Codzienność

Codzienność

poniedziałek, 23 stycznia 2017

No i poniedziałek...

Po wczorajszym lenistwie dziś ani śladu. Musiałam wstać wcześnie, bo jadę z Krzyśkiem do lekarza. Później mamy wstąpić do sklepu kupić nowy laptop. Chcę taki z Windows 8 i tani, bo do 1500 zł. Windows 10 nie chcę na razie. Chodzi mi o program Corel Draw x6, który to na Windows 8 działa lepiej. Droższego laptopa kupować nie zamierzam, bo mi szkoda pieniędzy. Czy uda mi się dziś kupić nie wiem. Jeśli nie to muszę poszukać gdzie indziej. Do wyboru jest jeszcze kilka sklepów. Dziś muszę kupić też witaminy. Chodzi mi o magne B6 cardio i kompleks witamin może Falvit lub vigor. Myślę też o witaminie D3. Co prawda z kośćmi problemów nie mam, ale ta witamina pomaga też na odchudzanie podobno i na zmęczenie. Jeśli chodzi o magnez to mi bardzo ostatnio pomógł w problemach z szybkim biciem serca i drżeniem powiek. Brałam trzy tygodnie i po problemach.
Ostatnio znowu maluję koty ze zdjęć. Wena wróciła tym razem na akwarelki. W tym miejscu nie będę podejmowała żadnych wyzwań, bo nie wiem jak długo wena zostanie. Kusi mnie obiecać sobie, że będę malowała choć trzy obrazy tygodniowo. Wreszcie bym się solidnie za naukę wzięła. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że brak weny to tylko wymówka. Malarze czy studenci malarstwa malują ciągle i nie zastanawiają się czy wena jest czy jej nie ma. Ja jestem jednak niestała no i mam tez inne artystyczne pasje z których nie chcę rezygnować. Jeśli chodzi o malowanie to tak jak mi powiedziała nauczycielka z kursu faktycznie najbardziej widzę się w akwarelach. Poza tym lubię pastele suche i kredki akwarelowe. No ewentualnie akryle. Oleje natomiast coś nie bardzo mi podchodzą. Pewnie to z tego powodu, że obraz maluje się długo, a ja chcę by był gotowy jak najszybciej. Nie zrezygnuję jednak z tej techniki, bo oleje to cudne naturalne kolory. Może z czasem się jeszcze do nich przekonam...





 

sobota, 21 stycznia 2017

Codzienność, malowanie i coś jeszcze...

Dziś zaspaliśmy z Krzyśkiem oboje. Wstaliśmy dopiero za dwadzieścia jedenasta. Potem było wszystko w biegu, bo o 12:00 miał autobus do pracy. Trzeba było napalić w piecu, nakarmić stado, zjeść obiad. To ostatnie to Krzysiek, bo ja zjem dopiero koło czternastej. Teraz siedzę piję kolejną kawę i buszuję po blogach. Ostatnio nie pracuję rano i do południa. Wstaję późno i działam dopiero po południu. Spać chodzę koło północy. Wcześniej czas mi przecieka przez palce. Trwonię go beztrosko na przeglądanie blogów i Facebooka. Odpowiada mi taki rytm w zimie i zmieniać niczego nie chcę.
Ostatnio jestem na diecie i jeżdżę na rowerze. Schudłam ponad 4 kg co mnie cieszy. Kondycji jednak nadal nie mam i ta mi wcale ni wzrasta. Wręcz przeciwnie, słabnę coraz bardziej i energia mi ucieka. Zawsze tak mam gdy zabieram się za zajęcia ruchowe. Jeszcze nigdy nie udało mi się tego przetrwać. Może tym razem. Tak bardzo bym chciała wprowadzić na stałe ruch do mojego życia. Przecież nie można cały dzień leżeć i siedzieć. To zdrowiu nie służy.
Powoli myślę o wiosennych pracach w sadzie. Trzeba zasilać, wapnować i co nieco wyciąć. Do wycięcia są trzy drzewa, które już nie owocują z tym, że dwóch mama usunąć na razie nie pozwoli. W tym roku wytniemy tylko jedną gruszkę. W jej miejsce posadzę nowe drzewko. Myślę o gruszce. Nie lubię gdy odchodzą stare drzewa. Wtedy tracę jakby cząstkę siebie. Pamiętam je z czasów gdy byłam dzieckiem. Pamiętam jakie były piękne i jakie owoce rodziły...Szkoda, ale tak to już jest...Przemijanie...

A na koniec trochę o malowaniu. Od kilku dni mianowicie maluję z powrotem. Pierwszy był pejzaż, ale wyszedł tym razem koszmarek. Później z powrotem zaczęłam malować koty. Nawet jestem zadowolona. Wczoraj dostałam zamówienie na trzy obrazy akrylami. Jeden to samochód na bardzo dużym podobraziu, drugi to portret kota, a trzeci to portret dziecka. Tego ostatniego zlecenia się nie podejmę, bo się obawiam, że nie podołam. Portretów nie ćwiczę zupełnie, ponieważ do malowania ludzi mnie zupełnie nie ciągnie. Może jednak poćwiczę? W końcu to dobra szkoła...




 

czwartek, 19 stycznia 2017

Uroki zimy czyli kłopoty i plany

Zima w tym roku dała mi popalić. Piec kominkowy przy dużych mrozach, nie wydalał nawet przy wsparciu piecokuchni. Taki węgiel i lepszy nie będzie. Przy małych mrozach Krzysiek węgla nosić ne chce i w piecokuchni nie palimy. Marznę praktycznie na okrągło. Trochę cieplej mi jest odkąd zaczęłam treningi na rowerku stacjonarnym. Ciepła jednak w domu przez to nie ma. Rano jest w pokoju dziennym 14 stopni w małe mrozy i 12 w duże. Wieczorem temperatura rośnie odpowiednio do 20 i 18 stopni. Ja bym chciała z 23. Myślę sobie, że im będziemy starsi tym będziemy potrzebować więcej ciepła. Od kilku dni kombinuję co zrobić by było cieplej. Pomyślałam sobie, żeby pokój dzienny zmniejszyć o około 6 m2. Jest to możliwe, bo można aneks biblioteczny oddzielić ścianą i wstawić drzwi. Aneks jest bardzo urokliwy, ale ogrzewany być nie musi. Z biegiem lat uroda wnętrz przestała mieć dla mnie takie znaczenie. Wygoda i przytulność liczy się bardziej. Krzysiek się tak bardzo nie sprzeciwia. Będę też chyba musiała we wszystkich drzwiach, a jest ich 5 zamontować grube kotary.

Kusi mnie też wybudowanie pieca kominkowego ze ścianówką, żeby ciepło szło na sypialnię i piecem chlebowym może. To już mniej realne, bo kosztowałoby majątek. Może kiedyś. Krzysiek mówi nie. No ale ja też zarabiam przecież. Tylko czy taki piec zda egzamin? Na razie mam problem, bo mi leje piec od centralnego, a właściwie piecokuchnia. Chyba trzeba kupić nową. Ta ma 6 lat i chociaż nie była intensywnie używana nawaliła. Nic dziwnego. Wszystko się w kuchni szybko psuje przez wilgoć. Piec cały zardzewiał i obudowa nawet się rozpadła. Chcę kupić taki sam. Producent nadal je wytwarza. Chcę to zrobić w lecie. Teraz drżę by mrozy nie wróciły, bo bym była ugotowana. Przy okazji może przerobię centralne czyli zrobię grawitację by w przypadku braku prądu nie trzeba było wygaszać. Kusi mnie też zrobienie grzejnika w łazience. Teraz jest nieogrzewana i goście mi marzną...

A na koniec myśl i zmykam na zabieg Reiki...:)

wtorek, 17 stycznia 2017

badania, rower i dylematy

Dziś wstałam bardzo wcześnie i pojechałam na badania. Niestety technika nie było, a panie będące na zastępstwie chciały mi pobrać krew ale z żyły. Nie zgodziłam się oczywiście. Poczekam na technika. Ma być w przyszłym tygodniu z tym, że trzeba dzwonić wcześniej by się upewnić.
Od kilku dni zabrałam się z powrotem za  jazdę na rowerku stacjonarnym. Kupiłam go kiedyś pełna zapału i przez dłuższy czas obrastał kurzem. Jeździć nie znoszę, bo to strasznie nudne. Poza tym wychodzę z założenia, że nie każdy musi poświęcać czas na ćwiczenia. Jest tyle ciekawszych zajęć przecież. Jeżdżę tak by spalić 150- 300 kalorii. Tyle to dość. Lepiej niż nic. Za jakiś czas dojdzie jeszcze joga. Może mi się uda zmobilizować. Joga jest dla mnie ważniejsza, bo dodaje sprawności i gibkości, a ja ostatnio no cóż taka ociężała się zrobiłam. Wstyd...

Nadal zastanawiam się nad tym czy założyć w tym roku warzywnik. Sporo nasion mam. Ważne są. Mogłabym dokupić sadzonki papryki, pomidorów, cukinii, dyni, ogórków, sałaty i kalarepki. Nie bardzo sobie z warzywnikiem radzę i zbiory mam kiepskie, ale okazja do wyjścia na dwór by była. Mam też trochę nasion do wysiania w lutym. Czy wzejdą? Kusi mnie uprawa cukinii i ogórków w pojemniku. Sałatę na pewno tak będę uprawiała, bo ślimaków u mnie jest sporo, a zwalczać ich chemicznie nie chcę. Myślę o tym by pomidory zapylać ręcznie specjalnym preparatem. Ponoć zbiory są większe.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Katar, straty i byle do wiosny...


Wczoraj padał śnieg. Dziś jest pochmurno i ponuro. Odwilży nie widać. Niektórzy mimo to prorokują wczesną wiosnę, bo ponoć dzikie gęsi migrują. Oby już ta wiosna nadeszła. Mam dość zimy w tym roku. Przytłoczyła mnie zamiast ucieszyć. Ciągle też jestem zmarznięta.
Od kilku dni Krzysiek jest chory- kicha, kaszle, oczy mu łzawią. Śpi dla pewności osobno, żeby mnie nie zarazić. Nie potrzebne mi przeziębienie tym bardziej, że strasznie źle je ostatnio przechodzę. Trwa u mnie całe wieki. Mnie jednak zaczęło też brać. Już w piątek drapało mnie w gardle i rano trochę pokasływałam. Wzięłam leki czyli polopirynę, cerutin, miód i syrop z cebuli. Wypłukałam też gardło szałwią i solą. Zrobiłam inhalacje. Przeszło na chwilę. Niestety wróciło. Na szczęście tylko katar. Zawsze przy okazji przeziębienia przypominam sobie o tym, że trzeba by kupić dobre bańki bezogniowe. Mógłby mi je Krzysiek stawiać. Może bym szybciej dochodziła do siebie. Ja potrafię stawiać tradycyjne. Nauczyła mnie ciocia. Gdy byłam mała i chorowałam stawiali mi je. Szybko po nich choroba przechodziła. Też teraz tak chcę ale pewna nie jestem czy te bezogniowe są równie skuteczne.

Wczoraj zrobiłam trochę porządku w domu. Wyrzuciłam między innymi kilka roślin, które zmarzły. Zniszczyła mi się prawie cała monstera o biało-zielonych liściach. Co dziwne ta o liściach zielonych ma się zupełnie dobrze. Widocznie ta druga jest delikatniejsza. Tak sobie myślę, że już kwiatów dużo nie kupię. Co najwyżej kaktusy i sukulenty. Cierpią u mnie, a mnie jest ich po prostu szkoda. Może tylko pomyślę jeszcze o cytrusach. One lubią chłodne klimaty. Moje draceny i fikusy też dobrze się czują. Może coś dokupię. Kupię też więcej grudników i kaktusów wielkanocnych. Dobrze im u mnie. 

Mam zamówienie na horoskop i tarota na pół roku dla dwóch osób. Zejdzie mi z trzy dni, bo trochę tego jest. Będę musiała przysiąść... Sporo osób teraz wróży. To normalne na początku roku...Ludzie chcą zerknąć za zasłonę czasu, bo chcą wiedzieć co dla nich los przygotował.





sobota, 14 stycznia 2017

Trochę tego i owego czyli plany i problemy...

Nowy Rok minął już jakiś czas temu, a ja teraz dopiero kończę spisywać plany. Trochę ich mam. Czy się uda je zrealizować czas pokaże. Po pierwsze planuję trochę remontów - malowanie siatki od frontu, malowanie wnętrz i remont łazienki. Poza tym chcę ściąć drzewo i posadzić nowe. Myślę o gruszy, bo moje obie stare już nie owocują. Mają być wycięte chaszcze i zrobiony porządek na podwórku i w ogrodzie. Piła przyjedzie w lutym. Trzeba by też może kupić kosę spalinową, bo jak dobrze pójdzie będzie miał kto kosić. No chyba, że będzie kosić zwykłą. Muszę też zrobić wreszcie płytę na grobie taty. Powinnam wydać jeden lub dwa tomiki. Z zakupów chcę kupić laptop oraz może szafę i frytkownicę do smażenia na łyżce oleju. Na ten ostatni zakup Krzysiek się nie zgadza. Frytkownica tania nie jest, ale ja kocham frytki nie tylko z ziemniaków. Mam też zamiar przez cały rok być na diecie. Sporo tego. Rok powinien być owocny.

Teraz znowu muszę ponarzekać trochę. Już mi to wchodzi w nawyk. W kuchni u mnie dopust boży. Nie dość, że wilgoć mimo zrobionej wentylacji to jeszcze ostatnio zepsuła się kuchenka. Działa tylko jedna płytka. Dobrze, że ta duża. Druga nie grzeje wcale. Ponoć przepalił się jakiś drucik. Ja się na tym nie znam. Do tego jeszcze odpływ, który nawalił przed świętami nadal sprawny nie jest. Można używać tylko prawej komory, bo gdy użyję lewej cieknie. Krzysiek nie bierze się do naprawy i czeka nie wiadomo na co. Poza tym mój antyczny, piękny stół został uszkodzony przez korniki. Jest praktycznie do wyrzucenia, bo jedna noga została na dole zjedzona i stabilny już nie jest. Zniszczyło się też kilka kwiatków.

A na koniec przepis i myśli...

Kotlety z sera żółtego

kawałek sera żółtego o grubości około 1 cm
bułka tarta
mąka
jajko
olej

Ser panierować najpierw w bułce, a później w mące. Smażyć na rumiano z obu stron. Powinien być miękki ale ser nie może się rozlać.


Miłość jest jak narkotyk. Na początku odczuwasz euforię, poddajesz się całkowicie nowemu uczuciu. A następnego dnia chcesz więcej. - Paulo Coelho

czwartek, 12 stycznia 2017

Zimowe narzekania...

Wstałam dziś późno. Trochę zmarznięta. Spałam oczywiście w sypialni, bo w pokoju dziennym się nie da. Próbowałam spać w czasie mrozów ale za dużo kotów chciało spać ze mną. Do tego strasznie się rozpychały. W sypialni śpię tylko z Józkiem i czasem z Mruczkiem. Ostatnio nie jest mi nigdy ciepło. Domu nagrzać nie mogę. Palę od rana. Solidnie. W piecu buzuje ogień i wczoraj było ledwie 18 stopni. Nie wiem już co zrobić. Nawet palenie węglem i drewnem nie pomaga. Krzysiek się rozchorował i kaszle, a z nosa mu cieknie. Ciekawe czy mnie zarazi. Zapobiegawczo wygoniłam go z sypialni. Dziś jadę do miasta to pewnie zmarznę jeszcze bardziej.
Kończy się węgiel i jeszcze w styczniu trzeba będzie kupić tonę. Problem będzie, bo wjazd jest pod górkę a tu śnieg leży. Ostatnio jak takie warunki były to kierowca nie wjechał i Krzysiek musiał nosić wszystko prawie od drogi czyli spory kawałek. Już teraz się wścieka. Nie wiem czy odśnieżanie coś da. Będzie musiał spróbować. Wysypie też podjazd popiołem. Mama też musi kupić węgiel choć próbuje kombinować. Wczoraj mi zakomunikowała, że będzie grzać grzejnikiem elektrycznym. Zamarznie przecież... Wczoraj mi sąsiad przyniósł 4 worki klocków do pieca. Może doczekamy odwilży?

Dieta przebiega bez zakłóceń. Chudnę stopniowo co mnie cieszy. Ostatnio zaczęły mnie znowu kusić ćwiczenia, a konkretnie joga. To na początek. Później może też tai chi. Nie mam zamiaru po tym schudnąć oczywiście. Czas jednak chyba pomyśleć o przyszłej sprawności. Trochę kondycji też się przyda. Co do jogi to planuję ćwiczyć po 30 minut co drugi dzień. Chcę ćwiczyć dywanówki i tu jest problem, bo na razie nie bardzo się da z powodu zimna ciągnącego od podłogi. Takie są uroki mieszkania w starym domu. Nieremontowanym domu tu trzeba zaznaczyć. Podłogi mają ponad 70 lat. Są drewniane. To dzieło mojego pradziadka, który miał zakład stolarski. Są solidne i niby na oko w dobrym stanie. Niestety deski się rozeszły, a pod nimi wiatr hula. Czy te przeciągi wytrzymam czas pokaże. Nie mogę przecież przerywać co roku ćwiczeń na zimę. To bez sensu. Kiedyś może położę na całej podłodze gumolit. To by trochę chyba ociepliło. O panelach nie myślę, bo nie lubię. O remoncie typu zrywania podłogi, ocieplenia i układania z powrotem nawet nie myślę. Chyba bym tego nie wytrzymała nerwowo.

A na koniec motywujące zdjęcie i znikam...