Codzienność

Codzienność

środa, 31 grudnia 2014

Sylwester, kolęda, przerażone zwierzęta i życzenia...


Sylwester, a u mnie była kolęda. Księdza przyjęłam sama, bo Krzysiek był w pracy. Mieszkanie zostało poświęcone i oczyszczone.
Nadal jest mroźno i sporo śniegu zalega. Dziś w nocy było 9 stopni, a przy gruncie pewnie więcej. Węgiel mi się powoli kończy, bo palę na dwa piece ostatnio. Sypialnię dogrzewam też grzejnikiem elektrycznym. Ciepło jest wszędzie z wyjątkiem łazienki. Chyba trzeba by w końcu przerobić to centralne i do łazienki wstawić grzejnik. Jesteśmy coraz starsi i coraz gorzej zimno znosimy.
Dzisiaj Sylwestra spędzimy sami w domu. Nawet wina musującego nie mamy. Będzie ajerkoniak i ciasto. Po 12 wyjdziemy przed dom z zimnymi ogniami. I tyle. Petard u mnie nie będzie, bo nie pozwalam Krzyśkowi kupić. Za bardzo zwierzęta się boją i tylko tragedie później, ponieważ uciekają w panice i giną. Jakiś czas temu tak zaginął piesek sąsiadów. 4 dni go szukali i nie mogli znaleźć. Rozpaczali okropnie. Dopiero moja mama wahadełkiem go znalazła. Miała psina szczęście, że przeżyła, bo mrozy były wtedy trzaskające.
Lubię siedzieć w domu w Sylwestra w przeciwieńswie do Krzyśka. On by chciał iść na salę, do brata, albo gdzieś na imprezę pod gołym niebem. Ja takich spędów nie cierpię. Zawsze się zastanawiam czemu mnie na imprezę z tańcami ciągnie skoro tańczyć nie lubi i nie potrafi. Ja też nie porafię i nie znoszę. Moja mama za to kocha taniec i chciała, żebym i ja polubiła. Wysłała mnie więc jako nastolatkę na kurs tańca towarzyskiego. Kurs skończyłam, ale taniec znienawidziłam. To był horror dla mnie...


A na koniec życzę wszystkiego dobrego w nowym roku i oby był lepszy niż ten, który się kończy...

wtorek, 30 grudnia 2014

To i owo, gry, rozpieszczanie się i rysunki...


W tym roku się spóźniłam i jeszcze do tej pory nie wsadziłam ani pietruszki ani selera do doniczek. Nie wsadziłam też cebuli na piórka. Dziś naprawiłam to i rośliny są już w ziemi na oknie. Czas był najwyższy i pora jest odpowiednia, bo księżyca przybywa. Ciekawe czy seler wypuści tym razem. Cebula jest w wodzie, bo i tak ładnie puszcza szczypior. W najbliższym czasie chcę też kupić trochę ziół. Myślę o tymianku, bazylii i rozmarynie. Może mi zioła w zimie nie zmarnieją tak jak marnieją latem. Lubię świeże zioła i zieleninę i bardzo mi ich zimą brakuje.

Po południu mam zamiar trochę się porozpieszczać. Najpierw wezmę się za stopy, później za dłonie. Pewnie też zrobię sobie maseczkę. Stopy wymoczę chwilę w pachnącej soli. Później wymasuję je olejkiem tym razem robionym w domu z oliwy z oliwek i cynamonu. Jeszcze później nasmaruję je grubo wazeliną i założę skarpetki. Niech się wszystko wchłonie, a skóra stanie się delikaniejsza. Następnie przyjdzie kolej na maseczkę. Może z drożdży i mleka. Na koniec zajmę się dłońmi. Na początek wymoczę je w ciepłej oliwie z dodatkiem soku z cytryny. Później nasmaruję wazeliną i włożę na kilka godzin cieniutkie bawełniane rękawiczki. To wszystkie stare, babcine sposoby, ale skuteczne.

Wieczorem będę malować, rysować, czytać albo po prostu próżnować, bo czasem lubię. Chyba, że Krzysiek zdoła mnie namówić na jakąś grę. Ostatnio kupiłam następną i dziś przyszła. Gra ma dobre opinie i powinna być fajna. Jest karciana i może jeszcze kiedyś kupię wersję planszową...



Jutro Sylwester i trzeba będzie trochę podziałać w kuchni. Mam jeszcze przygotować pasztet, śledzie oraz skończyć bigos. Pewnie też upiekę schab ze śliwką i ugotuję boczek. Strasznie dużo mięsa ostatnio jem przy okazji świąt.
A na koniec ostatnie rysunki. Tym razem ptaszki. Ostatnio bardzo fajnie mi się rysuję i myślę o zakupie pasteli w kredce. W tej chwili  jest problem z gotówką, ale jeszcze w styczniu powinnam dostać pieniądze za ułożone krzyżówki to pewnie wtedy kupię choć podstawowy zestaw. O rozszerzonym i pastelach w sztyfcie pomyślę później, bo to już spory wydatek zwłaszcza wersja pejzażowa. Oczywiście pastele dobre gatunkowo, bo inne są tańsze...






niedziela, 28 grudnia 2014

Zima, obraz, marzenie o piecu i pierogi...


Od wczoraj już zaczęło dnia przybywać. Zima trwa - śnieg spadł i nadal leży. Wszędzie jest biało, choć warstwa śniegu za gruba nie jest. Taka zima z lekkim mrozem ma się utrzymać ponoć co najmniej dwa tygodnie. Zobaczymy. Swoją drogą ta zima ma być lekka. Takie są zapowiedzi, a i według przewidywań też tak powinno być. Lubię zimę, ale śnieżną i niezbyt mroźną. Nie uśmiecha mi się trzaskający mróz i ciągła obawa o rury od wody i do szamba. Z drugiej strony wolałabym, żeby robactwo wymarzło. Tylko bezpańskich zwierząt mi szkoda. Wczoraj zrobiłam kilka zdjęć, ale na spacer z aparatem do lasu się nie wybrałam. Czasu nie było.





Wczoraj piekłam chleb, bo pieczywa od nas ze sklepu nie da się jeść po kilku dniach. Jest kwaśne i twarde. No i cuchnie. Ciekawe co oni do niego dodają, że jest takie wstrętne. Ja już pieczywa kupionego prawie nie jem. Mama też narzeka. Czasem piekę w domu, ale w moim piecyku za dużo na raz upiec się nie da. Marzę o piecu chlebowym. Przydałoby się taki kupić lub wymurować, bo kominy są. Mógłby być też taki który buduje się na dworze. To jednak tylko marzenie, bo to kosztowna sprawa, a Krzysiek pieca oczywiście nie chce. Jemu każdy chleb smakuje i nie wybrzydza. Mnie uważa za dziwaczkę o wiejsko przedpotopowych upodobaniach i czasem albo się ze mnie śmieje albo się na mnie złości.



Od kilku dni znowu maluję. Powstał obraz jeszcze jesienny. W naturze kolory są bardziej stonowane, rozmyte jak akwarele. Teraz siedzę nad następnym tym razem to pejzaż zimowy. Jeszcze nie malowałam zimy i sama jestem ciekawa efektu. Maluję akrylami, bo obawiam się, że farby olejne zbyt długo by schły w niskiej temperaturze w pracowni. Za długo w pracowni przy grzejniku wysiedzieć nie mogę. Maluję więc na raty. Mam pomysły na kilka obrazów z przyrodą w tle. Chyba powstaną. Podobrazia mam. Mam nadzieję, że tęgie mrozy nie przyjdą, bo wtedy z malowaniem musiałabym poczekać.



Dziś na obiad mam pierogi z kaszą czarną i twarogiem. Bardzo je lubię. W ogóle lubię pierogi i dość często ostatnio robię. Ciasto w moim wykonaniu jest zaparzane, bez jajka. Robi się szybko i pierogi się nie rozklejają. Farsze robię różne. Bardzo lubię np.z mięsem i kapustą, z kaszą i mięsem, z kaszą i grzybami czy z owocami. Kupionych pierogów raczej nie jadam, bo smaczne nie są. No i nie wiadomo co w farszu jest. Zwłaszcza te z mięsem są dla mnie podejrzane. Ostatnio doszła do mnie wiadomość, że w pobliskim mieście jest pierogarnia. Może się kiedyś z Krzyśkiem wybierzemy, bo jestem ciekawa nowych smaków. W ogóle lubię swojskie, proste i sycące jedzenie. Kuchania zbyt lekka  i wykwintana jest nie dla mnie.

Zmykam czytać




piątek, 26 grudnia 2014

Święta na półmetku, choinki przed domami, robótkowe działanie i domowe rady na przejedzenie...


Święta powoli mijają. I dobrze, bo już mnie chyba trochę znudziły. Wczoraj mnie zaczęło nosić i coś mnie pchało do działania. Najpierw poszliśmy z Krzyśkiem na spacer obejrzeć ozdoby przed domami sąsiadów. Niektóre nawet nieźle wyglądają, ale szału nie ma. Może by było ładniej gdyby był śnieg, a tak jest szaro i smętnie. Ja na ozdabianie choinki przed domem nie chcę się zgodzić, choć mnie Krzysiek namawia. Jakoś mnie to nie kusi. Wolę ubierać choinkę w domu, bo wtedy jest dla mnie, a nie dla sąsiadów. Po powrocie do domu graliśmy chwilę w grę, a później poszłam do pracowni i klamerki do bielizny zmieniły wygląd. Pomalowałam również kolczyki. Później kupiłam sobie modelinę, masę solną i glinę, która schnie bez wypalania, bo marzy mi się zrobienie kilku aniołków. Widziałam takie w internecie i zachwyciły mnie na tyle, że zapragnęłam je mieć...







Dziś Krzysiek jedzie do brata, bo brat kończy 50 lat. Będę sama przez kilka godzin. Co będę robić? Jeszcze nie wiem. Może namaluję jakiś obraz w jesiennym klimacie. Kusi mnie las w słońcu.
Jedzenia oczywiście przygotowałam za dużo i wczoraj już musiałam sobie przypomnieć naturalne sposoby na wdęcia i nieumiarkowanie w jedzeniu. Krzysiek zjadł za dużo i cierpiał całe popołudnie. Pobolewał go brzuch i miał zgagę. Coś musiałam zaradzić. Na wzdęcie zaparzyłam mu  kminku z majerankiem. Dobry też jest koper. Na przejedzenie wypił napój z imbiru, miodu i cytryny. Na koniec na trawienie dostał do picia miksturę z łyżki octu jabłkowego z miodem, bo nie miałam czystej wódki w domu. Podałabym mu z dodatkiem pieprzu. Zgaga przeszła sama i całe szczęście. Zrobiłam mu też zabieg reiki. Co pomogło nie wiem, ale już wieczorem poczuł się lepiej...

środa, 24 grudnia 2014

Życzenia







Wszystkiego dobrego z okazji Świąt - zdrowia, szczęścia, powodzenia, morza miłości. Niech ten czas będzie niezapomniany i przyniesie spełnienie marzeń i dużo rodzinnego ciepła.


wtorek, 23 grudnia 2014

Zwyczaje wigilijne, symbolika potraw, zapiekanka z brukselki i parę przysłów...


Jutro Wigilia. U mnie będzie późno, ale za to będzie przygotowywana na kuchni węglowej. Potrawy wyjdą wyborne, a i ja będę miała frajdę gotując. Potraw mam przygotować w zasadzie 7/gotowanych/, ale na stół położę też dodatki w postaci owoców, śledzi, ciast i orzechów. Uzbiera się 12 i będzie problem ze spróbowaniem wszystkiego. Mają być potrawy tradycyjne, gotowane u mnie w domu od pokoleń czyli od czasów, gdy gospodarowała moja prababcia. Upłynęło już ponad 100 lat od czasów gdy wyszła za mąż i została panią domu... I tak będzie zupa grzybowa z łazankami, kapusta z grzybami i z śmietaną/gotowana na rzadko/, kapusta duszona/gęsta/, grzyby w śmietanie, pierogi ze słodkiej kapusty i grzybów, ryby smażone i kompot z suszonych śliwek. Do tego będzie sernik, makowiec, pierniczki, koreczki śledziowe, jabłka, gruszki i pomarańcze. Mam też orzechy włoskie i laskowe. Może zrobię kutię, bo Krzysiek ma ochotę jak zwykle na wszysko co słodkie. Niestety ryby będą morskie, choć powinnien być karp. Nie pozwolę jednak na morderstwo w domu, a filetów nie mogłam nigdzie kupić. Szkoda...
Potrawy podawane na wieczerzę mają swoją symbolikę. I tak tradycyjnie:
ryba to zmartwychwstanie, płodność i obfiość oraz siła, zdrowie i dostatek
mak - płodność i urodzaj
pszenica - bogactwo i pieniądze
orzechy - pieniądze, płodność, pojednanie, intelekt, sprawiedliwość
śliwki - odpędzają złe moce i zapewniają długowieczność
jabłka - miłość, odkupienie, zdrowie, pokój
gruszki - długie życie i szczęście
Warto też dodać przyniesionego w tym dniu jałowca do domu, bo odpędza złe moce i złodziei.
Z Wigilią wiąże się wiele zwyczajów. U mnie w domu np. w ten dzień dzieci muszą być grzeczne, bo jeśli oberwią to będą obrywać cały rok. W tym dniu trzeba po kolacji pójść z opłakiem do zwierząt, a przy stole pozostawia się oczywiście pusty talerz dla niespodziewanego gościa. Jest też przynoszone sianko lub słoma do domu. Po kolacji warto okadzić dom i pozostawić trochę jedzenia dla dusz odwiedzających miejsce w którym kiedyś żyły. Gdy byłam dzieckiem wierzyłam, że o północy zwierzęta mówią ludzkim głosem. Gdy byłam panną zamiatałam w Wigilię podłogę i wynosiłam śmieci na dwór nasłuchując z której strony zaszczeka pies. Z tej strony miał nadejść mój mąż. Z Wigilią związane jest tez przepowiadanie pogody i przysłowia.

Adam i Ewa pokazują jaki styczeń i luty po nich następują
Gdy w Wigilie pogodnie będzie tak cztery tygodnie
Gdy w dzień Adama i Ewy pięknie mróz prędko pęknie
Jak w Wilię z dachu ciecze jeszcze sie zima przewlecze
Gdy choinka tanie w wodzie jajko toczy się po lodzie
Jeśli dzień w Wigilie pogodny roczek będzie urodny.

Dziś mam trochę luzu. Będę czytać i rysować. Z obowiązków mam tylko wytrzeć kurze, upiec boczek i przygotować obiad. Będzie zapiekanka. Tym razem dość wykwintna jak dla mnie wersja zapiekanki z brukselką. Nie robię jej zbyt często, bo składa się z wielu składników i nie zawsze wszystkie na raz mam je w domu.

6 sporych ziemniaków
cebula, 25 dkg brukselki
marchew
kilka pieczarek
10 dkg boczku lub kiełbasy
2 jajka na twardo
sół
pieprz
ser żóły
tymianek

Ziemniaki, brukselkę i marchew ugotować i rozdrobnić, pieczarki i cebulę poddusić, jajka ugotować. W naczyniu układać warstwami, każdą przyprawiając. Na koniec posypać starym serem. Zapiekać około 40 minu w temperaturze 200 stopni.

W Wigilię u mnie będzie post cały dzień. No prawie, bo na obiad zjem ziemniaki pieczone z masłem i może kawałek śledzia. Tak było u mnie w domu zawsze i tak będzie w tym roku. 








poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wędzenie schabu, pieczony boczek i choinka...




Dziś smaczny post, bo o wędzeniu i pieczeniu boczku. Schab już uwędzony. Wędziłam 4 godzin w średnio ciepłym dymie. Użyłam drewna z jabłoni, śliwek i gałązek z jałowca.  Później 40 minut zaparzałam w temperaturze 80 stopni i schłodziłam. Teraz schnie powieszony w spiżarni. Wyszedł super. Zapach jest niesamowiy. W zimie planuję uwędzić boczek, szynkę, kurczaka dla Krzyśka, ser typu oscypka i może ryby. Spróbuję uwędzić łopakę i karczek na baleron. Czy mi się uda? Nie wiem wszystko zależy od pogody. W tęgie mrozy wędzić nie zamierzam. 
Jutro Będę piec boczek świeży w ziołach. Boczek jest rolowany i bardzo go lubię. Kiedyś robiłam go dość często. Teraz częściej piekę karczek i schab ze śliwką, majerankim, czosnkiem lub z goździkami, bo są chudsze. Na Sylwestra będzie pasztet i schab właśnie. Chcę zrobić ten ze śliwką z tym, że wzbogacę go również goździkami. Wcześniej poleży w pikantnej zalewie...

Schab wędzony

1 kg schabu bez kości
1 lir wody
10 dkg soli peklowej
2 listki laurowe
sól czosnkowa
4 ziarenka jałowca
7 ziarenek pieprzu

Do przegotowanej zimnej wody dodać przyprawy i zamieszać. Schab włożyć do naczynia/nie metalowe/i zalać wodą. Włożyć do lodówki na 24 godziny. Wyjąć. Wysuszyć i obwiązać sznurkiem. Wędzić około 8 godzin w temperaturze 60 stopni. Sprawdzić termometrem. Później zaparzyć.

Boczek pieczony w ziołach

kawałek boczku bez kości/płat/
zioła/majeranek, czosnek, jałowiec, cząber, tymianek, rozmaryn/
sól
musztarda

Boczek rozbić lekko, natrzeć solą, obłożyć ziołami, posmarować musztardą i zrolować. Mocno obwiązać. Odłożyć do lodówki na co najmniej 2 godziny po czym upiec. Piec w 200 stopniach około 1 godziny.









Teraz choinka się troche różni, bo jest jeszcze ustrojona watą...

niedziela, 21 grudnia 2014

Yule, przesilenie, św. Tomasza, trochę wspomnień, przygotowania do świąt i rysunki...


Dziś przesilenie i Yule, a jutro tuż po połnocy początek astronomicznej zimy. Sabat Yule to pradawne święto. Wtedy to czci się wydanie na świat przez Boginię matkę Pana światła. Święto jest radosne, bo świat po mrocznych miesiącach ponownie zostaje skąpany w świetle. Powraca jasność i znowu można cieszyć się życiem. Ten magiczny czas przesilenia, w tym roku u mnie będzie obchodzony dość skromnie. Nie będzie ogniska. Będą za to świece. Ubiorę też stroiki, zjem orzechów laskowych i włoskich, wypiję wino z korzeniami. Okadzę mieszkanie rozmarynem, szałwią i jałowcem. Może też spalę w płomieniu białej świecy, bo fioletowej nie udało mi sie kupić, kartkę z wypisanymi problemami, żeby odeszły ze starym rokiem. Po skończonym rytuale popiół oczywiście zakopię w ziemi. I to będzie tyle. Wróżyć nie będę. Tarota na cały rok 2015 postawię sobie w Sylwestra. Łatwo zauważyć, że święto to podobnie się obchodzi jak Wigilię i Boże Narodzenie.
Dziś też jest św. Tomasza czyli czas, gdy kiedyś zaczynały się przygotowania do świąt. Bito wtedy między innymi utuczone wieprzki i stąd przysłowie - Święty Tomasz siedzi w dole wieprzki kole.
Inne przysłowia na Tomasza dotyczyły pogody choć nie tylko. Babcia szczegółnie często cytowała mi:
Na Tomasza nie chodź do lasa
Jaka pogoda Tomaszowa taka będzie i majowa
Gdy na Tomasza deszcz pada zmienną zimę zapowiada
Gdy na Tomasza pogoda styczeń silne wiatry poda

U mnie w domu w okolicach Tomasza zaczynało się wędzenie szynek, boczków, kiełbas i schabów. Trzeba się było spieszyć, żeby zdążyć przed Wigilią, bo wtedy już były inne prace do wykonania. Dziadek np. ubierał szopkę, kobiety przygotowywały wieczerzę, a moim zadaniem było ubranie aż trzech choinek w domu. Było ich tyle, bo byłam jedynaczką i trzeba było ubrać choinkę rodziców, babci i cioci Resi, a czasem i czwartą  cioci Ali. Innych przecież dzieci w domu nie było. Choinki były duże często pod sufit i koniecznie żywe. Była masa cacek, łańcuchów, światełek. Pod choinkami na drugi dzień znajdowałam skromne prezenty. Zazwyczaj były to owoce, słodycze, gry i książki. Duże paki z zabawkami dostawałam na Mikołaja.
U mnie przygotowywanie do Wigili rozpoczęło się od zrobienia pierogów. Pierogi zrobiłam takie jak robiła zawsze babcia czyli ze słodkiej kapusty z grzybami i duszoną cebulką. Farsz przepuściłam przez maszynkę. Ciasto jest bez dodatku jajka. Zaparzane. Później pierogi obgotowałam, wysuszyłam rozłożone na stolnicy i zamroziłam. W Wigilię je jeszcze na chwilkę wrzucę do wrzątku. Podam  z masłem, bo u mnie Wigilia jest postna tak jak bywało to kiedyś...

A na koniec dzisiejsze rysunki - sarenki...





Zmykam, bo czeka mnie jeszcze dokończenie przygotowywania jutrzejszego wędzenia. Muszę wyjąć mięso z solanki, obwiązać je i 
powiesić do suszenia. Powinnam też pomóc Krzyśkowi w przygotowywaniu drewna. Będę potrzebowała sporo odporności psychicznej, ponieważ Krzysiek nic w niedziele robić nie lubi, a dziś klnie od rana, bo robić musi...


piątek, 19 grudnia 2014

Biblioteka, gra, prezenty, ozdoby świąteczne i chory ząb...



Dziś byłam na zakupach ostatni raz przed świętami. Mam już w domu wszystko co potrzeba, by święta były udane. Prezenty też już wszystkie kupiłam. W tym roku oprócz kosmetyków i książek zdecydowałam się też kupić grę. Kiedyś uwielbiałam gry planszowe typu Eurobiznes. Gry pokochałam już jako dziecko kiedy to co roku na święta dostawałam jedną. Wtedy to był chińczyk, warcaby, skaczące czapeczki czy inne tego typu. Grałam z ciocią godzinami i doskonale się przy tym bawiłam. Ostatnio na długo o grach zapomniałam i grałam tylko w karty np. kanastę, w remika w tysiąca lub w kości. Teraz do gier postanowiłam wrócić i dostałam oczopląsu w sklepie. Na starcie wybrałam kilka gier z ekonomicznych i strategicznych. Na razie kupiłam jedną i zbieram pieniądze na następne. Krzysiek również lubi grać więc będziemy się nieźle bawić zimą.


Wracając z zakupów wstąpiłam do biblioteki i zastałam na drzwiach kartkę z informacją, że zamknięte do odwołania. Nie jest to dobra wiadomość, bo bibliotece od dawna groziło zamknięcie z powodu zbyt małej ilości czytelników. Co prawda jestem zapisana jeszcze w trzech innych, ale i tej by mi było szkoda. Kurczę, ale czasy nastały. Niedługo będzie można czytać tylko to co się samemu kupi. Fatalnie, bo książki są drogie i nie zawsze jest mnie stać na kupno. Ostatnio sporo książek kupiliśmy. Ja trochę psychologicznych oraz powieści i Krzysiek kilkanaście pozycji wojennych. Krzysiek jeszcze kupi, ponieważ aktualnie kolekcjonuje dwie serie. Jedna o drugiej wojnie światowej i druga o bitwach na przestrzeni dziejów. Mnie też kilkanaście pozycji kusi...

Wczoraj skończyłam robić ozdoby. Trochę ich w tym roku powstało. Wszystkie są z papieru i bibuły. Są robione na stary styl i przypominają te, które robiłam jako mała dziewczynka z ciocią. Szkoda, że nie mogłam zdobyć słomki, a ta co mam jest sprasowana i nic z niej zrobić się nie da. Zrobiłam między innymi łańcuchy, które sprowadzają do domu i obejścia dostatek, urodzaj, bogactwo i szczęście. Najstarsze ozdoby na choinkę to były jabłka, orzechy, gwiazdki z papieru i słomki, kwiaty z bibuły, różnego typu łańcuchy, świeczki, ozdoby z wydmuszek i opłatka, słomiane i papierowe aniołki, koszyczki, pająki czy jerzyki. Wieszano też cukierki i ciastka w kształcie gwiazdek i zwierząt oraz szyszki. Teraz te zwyczje odchodzą w zapomnienie, a choinki ubiera sie w jednokolorowe, często chińskie cacka. Szkoda.







A na koniec kłopot czyli pobolewający mnie od czasu do czasu, pod wpływem ciepła ząb. Ząb był leczony wieki temu i niedawno wyleciała mi z niego plomba. Na dentystę nie mam czasu no i się go oczywiście obawiam. Chyba poczekam aż mnie zacznie częściej i bardziej boleć. Wtedy pójdę i poproszę o wyrwanie, bo leczyć nie bardzo jest co. Mam nadzieję, że jakoś wytrzymam z dwa tygodnie jeszcze...

Dziś będziemy ustawiać wędzak, a w poniedziałek lub wtorek wędzenie schabu...Mam nadzieję, że wyjdzie dobry...

środa, 17 grudnia 2014

Pierniczki, preparat z wiesiołkiem, sąsiadka, zwyczaje i marzenie o piecu...


Wczoraj piekłam pierniczki. Wyszły smaczne, wiem bo oczywiście musiałam spróbować. Pierniczki piękę co rok. No prawie co rok, z tym, że na choince ich nie wieszam ze wzgledu na myszy, które u mnie w domu bytują. Wczoraj upieczone pierniczki schowałam do puszek razem z kawałkami jabłka, które to przyśpiesza mięknięcie pierniczków. Jabłko trzeba zmieniać co 3 dni. U mnie w domu, gdy byłam dzieckiem pieczone były również kruche ciasteczka w kształcie pierniczków. Babcia je lubiła i piekła całe blachy. Na koniec  były ozdabiane grubym cukrem lub sypane cukrem pudrem. Dobre były.

Pierniczki

Szklanka miodu
3/4 kostki margaryny
jajko
1/2 kg mąki
2/3 szklanki cukru
opakowanie przyprawy do piernika
łyżeczka proszku do pieczenia

Podgrzać margarynę, miód i cukier. Do miski wsypać mąkę, przyprawy i dołożyć wszystko z rondelka. Dodać jajko i wymieszać. Masa jest dość luźna. Odczekać 60 minut to zgęstnieje. Wałkować i wykrawać pierniczki. Piec w 180 stopniach 15 minut. Gdy wystygną polukrować. Ja dałam tym razem gotową polewę ze sklepu. Można do części ciasta dodać kakao.






Dzisiejszy dzień spędziłam częściowo w ruchu. Byłam w mieście, a później u sąsiadki po opłatek i świecę z Caritasu, którą mi miała kupić. Lubię do niej chodzić, bo ma w kuchni tradycyjny piec kuchenny na którym gotuje, uprawia ogród i w dodatku hoduje kury. Ma ich 20, ale w tym momecie się wcale nie niosą tak, że musi kupować jajka. Świecę kupuje co rok i zapalam ją  w Wigilię. Opłatek kupuję tradycyjnie z kościoła. Mam już też choinkę. Drzewko jest urocze i tylko żal, że musiało stracić życie, żeby uradować moją duszę przez tak krótki czas. Mogło przecież wyrosnąć na olbrzymie drzewo i żyć sto lat, a tak po świętach pójdzie do pieca i ślad po nim nie zostanie. Myślę o podłaźniku, bo wtedy całego drzewka ścinać nie trzeba, ale u mnie w domu tej tradycji nie było.

W mieście kupiłam preparat wiesiołek z czosnkiem. Preparat tani nie jest, ale powinien być skuteczny. Powinnien pomóc i na problemy z odpornością i układem krążenia. Olej z wiesiołka doskonale działa na miażdżycę, podwyższony cholesterol, podwyższone ciśnienie krwi, cukrzycę, stany zapalne typu zapalenia stawów czy skóry. Czosnek natomiast to naturalny anybiotyk. Działa też korzystkie na serce, nadciśnienie oraz przeziebienie. Połączenie tych dwóch składników to akurat to czego potrzebuję.

A na koniec moje marzenie czyli piec typu ścianówki zbudowany przez zduna. Taki piec miała kiedyś moja babcia. Chciałabym by był duży i koniecznie z szybą. Palenisko było by w pokoju dziennym i ogrzewałby dodatkowo sypialnię dzięki ściance z kafli. Marzę by był wybudowany z cegły szamotowej. W pokoju dziennym nie chcę kafli. To marzenie, bo taki piec kosztuje pewnie ponad 5 tysięcy, a ja takiej sumy sama bez Krzyśka raczej nie zbiorę. On natomiast piec uważa za fanaberię w dodatku przed potopową jak się wyraził i pieniędzy na niego nie da. Ja uważam go za coś praktycznego i już  zdążyliśmy się o piec pokłócić. Tak to u nas jest. Ciągle inne zdania, ciągle konfliky i kłótnie. Czasem się zastanawiam jak my z soba tyle lat wytrzymaliśmy.



poniedziałek, 15 grudnia 2014

Senny las, szczur, zimowe jedzenie, czasopisma i medytacja z aniołem


Połowa grudnia, a śniegu jeszcze w tym roku nie widziałam. Miał padać, ale nie padał. Wczoraj byłam na spacerze i wróciłam rozczarowana. Las jakiś taki szary i smutny. Cichy jak wymarły. Tylko ogołocone drzewa śpią kołysane wiatrem. Wiatru u mnie silnego nie było. Widać huragan Aleksandra do nas nie zawitał. Powiało trochę  w sobotę po południu, rozkołysało gałęzie i wiać przestało. I dobrze.
U mnie w domu już zima - myszy szaleją aż miło. Ona ostanio złapała taką wielką, tłustą mysz. Pewnie miała mieć młode. Dobrze, że została wykwaterowana na podwórko. Żywa oczywiście, bo uciekała śpiesznie w trawę. Może nie wróci. Wrócił już za to szczur do piwnicy. Szczur bytuje u nas już chyba trzecią zimę z kolei. Czasem podgryzie trochę ziemniaków, ale czym się żywi tak naprawdę nie wiem. Widywany jest w piwnicy i czasem w sieni, ale do domu nie próbuje wchodzić. Czuje koty. Nie mam zamiaru z nim walczyć, bo i po co? Krzywdy mi przecież nie robi...

Zima to i jedzenie zmieniłam na bardziej kaloryczne. Jem więcej mięsa, fasoli, grochu, soi, soczewicy. Częściej piekę mięso w domu, robię pasztety. Częściej są w domu pieczone chleb i bułki. Częściej jem kanapki. I przytyłam niestety zamiast schudnąć. Nic to zrzucę... Myślę o diecie South Beach. Na zimę jest lepsza od warzywnej.

Dziś będzie na obiad fasola po holendersku.

0,5 kg fasoli mały jaś
cebula
kawałek boczku wędzonego lub kiełbasy
carry
koncentrat pomidorowy
pieprz
sól
2 kostki rosołku warzywnego
4 jajka na twardo
mąka
można dodać odrobinę śmietany
ząbek czosnku

Fasolę zalać wodą, dodać rozdrobnioną cebulę, czosnek, pokrojony boczek i przyprawy. Gotować do miękkości. Zaprawić koncentratem, mąką i śmietaną. Dodać pokrojone drobno jajka.

Po południu będę czytać Werandę country i Sielskie życie. Skończę też Piękno i pasje. Myślę o tym, żeby te gazety zaprenumerować od nowego roku. Listonoszka by przyniosła do domu. Nie musiałabym biegać po mieście i szukać, bo jest z nimi kłopot. Kusi mnie również Wróżka. W ostatnim numerze Piękna i pasji jest konkurs na zdjęcie kącika do czytania. Fajna sprawa tylko, że ja takiego kącika nie mam. Czytam na kanapie, albo w łóżku. Lubię czytać w pozycji półleżącej. Lubię się wtedy okryć mięciukim kocykiem. Lubię, gdy koty są blisko, a przyłumione świało kładzie miękkie cienie w głębi pokoju. Dla mnie to czysta magia...





Dziś mam zamiar zrobić sobie medytację z aniołem. Tym razem będzie to opiekun dzisiejszego dnia Asaliah. Anioł ten jest przewodnikiem pomagającym w odbiorze przekazów z niewidzialnego świata i wprowadzeniem ich w świadomość. Łączy energię ziemi i nieba. Chroni przed niemoralnym zachowaniem i skandalami. Wzmacnia intelekt, rozjaśnia umysł, uszlachenia duszę. Dodaje wiary, powściąglowości i uczciwości. Wspiera pisarzy, malarzy, psychologów i ezoteryków. Coś dla mnie...




sobota, 13 grudnia 2014

Św. Łucji, coś na ząb, buda dla Pikusia, rysunki i szczypta magii...

Święta Łucja dnia przyrzuca

Kiedy na świętą Łucję mróz, to smaruj wóz

Święta Łucja głosi, jaką pogodę styczeń przynosi.

Dziś świętej Łucji. Dawniej tego dnia wróżono o plonach i pogodzie na przyszły rok. Wróżby polegały na tym, że obserwowano jaka będzie pogoda przez 12 dni, od św. Łucji do Wigilii i takie właśnie miały być miesiące następnego roku. Inna wróżba polegała na tym, że pogodę przewidywano sypiąc sól do 12 miseczek, które przypisywano do kolejnych miesięcy roku. Wilgotna sól w danych miseczkach oznaczała deszcze w danym miesiącu. U mnie dziś ciepło i przelotny deszcz, taki też powinien być styczeń. Zobaczymy czy się w tym roku sprawdzi.
Księżyc chudnie, zmierza w odwiecznym rytmie do nowiu. Dziś mam zamiar zrobić sobie rytuał oczyszczania mieszkania, bo Krzyśka nie ma w domu i piekłem mnie nie będzie straszył. Tym razem będzie o rytuał polegający na rozsypaniu soli po wszystkich kątach mieszkania, okadzeniu ich bylicą i przejściu po mieszkaniu z poświęconą świecą. Wyjdę też na dwór i we wszystkich rogach działki zakopię sól i bylicę. Rytuał jest bardzo skuteczny, wierzę w jego moc i wykonuję go regularnie. Mieszkanie oczyszczać warto co miesiąc, a nawet częściej w przypadku stresów czy konflików. Nieraz wystarczy jedna awantura i aura w mieszkaniu staje się aż ciężka. Po oczyszczeniu czuć jak ciężar znika i powietrze staje sie czystsze, inne.

Dziś na obiad mam zupę warzywną z dodakiem kukurydzy. Zupa jest smaczna i sycąca.

5 ziemniaków
cebula
marchew
czosnek
kawałek korzenia pietruszki
kawałek selera
3 kostku rosołku warzywnego
mąka
pieprz
tymianek
5 łyżek kukurydzy konserwowej
śmietana

Ziemniaki pokroić, dodać czosnek, starte na tarce warzywa, przyprawy i gotować z rosołkiem. Na koniec dodać kukurydzę i śmietanę, zabielić mąką. Można gotować z kiełbasą lub z boczkiem. Można dodać zacierek lub makaronu.

A na koniec problem z budą i Pikusiem. Sprawa ma się tak, że Pikuś śpi w ganku, nie zawsze ogrzewanym. Psina jest coraz starsza, ma króciutką sierść i prawie łysy brzuszek. Do domu go wziąć nie mogę na noc, bo lubi znaczyć meble i to by z pewnością robił w nocy, gdybym go nie pilnowała. Pomyślałam o tym, żeby mu kupić budę. I u jest problem, bo pożyczyłam budkę od koleżanki, żeby sprawdzić i on za skarby świata w niej spać nie chce. Nawet wejść nie wchodzi. Boi się. Gdy go Krzysiek próbuje zachęcić to się ze strachu moczy. Buda była nieużywana więc to nie problem obcego zapachu. Do naszej budy, kociej również wejść nie chce. No i nie wiem co zrobić. W styczniu czy w lutym mogą być tęgie mrozy i ogrzewanie ganku może nie wystarczyć. Pewnie będzie się trząsł rano z zimna...

Ostanie ptaszki tym razem węglem.Wolę sangwinę jednak...











czwartek, 11 grudnia 2014

Katar i reszta, rysunki, ozdoby choinkowe i domowe pachnidła...


Od kilku dni umieram, bo mam katar i kaszel. Boli mnie też gardło. Krzysiek mnie zaraził. Jestem wściekła. Nawet leków nie mam, ponieważ zapomniałam już kiedy byłam chora i wszystko wyszło. W domu jest polopiryna s, wick do smarowania i kamfora. Zrobiłam sobie syrop z cebuli. Do płukania gardła mam sól i szałwię. Mam też miód i kwiat lipy. Nie mam tabletek na gardło, bzu czarnego, syropu i kropli do nosa. Dziś Krzysiek dopiero mi kupi. Czuję się źle, jestem osłabiona, pocę się i dużo śpię. Trochę mi przechodzi, ale nos mam nadal zatkany i czasem kaszlę. Koniec świata... Robię oczywiście też reiki...
Wczoraj po południu czytałam Powroty na rozlewisku. Książka mi się bardzo podobała. Dziś się wezmę za trzeci tom czyli Miłość nad rozlewiskiem. Później rysowałam ptaki. Powstały szkice oraz rysunki sangwiną, grafitem, kredą i węglem. Powinnam się zabrać za wykonanie pracy domowej z drugiego zeszytu kursu rysunku i malarstwa. Czeka mnie rysowanie martwej natury czyli naczyń i widoku z okna. Nie bardzo mnie w tej chwili do tego ciągnie, ale będę musiała te prace jakoś wykonać. 
Od kilku dni robię ozdoby na święta. Zrobiłam kilka łańcuchów z bibuły. Mam jeszcze zrobić gwiazdki z kartonu. Lubię ozdoby robione w domu. Nie lubię ozdób chińskich. U mnie w domu była taka tradycja, że dzieci co roku własnoręcznie wykonywały różne ozdoby. Były o gwiazdki, kwiaty z bibuły, malowane szyszki, zabawki ze słomki, różne łańcuchy. Teraz dzieci u mnie w domu nie ma więc sama zabrałam się za robotę, bo ozdoby wykonane kiedyś przeze mnie już się zniszczyły.
Przed świętami powinnam jeszcze zrobić zakupy pachnideł do domu. Nie mam już prawie wcale kadzidełek, ani olejków zapachowych. Nie mam też pachnących świec. Biedna jestem, bo pieniędzy też za dużo na zakupy nie mam. Tym razem chcę kupić olejki o zapachu wanilii, cynamonu, pomarańczy, może kokosu, migdałów, goździków korzennych, miodu i jabłka z cynamonem. Wszystkie słodkie, bo tylko takie lubię. 



Zmykam Krzysiek mnie woła do robienia pierniczków, ale nie wiem czy dziś będę piec, bo za dobrze się nie czuję jeszcze...

wtorek, 9 grudnia 2014

Perfumy, herbata, wianki, stroiki i kocie jedzenie...



Wczoraj byłam w centrum. Wyjazd się nawet udał. Kupiłam sobie perfumy tym razem Opium. Kupię jeszcze Hypnosse z rozlewanych i może zdecyduję się też na jakiś zapach z serii tesori. Są tanie i przydadzą się na codzień. Byłam też w księgarni i zachorowałam na dwie książki z dreszczykiem, ale na razie sza, bo funduszy brak. Uwielbiam księgarnie, a półki pełne pachnących książek sprawiają, że dostaję oczopląsu. Kocham też biblioteki. Jeżeli mam jechać do miasta i odwiedzić, któreś z tych miejsc jadę nawet chętnie. Przy okazji kupiłam również herbaty i kawę. Herbaty są tradycyjne, sypane liściaste, bo tylko takie piję. Nie lubię ani ekspresowych ani granulek. Tym razem wybrałam Herbatę z dodatkiem czarnej porzeczki i herbatę z dodatkiem wanilii, goździków i cynamonu. Często kupuję earl grey. Parzę ją tradycyjnie w czajniczku tuż przed podaniem. Kawę kupiłam o zapachu śliwki w czekoladzie i Smak Indii - słodki, kuszący zapach. Kupiłam też mięso, ponieważ mam zamiar jednak zrobić wędzonki na święta. Będzie boczek i schab. Po zakupach poszliśmy do brata Krzyśka z prezentami. Z początku szczęśliwa nie byłam, ale później doszłam do wniosku, że czasem jednak warto wyjść z domu. W święta już nie jadę. U Darka jadłam bardzo dobrą sałatkę z kapusty pekińskiej, pora i kukurydzy doprawionych majonezem. Będę ją robić...
Ostanio zabrałam się za robienie ozdób zimowych. Powstał wianuszek z gałązek, ostrokrzewu, szyszek i serduszek ze skórek pomarańczowych. Mają powstać jeszcze dwa. Jeden na drzwi do łazienki może z winobluszczu, barwionych traw, krwawnika i kwiatów sumaka z koronką oraz drugi do kuchni z ostrokrzewu i gałązek. Może z szyszkami. Myślę też o stroikach na święta. W tym roku będą to bukiety z gałązek z gruszki, gałęzi świerkowych i liści z dębu z dodatkiem gwiazdek z kartonu i może barwionych szyszek. Mam nadzieję, że koty ich nie zdemolują. 
Koty już dostają mleko. Tak wiem, że nie powinnam im mleka dawać, ale ulegam i daję, bo je uwielbiają. Dostają tylko jako dodatek, szklankę ciepłego mleka na 11 kotów i nic im mleko nie szkodzi. Swoją drogą u mnie koty od zawsze dostawały mleko i nie chorowały po nim. Dostawały też reszki z obiadu typu zupy czy ziemniaków z sosem. Kiedyś tak koty były żywione i były zdrowe. Zastanawiam się czasem czy takie jedzenie nie było przypadkiem zdrowsze od suchej karmy, bo nie zawierało chemii. Co prawda dostawały też mięso, a koty mojej babci i mamy polowały.




Dziś po południu nigdzie się nie wybieram. Zrobię stroik i może zabiorę się za rysowanie. Chodzą za mną ptaki rysowane sangwiną.

niedziela, 7 grudnia 2014

Śnieg, saga o rozlewisku, potrawy z selera, wiersz i świąteczne ozdoby.


Grudzień już w pełni, a śniegu jak nie było tak nie ma. Nadal jest szaro i ponuro. Trochę ta pogoda mnie przygnębia. Czekam na śnieg. Podobno dzisiaj ma padać. Bardzo lubię śnieg i bajkowy nastrój, gdy pada. Delikatne gwiazdki  wirujące w powietrzu i biały puch pod stopami. Piękne są drzewa pod śniegiem i szadź. Dawniej te zimy bardziej śnieżne były niż obecnie. Kocham święta pod śniegiem. Marzę o wyprawie na Pasterkę saniami. Szkoda, że to nierealne, ale może jednak kiedyś.
Po południu będę czytać Piękno i Pasje oraz drugi tom sagi Kalicińskiej o rozlewisku. Zachwycił mnie i zaczarował pierwszy tom. Te klimaty wiejskie - skromne, przytulne wnętrza, sielskość, przyroda i domowe jedzenie. Te zapachy, barwy, smaki i nastrój. Chyba kupię całą sagę w wersji papierowej. Kusi mnie też Siedlisko i Zima na siedlisku. Może będą podobne w klimacie. 
Piękno i Pasje też są ciekawe.  Fajne są w tym numerze między innymi przepisy. Wyjątkowo mi przypasowały potrawy z selera czyli zupa, zapiekanka, twarożek i sałatka. Są proste w wykonaniu i bardzo smaczne. Trochę je zmodyfikowałam i uprościłam.

Zupa z selera i jabłek

1 seler
1 jabłko
4 ziemniaki
bulion warzywny
śnietana
mąka
pieprz
tymianek
ząbek czosnku

Serer zetrzeć na tarce, dodać rozdrobnione jabłko i ziemniaki, przyprawy. Zalać bulionem i gotować. Na koniec zaprawić Mąką i śmietaną.

Zapiekanka z selera i ziemniaków

seler
6 ziemniaków
ząbek czosnku
śmietana
sól 
pieprz
ser do posypania
margaryna i bułka do formy

Ziemniaki pokroić w plastry, ser zetrzeć na tarce. Układać warstwami ziemniaki i seler. Posypywać przyprawami. Na wierzchu rozłożyć rozdrobniony czosnek, wylać śmietanę i posypać serem. Piec około 50 minut w 180 stopniach.

Sałatka

seler
2 jabłka
sól
pieprz
majonez
orzechy włoskie
cukier

Ser zetrzeć na tarce, dodać przyprawy, orzechy i rozdrobnione jabłko. Dodać majonez.

Twarożek

100 dkg twarożku
kawałek startego selera
orzechy włoskie
trochę szczypiorku lub piórek cebuli
sól 
pieprz
sok z cytryny
odrobina śmieany lub jogurtu

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać. Można zjeść z domowym chlebem.

Wieczorem może zrobię ozdoby na święta. Będzie to stroik z gałązek i szyszek oraz gwiazdki z kartonu i nowe łańcuchy z bibuły i papieru kolorowego.

A na koniec ostatni wiersz...

Dzisiaj inaczej


Opuszkiem maluję
powieki
ujmuję w dłonie
niespokojne włosy
delikatnie
zakreślam zarys ciała

jak to jest
że dzisiaj oddech
pachnie inaczej
wargi nie
smakują tak samo


czemu nie porafisz
ukoić już smutku
a ramiona wolisz mieć puste

czy jeszcze kiedyś
pochwycisz w objęcia
moje spojrzenie





piątek, 5 grudnia 2014

Zęby Megusi, domowe kosmetyki, płyn do mycia mebli, bezpański pies i perfumy...


Wczoraj byłam u weterynarza z Megusią. Kicia od dawna miała problem z ząbkami. Antybiotyki pomagały na krótko i trzeba było zrobić zabieg. Straciła 7 ząbków. Narkozę zniosła bardzo dobrze. Dziś już je. Ulżyło mi, bo nic mnie tak nie boli jak cierpienie zwierzęcia. Teraz tylko jeszcze musi antybiotyki wybrać i po chorobie. Może trochę nabierze ciałka, bo jest bardzo drobniutka.
Wczoraj, gdy wracaliśmy z koteczką przybłąkał się do nas pies. Musiał go ktoś wyrzucić. Pies był olbrzymi, piękny, ufny, i łagodny. Krzysiek go głaskał, a mnie się chciało płakać. Ludzie zupełnie nie mają sumienia. Przyszedł z nami pod dom. Dałam mu jeść i pić. Zadzwoniłam po straż miejską, ale nie chcieli przyjechać i kazali dzwonić dopiero dzisiaj. Niestety nie wiem gdzie go mam szukać. Pobiegł pewnie gdzieś dalej. Jeśli go ktoś  nie przygarnie to będzie biedak cierpiał. Zupełnie nie wiem jak pomóc bezpańskiemu psu - do domu wziąć nie mogę, przygarnąć też nie... Ech życie...

Do świąt niedaleko. Sprzątanie u mnie idzie pełną parą. W tym roku sprzątam też w szafkach np. ze szkliwem i na regałach z książkami. Wyjmuję nawet książki i wycieram. Raz za jakiś czas trzeba. Do mycia używam płynu domowej roboty. Pięknie pachnie i dobrze wszystko czyści. Tym samym płynem zmyję podłogi drewniane. Zawsze to chemii mniej w domu.

3 litry gorącej wody
1/4 szklanki octu
2 krople oleju
kilka kropli olejku zapachowego/u mnie tym razem pomarańczowy i waniliowy/
troszeczkę płynu do mycia naczyń

Przy okazji wczoraj zrobiłam sobie też musujący płyn do kąpieli. Uwielbiam go, choć czasem zmieniam składniki i dodaję innych olejków. Lubię też np. waniliowy. Czasem dodaję różany.

100 g sody oczyszczanej
50 g kwasku cytrynowego
50 g mleka w proszku
2 łyżki oleju z migdałów/ja dałam z pestek winogron/
łyżeczka cynamonu
15 kropli olejku pomarańczowego
5 kropli olejku cynomonowego

Wszystkie składniki połączyć bardzo dokładnie, żeby nie było grudek.

Dziś po południu będę sprzątać w pracowni. Później mam zamiar kupić sobie perfumy na Mikołaja. Wybiorę coś z wanilią. Może Opium, Hypnose lub Obsesion. Któreś z tych, choć tanie dla mnie nie są. Ostatnio przekonałam się do perfum FM i rozlewanych. Używam też indyjskich i arabskich. Zwłaszcza tych w kremie i w olejku. Są trwałe i ładnie pachną, a ja nie jestem fanką markowych rzeczy. Nie lubię płacić za reklamę. Lubię płacić za jakość, a droższe nie zawsze oznacza lepsze. Czasem tańsze też jest niezłe. A  wieczorem będę czytać książkę, kórą sprawiłam sobie na Mikołaja...



środa, 3 grudnia 2014

Codzienność, kaprysy, pisanie,mięso w sosie i żubry...


Wstałam wcześnie, ale nie jestem wyspana, bo wczoraj napaliłam solidnie w piecokuchni i tak było gorąco w sypialni, że nie mogłam spać. Rzucałam się, odkrywałam, przykrywałam, pociłam i usnęłam dopiero nad ranem, gdy się już zrobiło chłodniej. Nie lubię temperatury powyżej 14 stopni w sypialni, a ciężko taką osiągnąć, bo albo gdy nie palę jest zimniej, albo  gdy juz palę jest za gorąco. Chyba po prostu robię się zbyt wymagająca i kapryśna - zrzędzę i narzekam, a tak naprawdę mam bardzo dobre życie. Robię co chcę, no prawie, kiedy chcę i jak chcę. Mam czas na rozwój i naukę. Mogę brać udział w różnych kursach i warsztatach, mam pieniądze na książki i mogę czytać ile dusza zapragnie. Mam wyrozumiałego męża, który zazwyczaj nie wymaga ode mnie wiele i sam ma spory wkład w funkcjonowanie domu - sprząta, załatwia zakupy, a czasem nawet coś prostego ugotuje.  Wczoraj np. zrobił paluszki rybne z ziemniakami i surówką z marchwi. Przyniósł mi na kanapę do pokoju. Tylko się cieszyć. Ostatnio np. prawie nic w domu nie robię  i zajmuję się albo czytaniem, albo malowaniem, albo pisaniem. Piszę opowiadania i teksty na zajęcia z kursu pisarskiego. Kurs jest bardzo fajny i sporo się uczę. Koniecznie muszę wziąć udział w następnych. Są jeszcze 3 stopnie. Jest też kurs webwritingu, który również mnie interesuje. Wczoraj pisałam opowiadanie kryminalne dla Pantery. Dziś będę pisać jeszcze haiku do anologii, która ma się wkrótce ukazać drukiem.
Zaraz zabieram się za pieczenie chleba. Tym razem będzie to chleb z dodatkiem ziaren i ziół. Mam zamiar trochę zjeść wieczorem z boczkiem i musztardą. Pycha. Obiad też był dzisiaj mięsny czyli schab w sosie serowo-grzybowym. Podałam go z ziemniakami. Nawet 2 ziemniaki zjadłam. Ciekawe co jutro wskaże waga.

Sos grzybowo serowy 

2 kotlety schabowe
mała cebulka
serek topiony
4 suszone grzybki
1/2 kostki rosołowej
pieprz
mąka

Mięso rozbić i pokroić w paski, dodać pokrojoną cebulę i podpiec. Grzybki i kostkę rosołową ugotować, dodać do mięsa, dołożyć rozdrobniony serek i pogotować chwilę. Zaprawić mąką.



A na koniec link do fajnej stronki, na kórej można podejrzeć na żywo zwierzęta przy paśniku. Wczoraj oglądałam żubry, a dziś sarny i stado dzików. Czasem przylatują też całe stada ptaków. Jest na co popatrzeć  http://www.lasy.gov.pl/informacje/kampanie_i_akcje/zubryonline

Zmykam na medytację...

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Opowiadanie.

Dziś od rana nie było światła. Krzysiek wstał przez ósmą i zrobił kawę. Wypiłam ją i poszłam jeszcze spać. Wstałam w południe i napisałam opowiadanie. Teraz czytam horror i tak dzień zejdzie...

Cichy zabójca

Obudził mnie przejmujący chłód. Miałam dreszcze, a moje nieszczęsne stopy były całe skostniałe z zimna. Mróz musiał być większy niż wczoraj zapowiadali w telewizji, a wiatr wciskający się w każdą szparę wydmuchał z domu resztki ciepła. W sypialni było szaro i ponuro.Podeszłam do okna, odsunęłam zasłonę i wyjrzałam na dwór. Dzień powitał mnie chmurami i wszechobecną bielą. Śnieg musiał padać nieprzerwanie od wczorajszego wieczora, bo zaspy były potężne. Nawet parapet pokryty był miękkim puchem. Ulica opustoszała. Tylko u sąsiadki z przeciwka z komina snuł się dym, a pod drzwiami siedział skulony pies.

- Już po dziewiątej. Za godzinę przyjdzie Krystyna i nie mogę jej przyjąć w zimnym mieszkaniu - mruknęłam pod nosem człapiąc do kuchni.

,,Że też musiałam się z nią umówić na plotki akurat dzisiaj, gdy czas mnie goni". Pomyślałam nalewając wody do czajnika.
Krystyna mieszkała w sąsiednim domu. Była wesołą, niewysoką brunetką o kocich oczach i zagadkowym uśmiechu. Przyjaźniłyśmy się od dziecka i często do siebie wpadałyśmy. To znaczy zazwyczaj ona wpadała do mnie, bo u niej nie można było spokojnie pogadać z powodu jej mamy, która lubiła nam towarzyszyć. Starsza pani odkąd dwa lata temu owdowiała, nudziła się jak mops i nie odstępowała Krystyny na krok. A my miałyśmy swoje babskie tajemnice.
W  pokoju dziennym było chłodno. Nakarmiłam więc kota, który kręcił mi się pod nogami i zabrałam się szybko za palenie w piecu kominkowym. Wygarnęłam jeszcze ciepły popiół do popielnika, nałożyłam do pieca gazety i patyki, podłożyłam ogień i zadowolona, że nielubianą czynność już prawie skończyłam poszłam zalać kawę. Niestety ogień zgasł. Ponowiłam próbę i to samo.,,Co jest? Niby na dworze niż, ale jest wiatr to powinno się palić" Myślałam wyciągając ledwie nadpalone drewno i klnąc w duchu z powodu usmolonych palców. Następna próba była udana i już po chwili dokładałam węgiel. Na szczęście się zajął. Patyki strzelały, ogień huczał. Na zakopconą szybę ledwie rzuciłam okiem.
Krystyna przyszła tuż po dziesiątej. Przyniosła mi książkę tym razem powieść, kilka kolorowych czasopism i kawałek domowego sernika.

- Jacek dzisiaj wraca? - spytała w progu, otrzepując się ze śniegu.
- Tak. Najwyższy czas, bo ja już nie mam siły węgla nosić. Dziś na dodatek nie mogłam rozpalić w piecu - poskarżyłam się.
- No, no , no odkąd to ty jesteś taka bezradna - rzuciła z uśmiechem Krystyna ściągając kurtkę.
- Od dzisiaj - odparowałam. - Swoją drogą nie musiał jechać do mamy akurat teraz. Mógł jechać jesienią, albo wiosną. Nie, uparł się. Pewnie sam chciał od palenia w piecach odpocząć. U mamy tego robić nie musi, bo mama mieszka w blokach. Zawsze to sobie chwalił, a i mnie namawia, żebyśmy dom sprzedali i kupili mieszkanie.
- No i co ty na to?
- A mowy nie ma! Przecież mnie znasz. Nie znoszę bloków, ciasnoty i sąsiadów w pobliżu - odpowiedziałam stawiając na stole dzbanek z parującą kawą.
- No tak. Ty i twoje wiejskie upodobania.Faktycznie w blokach by ci było nudno.

Po niecałej godzinie zostałam sama, sprzątnęłam ze stołu i zabrałam się za pracę. Miałam do zrobienia horoskop partnerski. Siedziałam nad nim kilka godzin, bo aspektów było sporo, co wskazywało na bogactwo relacji między właścicielką horoskopu, a jej partnerem. W międzyczasie w domu zrobiło się ciepło i przyjemnie. Wiatr hulał w kominie, ale w piecu szyba nadal była zakopcona. Nie przejęłam się tym. Przymknęłam popielnik i poszłam do kuchni przygotowywać kolację. Miałam do ugotowania fasolę po staropolsku - ulubioną potrawę Jacka. Chciałam też upiec szarlotkę włoską z ostatnich jabłek, które pozostały z naszego sadu. Potrawy były smaczne, ale proste w przygotowaniu.
Po godzinie byłam już w pokoju z powrotem. Położyłam się na kanapie z książką i zapomniałam o bożym świecie. Było po osiemnastej, gdy spokojnie śpiąca na moich kolanach kotka zaczęła się nienormalnie zachowywać – miauczała, denerwowała się i kręciła w koło. Dotknęłam ją, a ona ugryzła mnie w rękę i pomknęła jak szalona do drzwi wiodących na korytarz. Zdziwiona wstałam i ruszyłam za nią. Czułam się dziwnie - w głowie mi wirowało, a nogi miałam miękkie jak z waty. Otworzyłam drzwi na oścież i runęłam w progu jak długa. Już za moment straciłam przytomność. Jak długo leżałam nie wiem. Doszłam do siebie dopiero wtedy, gdy Jacek położył mi mokry okład na czole. Musiał mnie przenieść, bo leżałam na kanapie, przykryta kocem. Okno w pokoju było otwarte na całą szerokość, a w piecu nie palił się ogień, co zauważyłam po chwili.

- Co się stało? – jęknęłam.- Chyba straciłam przytomność. Tak tu zimno.
- Czad. Gdybyś upadła w pokoju, a drzwi by były zamknięte mógłbym wrócić za późno – powiedział parząc na mnie badawczo.
- To zasługa Rozi, że drzwi otworzyłam. Co z nią?
- Wszystko w porządku. Śpi spokojnie w sypialni.
- A ty jak się czujesz? Lepiej już? Boli cię coś? – Jacek zarzucił mnie pytaniami. W jego głosie czaiła się niepewność. Oczy wyrażały troskę.
- Lepiej – skrzywiłam się.- Tylko w głowie mi łupie.

Chorowałam kilka dni. Wciąż bolała mnie głowa, miałam mdłości i byłam osłabiona. W międzyczasie Jacek wezwał kominiarza, a sam sprawdził piec. Okazało się, że rura odprowadzająca spaliny do komina była dziurawa. Czy to było przyczyną mojego zaczadzenia? Może tak, a może nie. Fakt pozostaje faktem, że po wymianie rury i przeczyszczeniu komina w piecu pali się już bez problemu, szyba się nie brudzi, a Rozi jest normalnym kotem – nie gryzie, nie fuczy i śpi po całych dniach słodko mrucząc.



niedziela, 30 listopada 2014

Zimny powiew, łyżwy, widok za oknem i kapryśny Mruczek...

Zimno jest albo ja to tak odczuwam. Cały czas wieje mroźny wiatr. W kominie tylko huczy. Dziś w nocy okropnie zmarzłam. Nawet stopy miałam skostniałe z zimna. Miałam też dreszcze. Coś ostatnio nie jestem odporna na zimno. Myślę nawet o zapaleniu w piecokuchni, żeby wieczorem w sypialni było choć o kilka stopni więcej. Cały problem w tym, że piecokuchnia strasznie węgiel połyka  i nie ma go kto nosić. Krzysiek się broni, a ja z chorym kręgosłupem nie bardzo sobię z tym radzę. Dziś była o to oczywiście awantura. Wściekłam się i wyzwałam Krzyśka od egoisty, bo jemu jest ciepło. Wcale się tym nie przejął i węgla nie przyniósł. Czasem mam ochotę wziąć rozwód tylko, że po rozwodzie i tak sam węgiel do pieca nie wskoczy. 
W domu już jest ciepło, a ja i tak teraz siedzę przy piecu i grzeję się. Nawet rozgrzaną cegłę mam w nogach i przykryłam się kołdrą. Może to ciągłe uczucie zimna jest spowodowane odchudzaniem? Pewnie tak jest. Nigdy się w zimie nie odchudzałam to doświadczenia nie mam pod tym względem.
Zimno mi jest, a i tak tęsknię za śniegiem. Kocham patrzeć na drzewa pod pierzynką i na ośnieżoną drogę. Lubię, gdy śnieg pada i  z chęcią wychodzę wtedy na dwór. Ostatnio zaczęłam myśleć o tym, żeby sobie łyżwy figurówki kupić. Jeździłabym przed domem po zamarzniętej jezdni. Tylko wieczorem, bo wtedy ruch jest mniejszy. Nie wiem czy to ma sens, bo za dobrze nie jeździłam nigdy, a teraz w dodatku jestem starsza i mniej sprawna. Boję sie, że jak upadnę mogę się uszkodzić. Krzysiek oczywiście jest przeciwny. Uważa, że w moim wieku jeździć nie wypada. Muszę to przemyśleć, ale trochę ruchu by mi się przydało....
Dziś mam luz i nic nie robię cały dzień. Nawet obiad dla Krzyśka mam od wczoraj. Zje kotlety mielone z ziemniakami i mizerię. Ja dziś jeszcze jestem ostatni dzień na diecie kapuścianej. Zrzuciłam 1 kg. Dobre i to. 
Jak nic nie robię to oczywiście czytam, bo malować nie mogę z powodu zimna. Jutro będę rysować widok z okna. I tu mam problem, bo u mnie za oknem jest ulica i domy sąsiadów czyli nic ciekawego. Pamiętam Kamesznicę i cudne widoki z okien - góry, drzewa i zieleń. Tak mi tego brak. Może to narysuję, albo coś z wyobraźni. Ewentualnie może być widok z okna z kuchni mojej mamy. Pod jej oknem rośnie piękna stara jabłonka. Ma gruby chropowaty pień i rozłożyste konary. To już coś.
A na koniec Mruczek, a raczej jego humory. Coś ostanio robi się okropnie niedotykalski. Często się denerwuje, kuli uszy i jak się go głaska potrafi nawet pacnąć łapą. Już dawno tak się nie zachowywał i teraz to mi się wydaje dziwne. Nie przychodzi też tak często do mnie na kolana i woli spać na fotelu. Nie wiem co go ugryzło. Czyżby to już oznaka starości? Ma przecież dopiero niecałe 9 lat. Jest jeszcze śliczny i pięknie, młodo wygląda. A może jednak, bo Lwicę też jakby częściej gryzie i inne koty goni...