Codzienność

Codzienność

piątek, 24 maja 2019

Piątek

U mnie deszcze. Nic zrobić na dworze się nie da. Krzyśkowi jest to na rekę, ale ja się denerwuję, bo upały mogą nadejść szybko i wtedy roboty nie będzie. Za kilka dni powinnam się ruszyć do znajomego, który mi będzie robił przy dachach. Trzeba z robotą uciekać. Do roboty jest komórka mamy i moja drewutnia. Czekam na wstawienie okna. Cały czas sie zastanawiam nad malowaniem sypialni. Nie wiem też co z warzywnkiem w przyszłym roku. Jeśli miałby być to trzeba by zrobić skrzynie. Zrobił by S, ale chyba we wrześniu dopiero. W tej chwili za bardzo czasu na warzywnik nie mam. To kwestia organizacji. Od dawna chcę ograniczyć trochę internet.
Deszcze przywitałam pogodna. Lubię gdy pada i mam okazję do rozpalenia w piecu. Palę i teraz i czuje sie jakby to była moja ukochana jesień. Przeczy temu zieleń. Podwórko całe zarosło i mokre rośliny wyglądaja uroczo. Na szczęście mnie nie zalewa. U nas rzeka jest regulowana i czas powodzi już sie skończył. Nie wszyscy mają to szczęście. Ostatnio czytałam o zalanym schronisku dla zwierzat. To było przerażajace. Zalane boksy, budy i brodzace psy.

Ostatnio znowu więcej czytam. Teraz to Życie w średniowiecznym mieście. Pozycja jest ciekawa. Wczoraj przyszło Życie w średniowiecznej wsi. Chcę kupić Stulecie Winnych, bo serial bardzo mi się podoba. To już na razie koniec chyba. Mam inne wydatki z gatunku pilnych. Mam też kilka książek do przeczytania. W tym problem jednak, że ja na książki mam nastroje. Nie koniecznie ciągnie mnie do tych, które sa w danym momencie dostępne. Już dawno nie byłam w bibliotece. Teraz częściej książki kupuję lub czytam te dostępne na Chomiku.



środa, 22 maja 2019

środa

Dziś mija dwa tygodnie diety dr Dąbrowskiej. Schudłam 4,3 kg. Trochę mało, ale dobre i to. Liczę jeszcze na 4 kg, bo chcę wytrwać do 42 dni. Teraz może juz spadać wolniej. Dieta nie jest dla mnie trudna. Ciężkie były 3 pierwsze dni. Czułam sie skrzywdzona i łapała mnie jakaś panika. Jeśli mi się uda to kolejny post we wrześniu. Krótki, bo tylko 2 tygodnie. Chciałabym jednak te 76 kg w tym roku zobaczyć. To by była nadwaga. Mam dość otyłości i wcale przez te kilka lat się do niej nie przyzwyczaiłam. Zawsze miałam wagę w granicach normy i chcę by tak było z powrotem. Ostatnio sporo czasu spędzam w kuchni i nawet mi to nie przeszkadza. Jeszcze nie myślę o końcu diety i pociągu do zakazanych pokarmów nie mam.

Ostatnio intensywnie pracuję nad sobą, a wczoraj zapisałam się na kurs anielski. Trwa trzy miesiące. To 15 lekcji plus kontakt przez email. Jeśli chodzi o anioły, to jestem po dostrojeniu w engel ki. Niby kontakt mam, ale jakoś tak intensywnie z aniołami nie pracowałam, a bardzo chcę. Mam trochę książek, ale co kurs to kurs. O tym kursie myślałam juz od kilku lat. Zdecydowałam się teraz. Niby wcześniej miał być kurs terapeuty kryzysowego, ale jest sporo droższy i mnie teraz na niego nie stać. Kurs prowadzi uczeń D Virtue oraz D Cooper i nie ukrywam, że to mnie zachęciło.

Rozunia prawie doszła do siebie. Czuje się dobrze - je, myje się, mruczy i z kolan mi nie schodzi. Okazała sie bardzo grzeczna i delikatna. Nie było ataków szału ani gryzienie podczas podawania tabletek. Teraz juz powinno być tylko lepiej i oby było.

warzywa po grecku

- marchew
-seler
- korzeń pietruszki
- cebula
- czosnek
- sól
- pieprz
- koncentrat pomidorowy
- zioła

Cebulę pokroić i podsmażyć na suchej patelni, dodać czosnek i starte warzywa. Podlać woda i dusić. Na koniec dodać przyprawy i koncentrat.

poniedziałek, 20 maja 2019

poniedziałek

Ostatnio kombinuję z pączkami sosny. Na razie Krzysiek zerwał z naszego drzewa pączki na syrop. Mam zaufanie do tego syropu i robię go co rok. Kiedyś zrywałam sama, ale drzewo urosło i trzeba teraz z drabiny. Krzyśkowi sie oczywiście nie chce, a ja mam lęk wysokości i na drabinę nie wchodzę. Chciałabym pączków wiecej, bo mnie jeszcze kusi nalewka. Chcę choć jedna butelkę. Bardzo ja lubię. Sosny rosną tez w okolicy. Ostatnio bylismy z Krzyśkiem na spacerze i trochę pączków zerwałam. Przy okazji zrobiłam zdjęcia i powspominałam. W tym miejscu gdzie teraz rosna drzewa, jeszcze nie tak dawno były pola uprawne. Rosły tam zboża, ziemniaki. W zbozu zbierałam maki, chabry i kąkole. Było sporo zajęcy, kuropatw i skowronków. Wieki juz nie słyszałam skowronka. Teraz zostały sarny, dziki i bazanty.













Wiosna, czyli już czas na zbieranie ziół. U mnie jeszcze nie koszone i coś może znajdę. Sporo ziół piję i wierzę w ich moc. Wyniosłam to z domu. Mój dziadek był bardzo chory. Miał wrzody i wazył czterdześci pare kilo. Lekarze tylko wzruszali ramionami. Dopiero zielarz pomógł. Dziadek pił zioła przez kilka miesięcy i całkowicie wyzdrowiał. Ja mam nawyk picia ziół. Teraz piję herbatki z miety i z kopru.

A na koniec wegetariańske gołabki. Zdjęć nie mam, bo zbyt szybko zniknęły z talerza.

- 3 liście młodej kapusty
- marchew
- kawałek kalafiora
- sól
- pieprz
- kminek
- koncentrat pomidorowy
- cebula

Kalafior ugotować. Marchew zetrzeć na tarce o dużych otworach i podsmażyć na patelni np. bez tłuszczu. Gdy zrumienione lekko dodać kalafior, podlać mała ilościa wody, dodać przyprawy i dusić do miękkości. Liście obgotować. Zawijać jak tradycyjne gołąbki. Wyłożyć na patelnię, podleć wodą, dodac koncentratu i dusić.

Zmykam na medytację...:)

sobota, 18 maja 2019

sobota

Rozi przezyła wczorajszy dzień i teraz będzie juz tylko lepej, ale czy napewno? Podczas sterylizacji została znaleziona zmiana na jajniku. Oby to nie był następny problem. Martwię się. Cierpi teraz malutka, bo rana jest duża. Na razie jest spokojna, ale charakterna jak zawsze, bo juz wczoraj Mruczka potraktowała pazurami. Na razie je, chodzi i podkłada główkę do głaskania. Od wczoraj siedzi cały czas koło mnie albo na kolanach. Nie ma ataków złości i ładnie połknęła tabletki.

Wiosna w pełni  to widać. Cieszy mnie zieleń i rośliny. Cieszą mnie ptaki i ich jasne głosy. U mnie jest sporo gniazd i trochę ptaków sie uwija po podwórku. Trochę kwiatów u mnie kwitnie. Czekam na rózanecznik. Ma zakwitnąć po raz pierwszy. Niestety robota przy wodociągu nie przysłuzyła się roślinom. Część zostala zasypana i mimo, że później S wygrabił piasek, liście nie przetrwały. Odbiją chyba w przyszłym roku. Cieszą mnie tez rośliny w domu... Niby kocham jesień i lubię zimę, ale bogactwo życia wiosna mnie zachwyca. Wiosna jest piękna i tylko to mi spędza sen z powiek, że niedługo lato. Lata nie lubię, bo upały dają mi w kość.











Dieta trwa. Sporo jej zawdzięczam. Nauczyłam się przygotowywać nowe potrawy. Poznałam nowe sposoby w tym podpiekanie cebuli na suchej patelni i duszenie warzyw na wodzie. Na raze schudłam prawie 4 kg. Liczę jeszcze na 4-5 kg, bo teraz juz waga moze spadać wolniej. Im dłużej jestem na diecie WO tym mi się wydaje łatwiejsza. Niepotrzebne tyle z nią zwlekałam i tak się jej bałam. Fajne jest to, że nie czuję głodu, a gdy mam chęć na podjadanie wiem, że nie przytyję. Jem bardzo mało kalorii, bo około 300. Ciężkie będzie wychodzenie z diety. Będę musiała bardzo uważać, żeby z powrotem nie przytyć. Myślę by od razu dodać 200 kalorii, a po tygodniu jeszcze 100. Później chcę dodawać po 100 kalorii co dwa tygodnie. Na pierwszy ogień pójdą jajka, ryby i białko roślinne ze strączków. Później tłuszcz. Do mięsa wrócę chyba dopiero w sierpniu. We wrześniu może kolejny krótki post. Taki z dwa tygodnie. Jeśli wszystko wyjdzie jak myślę, to do granicy nadwagi zejdę już w tym roku.

czwartek, 16 maja 2019

czwartek

Mam araukarię. Jest cudna. Jeszcze jej nie miałam i ciekawa jestem czy uda m się ją utrzymać. Na razie stoi w pokoju dziennym, ale wyniosę ja chyba do ganku, bo tam jej będzie lepiej. Niby koty nie skubią, ale przechodza obok i trącają. Może tego nie lubić. Kwitnie mi też amarylis, a drugi zaczyna puszczać. Teraz czekam na pieniądze, żeby kupić następne kwiaty do domu. Lubię mieć dużo roślin w domu. Cieszą mnie.

Nadal jestem na diecie. Schudłam 3 kg w tydzień. Poznaję nowe smaki. Niektóre potrawy będę jadać i później. Ot chociażby sałatki niekoniecznie z majonezem i warzywa duszone bez tłuszczu, czy cebulę przypiekaną na suchej patelni. Powoli myślę co będzie po diece. Nie chcę dużego jojo i chyba muszę pomyśleć o jedzeniu zdrowszych rzeczy. Nie uśmiecha mi sie pieczywo z gipsem i słodycze z chemikaliami, kupne chipsy. Jadam dużo konserw z ziarnami. To największe grzeszki. Teoretycznie mogę strączkowe gotować. Mogę tez piec pieczywo. Tylko czy czasu wystarczy? Nie chcę pół dnia w kuchni siedzieć. Chyba zacznę robić domowe słodycze. Nie jem dużo, ale uważam, że na niedziele cos słodkiego powinno być. To może być ciasto, ciastka albo np. ptasie mleczko czy deser. Chyba kupię te książki albo najperw poszukam cos w internecie. Nie chcę przepisów zbyt skomplikowanych i ze zbyt wielu składników.





U mnie nadal pada, a przyszły werbeny  trzeba je posadzić. W tymroku wybrałam niebieske. Do tego będą kolorowe pelargonie, szczawik i lilie miniaturowe. 

Jutro Rozunia ma operację, a ja się martwię. Niby guzek malutki ale może być problem z podawaniem tabletek. Może tez sie wsciekać na koty i zdejmować kaftanik. No i bólu będzie sporo...:(

Tą książkę kupiłam...



wtorek, 14 maja 2019

wtorek

Po deszczu trawa buja jak szalona. Nie koszona wyglada ładnie i po wiejsku. Cieszy mnie bogactwo roślin w tym oczywście te kwitnące. Trochę roślin pozbieram do rytuałow. Będą na zimę. S przyjedze w czerwcu to resztę skosi, a mnie będzie żal. Nie lubię wychuchanych, podmiejskich trawników. Pamiętam jeszcze czasy, gdy okoliczne łąki i pastwiska zachwycały. Chodziłam z ciocią zbierać polne kwiaty. Rosły rumianki, stokrotki, dzwonki, maki. Przynosiłyśmy całe bukiety. Teraz to ugory porośnęte po pas perzem i chaszczami i kwiatów nie ma. Żal mi tych klimatów i wspominam te czasy z nostalgią. Nie wszystko zmienia się na lepsze niestety. Młodym ludziom nie chce się pracować w polu i tradycje zanikają. Przykre to.

Czekam na pogodę, bo trzeba by zacząć plewić. Krzewy, które posadziłam w zeszłym roku zaczynaja zarastać. Wzdrygam sie przed ta pracą, bo jej nie lubię, ale zrobić trzeba. Muszę też Krzyśka pogonić do sadu. Powinen wyciąć resztę chaszczy. Trzeba stary perz skosić i spryskać ten co wyrośne. Bardzo mi żal owadów więc będziemy pryskać wieczorem. Spryskane być musi, bo perzu coraz więcej, a my nie mamy siły by go usuną w inny sposób. Późnej weźmemy się za podwórko po kurach. Krzysiek wytnie maliny, a S chaszcze. Trzeba by te maliny jakoś zniszczyć. Chciałabym w tym miejscu posadzć nowe, szlachetne odmany. Nie wiem jednak co zrobic z tymi dzikimi. Krzysiek wytnie, ale korzenie przeciez zostaną i odbiją. 

Zimno jest na tyle, że codzennie palimy w piecu. Jak to dobrze, że mieszkamy w domu, a nie w blokach.

niedziela, 12 maja 2019

niedziela

Ostatnio trochę lepiej śpię i łatwiej zasypiam. Nie wiem czy to trening autogenny pomógł czy aromatoterapia, czyli olejek na sen, który kupiłam. Ważne, że się wysypiam i bez problemu wstaję. Niestety nadal mam kiepski nastrój. Mam czarne myśli i uważam, że nic dobrego mnie w najbliższym czasie nie spotka. Trochę tych myśli sie obawiam, bo jakie myśli takie życie. Dzieje mi się różnie. W piątek np. dowiedziałam się, że za likwidację przyłacza gazu nie będę płacić. Martwiłam sie o to przez dwa tygodnie. To zamartwanie o przyszłość jest bez sensu. Przyda mi sie bardzo trening uważności. Książkę na ten temat właśnie czytam. Nie była tania, ale wygląda na wartościową.

Wczoraj byłam na zajęciach w ośrodku kultury. Zaczęłam martwą nature, a konkretnie kwiaty. Zajęcia będą do końca czerwca.W tym czasie chcę namalować jeszcze może jedne kwiaty, może morze i wiejską chatę. Nie wiem czy to się uda. Raczej nie. Później będę malować tylko w domu, bo nie wiadomo czy zajęcia w wakacje będą. Pani, która prowadzi zajęcia ma podpisaną umowę tylko do wakacji. Co dalej nie wiadomo. Jeśli zajęcia będą od września, też będę chodzić. W lecie może będą zajęcia w sąsiednim mieście. Czekam na akwarelę.

Wczoraj Krzysiek pomalował resztę okien, a później wsadzilśmy ostatnie rośliny. Wszystko już jest w ziemi. Coś jeszcze może kupię w tym roku, ale raczej jesienią. Chodzi o podlewanie.
Dziś dzień w domu na kanapie, choć wróżenie będzie. Pogoda taka sobie. Zaraz chyba będze deszcz.