastego, kiedy to brała rentę pozostało 5 dni, a ona miała dwanaście złotych i pustą lodówkę. W dodatku Filipowi też kończyła się karma. Najgorsze było to, że nadchodziła zima, a ona nie miała za co kupić węgla. Potrzebowała na sezon co najmniej trzy tony. Skąd ja wezmę tysiąc osiemset złotych. Zastanawiała się gorączkowo od kilku dni. Przecież nie pójdę kraść, a zarobić nie dam rady. Gdzie dostanie pracę z chorym kręgosłupem.
Wstała, ubrała się, wypiła herbatę z resztka cukru i zapatrzyła się w okno. Deszcz stukał miarowo o szyby, na pobliskim klonie nie było już prawie liści, a w domu panował przejmujący  ziąb. Trzeba by już zacząć palić w piecach, bo wilgoć wejdzie w ściany. Pomyślała. Po chwili już szła w stronę komórki z zamiarem wygrzebania reszek węgla. W korytarzu spotkała sąsiadkę z parteru i starą Maciejakową. Były tak zagadane, że nawet jej nie zauważyły.
- Dzień dobry – przywitała je.
- A dzień dobry – odpowiedziały. A słyszałaś to już, że odnalazł się właściciel naszej kamienicy. Podobno pierwsze co zrobił to podniósł czynsze prawie o sto procent od nowego roku. Kazia Walewska i Karscy już dostali pisma w tej sprawie. Do nas też pewnie przyjdą na dniach. Trzeba by się odwołać, bo kogo tu stać na płacenie takich kwot – trajkotały jedna przed drugą.
- Nie nic wiedziałam – odpowiedziała Aśka przerażona.
Jeszcze i to. Skąd ja wezmę. Pomyślała. Jak tak dalej pójdzie to zostanę bezdomna. Po chwili już była w komórce. Węgla prawie nie było. Została masa miału, w którym gdzieniegdzie widać było pojedyncze kawałki węgla. Zaczęła wyjmować go rękami, brudząc przy tym dłonie. Przy okazji nawdychała się pyłu i zaczęła kaszleć. Kręgosłup bolał okropnie, gdy z marną połową wiaderka człapała  do domu.
Rozpaliła w piecu, umyła ręce, opłukała zimna wodą twarz i rozpłakała się. Flip jakby chcąc ją pocieszyć wskoczył jej na kolanach i zaczął ocierać się pyszczkiem o jej mokre policzki. Wtuliła twarz w puszyste futerko, a on zaczął mruczeć. Aśce zrobiło się lżej. Jakoś to będzie. Poradzę sobie. Muszę. Myślała. Wyjście się znajdzie. A może spytać  tarota? Olśniło ją nagle. Już tak długo nie wróżyłam. Czy pamiętam jeszcze? Czy karty przemówią? Zastanawiała się. Kiedyś jeszcze w szkole wróżyła i wróżby się sprawdzały. Wszystkie koleżanki się do niej zgłaszały z problemami. Lubiła to robić i miała z kartami niezwykły kontakt. Ponoć odziedziczyła zdolności po babce, która z tego osiągała nawet niezły dochód.
- A może to jest wyjście – mruknęła pod nosem. Tylko gdzie są karty?
Już po chwili szukała w szafie. Nie było. Na pawlaczu też nie. Nic tylko wyniosła je na strych i leżą gdzieś w pudle ze starymi książkami. Istotnie znalazła karty na strychu w starej, nadgryzionej przez czas  kasetce. Rozłożyła je i wyszła kapłanka i  królowa pucharów. Obie karty oznaczały, że ezoteryka może stać się jej zawodem. Mogłabym wróżyć w domu i przez Internet. Zaczęła planować. Jestem dobra to i klientki się znajdą. Usiadła przed komputerem i od ręki wysłała zgłoszenie do portalu zatrudniającego  wróżki.  Odpowiedź dostała po dwóch godzinach. Musiała tylko skserować dokumenty podpisać je, odesłać do firmy i już mogła rozpoczynać pracę. Trzeba by też zadzwonić do Baśki. Przypomniała sobie Aśka. Nie dalej jak tydzień temu pytała czy jeszcze wróżę. Chciała zapłacić, bo ma problemy z mężem, a jej córka nie może zajść w ciążę. Za moment już rozmawiała z koleżanką.
- Znalazłaś już tą wróżkę – spytała.
- Jeszcze nie – odparła Baśka, a co zastanowiłaś się?
- Tak powróżę ci i córce też. Dobrze by było byście przyszły jeszcze dziś po południu.
- Kochana jesteś. Nie zapomnę ci tego – odpowiedziała Baśka. Będziemy po siedemnastej.
Od tego dnia znowu zaczęła wróżyć. Córka Baśki opowiedziała o niej w pracy i już za dwa dni miała dwie klientki. Pod koniec tygodnia zaczęła też wróżyć na portalu. W pierwszy dzień zarobiła osiemdziesiąt złotych, w następne dwa po czterdzieści. Już nie głodowała i nie marzła tak, bo włączyła grzejnik elektryczny. Gdy dostała rentę od razu kupiła pół tony węgla. Coraz więcej klientek pukało do jej drzwi, bo szybko rozeszła się fama o nowej rewelacyjnej wróżce, która tylko spojrzy w karty i już wszystko wie.
- No i kryzys zażegnany – powiedziała do Filipa nakładając mu na miskę jedzenie. Wiesz co pomyślę o kursie astrologii i numerologii, bo to też ciekawe i przyszłościowe dziedziny. Zacznę od astrologii. Uśmiechnęła się i podrapała kota za uchem.

środa, 23 września 2015

Małżeńskie sprawy/opowiadanie/



Gabriela odkąd zamieszkali z Filipem i Kamilkiem sami nie miała na nic czasu. Gdy mieszkali u jej rodziców to mama gotowała, sprzątała i zajmowała się Kamilem. W końcu była na emeryturze. Pomagał jej tata. Nigdy od Gabrieli niczego nie wymagali i wypieszczona jedynaczka miała czas tylko dla siebie. Do tego grosza nie szczędzili. Po pracy spotykała się z koleżankami, przesiadywała u kosmetyczki i często robiła rundkę po sklepach. Była zadowolona i niczego jej nie brakowało do szczęścia. To Filip narzekał. To on był wiecznie niezadowolony. Chciał iść na swoje.
- Jak długo jeszcze będziemy siedzieć na głowie twoim rodzicom – mawiał. Czas coś wynająć  albo kupić. Oboje dobrze zarabiamy stać by nas było na spłacanie rat.
- Ale po co? Źle ci jest. Mamy wszystko zrobione. Wszystko poddane. O nic się nie musimy martwić. Co najwyżej gdzie wyskoczymy na weekend albo do której restauracji pójdziemy na obiad. Rodzice Kamilka pilnują i mamy więcej czasu dla siebie – broniła swego Gabriela.
- No dobrze ci mówić to twoi rodzice. Ja się czuję skrępowany, gdy teściowa ciągle mi się kręci w pobliżu, a teść wprasza się na piwo. O czym ja mam z nim gadać. O pogodzie – mruknął.
- Jesteś niewdzięczny- podsumowała.
Minęło kilka miesięcy. Pewnego dnia  Filip przyniósł ofertę z biura nieruchomości w którym pracował jego przyjaciel. Całkiem ładny dom z trzema sypialniami, ogrodem i garażem na dwa samochody. Nie stary, w dobrym stanie do zamieszkania od zaraz z opcją kupna.
- Facet wyjeżdżą na stałe za granicę to okazja. Tylko trzeba się decydować  natychmiast. Andrzej zatrzymał tą ofertę specjalnie dla mnie. Co o tym myślisz – powiedział podsuwając Gabrieli zdjęcia.
- No nie wiem. Chyba nie jestem na to jeszcze gotowa – mruknęła pod nosem.
- Skoro tak to tu siedź. Ja zabieram Kamilka i się wyprowadzam. Dość mam twoich rodziców i twojego wygodnictwa. Nie mam zamiaru dłużej tego znosić. Chcę wreszcie sam o sobie stanowić. Trzymać samochód w swoim garażu i kapcie w swoim przedpokoju. Chcesz rozwodu to będziesz go mieć. – wyrzucił z siebie.
Próbowała się przytulić i jakoś wszystko wybić mu z głowy, ale ją odepchnął i wybiegł z domu. Tego nie przewidziała. Co prawda widziała niezadowolenie Filipa, czuła, że od jakiegoś czasu, coś się psuje między nimi, ale myślała, że to chwilowe, że mu przejdzie. A tu taki pasztet. Rozwód. Nie mogę do tego dopuścić. Nie mogę go stracić. Kto mnie teraz zechce. Utyłam po ciąży z 10 kg i jeszcze nie udało mi się zrzucić. Jak sobie poradzę? Myślała przerażona.
Wprowadzili się po dwóch tygodniach.  Dom był zadbany i przytulny. Niczego nie musieli kupować. Wszystko już stało na swoim miejscu. Nawet rośliny doniczkowe zdobiły wnętrza.  Przywieźli tylko swoje cuchy, parę książek i komputery. No i  rzeczy Kamilka. Gabriela zabrała zdjęcie rodziców i rzeźbę kota, która uwielbiała. Ogród był rozległy i wypielęgnowany. Przy tarasie rosły brzozy, a pod domem kwitły róże. W kamiennej posadzce tarasu odbijało się słońce. Za domem był niewielki staw, w którym pływały ryby.
Problemy zaczęły się praktycznie od razu. Kamilek nie chciał chodzić do żłobka i tęsknił za dziadkami. Wciąż płakał i marudził. W dodatku zaczął chorować. Gabriela musiała brać wolne i opiekować się nim. Zupełnie sobie z tym nie radziła. Gdy go przewijała robiła się zielona z obrzydzenia. Nie sądziła, że to tak będzie takie trudne. Dotychczas robiła to mama. W pracy zaczęli krzywo patrzeć na jej kolejne zwolnienia. Praca w domu też ją przerastała. Ciągle sprzątała. Starała się naprawdę, a kurz grubą warstwa zalegał po kątach. W dodatku nie potrafiła gotować. Zupełnie. Zamiast smacznych gołąbków czy sosów często musieli raczyć się gotową pizzą, bo obiad nie nadawał się do zjedzenia. Kupiła książkę kucharską, ale to nie było tak proste jak się wydawało. W kuchni spędzała długie godziny, a i tak to co przygotowała zbyt smaczne nie było.  Już nie miała czasu na ploteczki z koleżankami, kosmetyczkę i rajdy po sklepach. Padała za to ze zmęczenia i zaczęła ze stresu jeszcze bardziej tyć. Filip kończył właśnie jakiś ważny projekt w pracy i przychodził tak zmęczony, że nie miał siły w niczym jej wyręczyć.  Za to stał się bardziej wymagający i coraz częściej miał do niej pretensje.
- No i znowu obiad przypalony. Czuć od wejścia – wrzasnął na nią, gdy wyszła z kuchni by się z nim przywitać. Rany czy ty wreszcie zaczniesz sobie radzić i kiedy? – dodał
- A co ty sobie myślisz – krzyknęła. Cały dom na mojej głowie i dziecko. Ja też pracuję racz to wreszcie zauważyć – warknęła. Zatrudnij sobie gosposię jak ci moje gotowanie i sprzątanie nie pasuje albo sam zacznij to robić. Też masz ręce. Może byś tak więcej czasu spędzał w domu, bo Kamilek niedługo przestanie cię poznawać – podsumowała wychodząc i trzaskając drzwiami.
Wybiegła do ogrodu. Już nie był tak wypielęgnowany. Trawa dawno powinna być ścięta, a rabatki z kwiatkami wyplewione. Pierwsze jesienne liście zalegały miejscami  na tarasie dość grubą warstwą. Poczuła chłód. Ciaśniej owinęła się swetrem. A co będzie zimą? Kto będzie palił w centralnym i odśnieżał. Pomyślała. Może faktycznie trzeba kogoś zatrudnić do pomocy? To niezła myśl.
Po  tygodniu udało jej się przekonać  Filipa i zatrudnili pomoc domową. Dziewczyna, studentka  germanistyki, okazała się inteligenta, zaradna, smukła i całkiem ładna. Przychodziła co drugi dzień sprzątać. Zadbała też o ogród. Później dodatkowo zaczęła gotować. Potrafiła przygotować prawdziwe cuda. Załatwiała również zakupy i Kamilek ją nawet polubił. Gabriela odżyła, a dom odzyskał dawny blask. Jak ona sobie z tym radzi zastanawiała się czasem – studia i praca. Przecież to niemałe obciążenie.
Po miesiącu zauważyła, że Filip często przesiaduje z Beatą, bo tak miała dziewczyna na imię, w kuchni. Zaczął nawet obierać za nią ziemniaki i kroić warzywa na surówkę. Gdy próbowała poruszyć ten temat zbył ją ze śmiechem.
- Uczę się gotować. Co w tym dziwnego- zakończył rozmowę.
- Jakoś wcześniej się do tego nie garnąłeś – zauważyła z przekąsem.
Później już zimą przyłapała go na tym, że za Beatę odśnieżał podjazd i dokładał do pieca od centralnego ogrzewania. A tak kiedyś nie lubił brudzić sobie rąk. Gdy mieszkali z rodzicami w kotłowni był raz i powiedział, że nigdy więcej.
Bomba wybuchła wiosną. Gabriela wsadzała właśnie  przy schodach do domu, żonkile, które kupiła dzień wcześniej, gdy oświadczył jej, że Beata jest w ciąży i że odchodzi to znaczy nie Beata tylko on od Gabrieli, bo on jest ojcem tego dziecka.
- Oczekuję, że się wyprowadzisz z Kamilem. Będę na niego płacił alimenty i chcę go zabierać co drugi tydzień na weekend – dodał spokojnie i beznamiętnie.
 Ogłuszona Gabriela nie wiedziała co powiedzieć. Wstała i poszła do domu. Zaczęła w pośpiechu pakować swoje rzeczy i rzeczy Kamilka. W głowie czuła pustkę. Zamrożone emocje nie znajdowały ujścia. Zadzwoniła po tatę, by po nią przyjechał. Trzeba też odebrać małego ze żłobka. Po dwudziestu minutach tata zatrzymał się pod bramą.
- Obyś zaznała z nim tego czego ja zaznałam pod koniec i oby spotkało cię to co mnie – rzuciła przez ramię do Beaty wychodzą w pośpiechu. Tamta tylko spuściła głowę i uśmiechnęła się lekko.