Codzienność

Codzienność

piątek, 18 sierpnia 2017

Piatek

Dziś ma przyjechać drewno. Tym razem to buczyna, bo brzozy krótkiej nie było. Musimy z Krzyśkiem szybko klocki wrzucić. Później może jeszcze zabiorę się za malowanie drzwi od komórek. Są cztery drzwi w tym dwoje garażowych. Przed wieczorem trzeba będzie kupić kolejną partię warzyw na przetwory. Tym razem to będą ogórki na mizerię. Chcę kupić z kilogram. Kilka słoiczków mizerii już zrobiłam. Dużo przetworów to ja już w tym roku nie zrobię, bo spiżarnia nie jest z gumy. Zastanawiam się czy nie zrobić w spiżarni dodatkowych półek. Byłoby to praktyczne, bo bym mogła więcej przetworów robić. Kusza mnie zwłaszcza sałatki, których robię mało i kompoty. Zimą gdy dostawcy warzyw nie jeżdżą mam problem z kupnem i strasznie mi tych produktów brakuje. Moja spiżarnia jest wąska ale taki regał z 30 cm szeroki mógłby jeszcze na jednej ścianie stanąć. Tylko skąd go wziąć? Kto go zrobi i z czego? Może pomyślę o tym... Może kupię?

Jutro postaram się pomalować kolejne drzwi do komórek. Mam co prawda jeszcze sprzątanie sieni ale malowanie jest pilniejsze, bo pogoda odpowiednia. Sprzątać mogę także w deszcze.

Jutro też zamierzam zrobić zakupy mąki. Kupię kilka rodzajów tak by była i na bułki i na chleb. Kupię również razową i może orkiszową o ile będzie. Będę ją przechowywać w skrzynce w pokoju, bo w spiżarni jesienią i zimą myszy harcują. Trzeba zacząć piec pieczywo na większą skalę. Idzie jesień i już mi pieczywa brak. Co roku tak mam. Wiosną i latem nie jem prawie białej mąki. Jesienią i zimą jem i pewnie dlatego tyję. W tym roku musze uważać, żeby dodatkowych kilogramów nie nabrać. Trudno będzie tym bardziej, że zaczyna mnie gotowanie znowu kusić. Do tego wszystkiego mama dała mi książkę kucharska po mojej prababci i to i owo chce wypróbować.

A na koniec zdjęcie nowej róży mojej mamy. Śliczna jest...




środa, 16 sierpnia 2017

środa

Nadal u mnie aktywnie. Działam i na Krzyśka się nie oglądam. Jutro jednak Krzysiek będzie mi bardzo potrzebny. Musi kupić kilka puszek farby i przytachać je jakoś do domu. Od piątku zaczynamy malowanie. Jutro też chcę zamówić drewno czyli 2 kubiki brzozy.Trzeba będzie od razu ją znieść do komórki. Na razie tyle mi starczy. Czy jeszcze na ten sezon kupię nie wiem.

Dziś gdy Krzysiek będzie w pracy może trochę porządku w sieni zrobię. Później chce w końcu skończyć dla mamy tą bransoletkę w maki.  Wczoraj zrobiłam kartkę. Kartka miała być z wilkami. Ona kocha zwierzęta. Ma niedługo imieniny więc okazja jest. Dostanie też ode mnie poszewkę na poduszkę w malowane liście w kolorach jesieni.

Wczoraj musieliśmy zniszczyć gniazdo os. Trzeba było wejść do komórki i dlatego. Gniazdo było spore i wściekłe owady rozleciały się po podwórku. Strach było im stanąć na drodze. Dziś już dwie osy zawitały do domu mimo siatek w oknach. Niestety straciły życie, bo bałam się o koty, które od razu zaczęły polować. Ciekawe kiedy myszy wrócą na zimę. Na razie pojawiły się u mojej mamy ale to nic dziwnego, ponieważ ona lubi mieć drzwi wejściowe otwarte.
Wczoraj mimo święta zrobiłam kolejne przetwory...







poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Poniedziałek

Sebastian pojechał do domu, a mnie jest smutno. Będzie mi go bardzo brakować. Przyjedzie następnym razem pod koniec września chyba. Do tego czasu muszę wszelkie prace w domu i koło domu skończyć. Zostało mi na ten rok malowanie jednej strony ogrodzenia i malowanie drzwi do komórek. Poza tym zostało mi sprzątanie sieni, pranie kap i koców oraz mycie okien. Trzeba się solidnie za to zabrać, bo jesień się zbliża. Niby jej u mnie jeszcze nie widać ale nawłoć już zerwana, a za jakieś dwa tygodnie już pierwsze bociany będę myślały o odlocie.
W tym tygodniu umówiłam się ze znajomym, że mi przyjdzie wyczyścić kominy, bo Sebastian nie zdążył. Jak wyczyści to my z Krzyśkiem przeczyścimy piece. Mamy również zacząć robić ogródek ziołowy. Sebastian skończy jak przyjedzie.

Zmieniłam dostawcę węgla. Wydaje się, że ten nowy ma węgiel lepszy choć droższy. Ma też brzozę już pociętą na 25 cm. Jest trochę niż u poprzedniego dostawcy droższa ale Sebastian już nie będzie musiał ciąć. Potnie co innego więc piłę muszę kupić. Przyda się. 
Mam problem, bo nie ma mi kto wywieźć starej piecokuchni na złom. Nie ma skąd wziąć busa. Piecokuchnia nadal stoi w ganku i zajmuje miejsce. Sebastian jej wyrzucić nie pozwala, bo jest warta około 140 zł i mu szkoda.

Dziś mam bardzo pracowity dzień, bo chcę przerobić 2 kg ogórków na konserwowe i mizerię. Musiałam w piątek kupić, ponieważ istnieje ryzyko, że ogórki się szybko skończą, bo susza. Wczoraj zrobiłam około 3 kg. Jutro zrobię dżem z cukinii i kolejne fasolki. Na razie mam 12 słoików. Jeszcze chyba 6 zrobię. Lubię zimą zjeść fasolkę z jajkiem sadzonym na śniadanie. Następne przetwory dopiero w weekend.


sobota, 12 sierpnia 2017

sobota

Dziś wstałam trochę później, bo w końcu jest weekend. Nie mam jednak zamiaru odpoczywać. Dziś mam robienie przetworów. Myślę o leczo z pieczarkami. Jeszcze z pieczarkami nie robiłam na zimę. Teraz chcę zrobić sześć słoiczków na próbę. Jutro chyba zrobię kolejne fasolki szparagowe. Wczoraj zrobiłam nalewkę z brzoskwiń.
Po południu będę chyba pisać opowiadanie. Od kilku dni piszę teksty na portal z drzewami. Czy dostanę pieniądze za nie tak całkiem pewna nie jestem, bo babka dla której piszę ostatnio rok się nie odzywała. Nie za wszystkie teksty mi poza tym zapłaciła. Dałam jej jednak jeszcze raz kredyt zaufania, bo tematyka mi pasuje, a portal ma potencjał. Czekam poza tym na kontakt od klienta, który jest zainteresowany horoskopami tygodniowymi. Doszliśmy już do porozumienia odnośnie ceny i klient był zadowolony. Zobaczymy co dalej. Oprócz tego mam do wykonania rytuał na pieniądze dla kobiety z portalu z wróżbami. Rytuał trudny nie jest i zioła do niego mam. Trzeba go jednak wykonywać przez siedem dni i dlatego jest pracochłonny.

Proza życia tak mnie ostatnio dopadła, że nie mam parcia na działania artystyczne. Dużo wody upłynęło odkąd malowałam, robiłam kartki. Od decu też ostatnio trzymam się z daleka. Powinnam coś działać. Czekają prezenty dla mamy, poduszka. Kupiłam też już pastele olejne do malowania na tkaninie. Mam zamiar podziałać i stworzyć dwie poduszki dla siebie i jedną dla mamy. Czeka haft. Kiedy podziałam nie wiem, bo jeszcze trochę pracy w domu i koło domu mnie czeka. No i przetwory też jeszcze nie wszystkie zrobione.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Czwartek

Dziś wstałam w lepszym nastroju. Na dworze upał. Oby upały nie wróciły na dłużej. Jestem w trakcie zbierania resztek ziela na rytuały. To pogoda jest dla mnie szczególnie ważna.
Jutro ma przyjechać węgiel. Na razie jedna tona. Na zimę potrzebuję 3-4. Myślę też o drewnie. W tym roku chcę kupić trochę brzozy. Będzie do palenia jesienią zwłaszcza gdy mrozu jeszcze nie będzie. Krzysiek oczywiście już się złości, bo pieniądze trzeba wydać. On by wszystko za darmo chciał mieć. 

Jeśli chodzi o mnie to te przygotowania do zimy lubię. Cieszy mnie gdy w spiżarni przybywa i kolejne zadania uda się zrealizować. W tym tygodniu wysuszyłam 3 kg pieczarek, kupiłam kurki i zamroziłam, zrobiłam fasolkę do słoików, bigos z kabaczka i nalewkę ze śliwek. W przyszłym tygodniu zrobię kolejną partię fasolki i nalewkę z brzoskwiń. W tym tygodniu jeszcze może ogórki konserwowe i leczo. Kusi mnie dżem z cukinii. Później będą robione jeszcze sosy chińskie i może meksykańskie.

Dachy są kończone. Dziś Sebastian maluje ogrodzenie. Całego nie pomaluje, bo nie zdąży z powodu pogody. Krzysiek będzie musiał skończyć albo ja. Nie wiem tylko czy farby wystarczy. Może też pomaluję drzwi od komórek. Czas na to. Mam problem z drzwiami wyjściowymi od strony podwórka, a w zasadzie z futryną. Całkiem spróchniała, bo woda z dachu się na nią leje. Trzeba będzie poprawić to, a drzwi chyba zmienić za rok, dwa. Problem jest też z rynną odprowadzająca wodę z dachu mamy domku i z rynną na ganku. Są do wymiany. Może w przyszłym roku.


wtorek, 8 sierpnia 2017

Wtorek

W ogródku bez podlewania ładnie rośnie fasola szparagowa. Nawet kwitnie. Niestety coś ją zjadło. Wyrosły też wreszcie buraki. Będzie więc botwinka. W przyszłym roku jednak ogród warzywny będzie. Posadzę cebulę, fasolę, bób i buraki. Będą też może papryki, ogórki w balii i pomidory w donicach. Kusi mnie sałata i kalarepa, bo ładnie mi rosły w poprzednie lata ale coś je zjada. Jak się wścieknę to truciznę na ślimaki jednak kupię. Może też kabaczek i dynię wsadzę. Dwa lata temu wsadziłam i zbiory nawet miałam. Trzeba będzie tylko w tym roku przed zimą wszystko skopać, odchwaścić i sporo nawieźć. Sebastian to może zrobi jak w październiku przyjedzie. Muszę też zmienić miejsca czyli na podwórku bliżej domu posadzić to co musi być podlewane. Tu strumień wody dosięgnie. Sebastian bardzo chce w przyszłym roku warzywnik mieć.
Dziś mam zamiar zerwać ostatnie ziele, które potrzebuje do rytuałów. Używam ziela zerwanego, a nie kupionego. Wychodzę bowiem z założenia, że takie działa najskuteczniej. Przy okazji oberwę też wszystkie listki z mojego krzewu laurowego. Nie wiem czy roślinka jeszcze odżyje. Na razie wszystkie listki mimo dbania samoistnie poschły. Gałązki są żywe. Może je poprzycinam, wyniosę roślinkę na dwór i zobaczę co się będzie działo. Zmarniała mi też cytryna. Zakwitła i zrzuciła wszystkie liście. Pędy są ok. Teraz stoi na dworze. Jest podlewana i już młode listki wypuszcza. Strasznie te rośliny ostatnio są delikatne i nietrwałe. Moja ciocia miała cytrynę o wysokości dwóch metrów, która kwitła i owocowała co rok bez zrzucania liści. Laur miała mama mojej koleżanki. Też przez wiele lat. Ostatnio zaczęłam też zasuszać amarylisa. W tym roku go przypilnuję. Zobaczymy czy zakwitnie.

Prace posuwają się do przodu. Pokrywanie dachów idzie bez problemu. Mnie nie bardzo za to idzie praca zarobkowa. Piszę wprawdzie ale mało wróżę, bo panowie mi w tym przeszkadzają. Kiepskie będą zarobki za sierpień. Mebli na pewno we wrześniu nie kupię. Chcę kupić piłę spalinową i może dwa kubiki brzozy do palenia w piecu. Sebastian przyjedzie w październiku to potnie.




niedziela, 6 sierpnia 2017

Niedziela

Od kilku dni zastanawiam się czy są u nas w lesie grzyby. W zasadzie grzyby w lasach są. Nie wiem tylko czy w naszym. Nasz las zbyt grzybny nie jest. Chyba, że ja po prostu szukać nie potrafię. Moja koleżanka chodzi co roku jesienią i masę grzybów znajduje. Co sezon po kilkadziesiąt prawdziwków zbiera i to nie w głębi lasu, a prawie tuż przy drodze. Ja prawdziwków szukać nie umiem. Jednego w życiu znalazłam, a kiedyś na grzyby dość często chodziłam. Co roku martwię się czy grzyby na Wigilię będę miała. Kupiłam nawet maszynkę do suszenia i grzyby też kupuję. W zeszłym roku trochę grzybów dostałam, a trochę zarobiłam za wróżby. Co będzie w tym roku nie wiem. Sebastian mi może pozbiera, bo u niego w lesie grzybów jest sporo, a on lubi chodzić po lesie. W przyszłym tygodniu chcę kupić pieczarek i je wysuszyć.  Pierwszą część już wysuszyłam. Może też kurki kupię i zamrożę. Smaczne są...

Dziś na obiad będzie oczywiście mięso. Tym razem to kotlet mielony z sosem z maślaków i czarną kaszą. Mam jeszcze resztę mrożonych maślaków. Trzeba by je wyjeść. Odmrozić zamrażarkę i kupić następne grzyby do mrożenia. Jutro będzie makaron z kiełbasą, boczkiem i sosem pomidorowym. Dodam świeżych ziół z ogrodu. Ogród ziołowy będzie przeniesiony. Sebastian to zrobi. Obiecał... Może już dziś zacznie...
Dziś może zrobię następny bigos z kabaczka do słoików. To nic, że niedziela. Chcę też uszyć jaśki i woreczek na grzyby suszone. Jutro może uszyję poduszki do pokoju dziennego. Wieczorem będę pisać.

Od jutra Sebastian zaczyna remont dachu. Przejrzał ostatnio pokrycia na dachach od komórek i na ganku. Stan jest tragiczny. W tym roku wszystkiego nie zrobi, bo funduszy i czasu brak. Jedna komórka musi mieć wymienione deski i krokwie. Zabierze się za to wiosną. W tym roku położy nową papę na kilku komórkach i na ganku. Koszt prac będzie niemały. Krzysiek się za głowę złapał. To po części jego wina, bo widział, że woda w jednej komórce kapie i nic nie mówił, żebym pieniędzy na remont nie wołała. Taki już jest. Pieniędzy wydawać nie lubi. Nawet na niezbędne rzeczy.


piątek, 4 sierpnia 2017

Piątek

Minął Lammas i tym samym pół lata przeszło. Teraz już bliżej niż dalej. Koniec upałów niedługo. Wytrzymam jakoś. Na razie oddychać nie ma czym. U mnie od kilku dni po ponad trzydzieści stopni jest. Nawet spać przez to nie bardzo mogę. Tęsknię za chłodnymi, mglistymi porankami jesiennymi. Tęsknię za ciepłą, złotą jesienią i babim latem. Wprawdzie lato też ma sporo uroku, bo i zapachy i smaki i kolory. Jest też masa ziela i mogę sobie bez trudu rytuały robić, bo jest z czego. Lato czar ma ale ten czar się kończy wraz ze wzrostem temperatury powyżej 30 stopni.

Gość przyjechał i maluje ogrodzenie. Oby szybciej to zrobił, bo zapowiadane są deszcze. Musi do tego czasu skończyć. Koło mojego domu jest masa pracy, bo Krzysiek nic przez kilka lat nie robił i pieniędzy na robotę dawać też nie chciał. Teraz się wszystko nawarstwiło. Gość będzie robił ale nie po całych dniach przecież, bo przyjechał do mnie również odpocząć. Jutro może na dach wejdzie, żeby sprawdzić, bo w jednym miejscu się wiosną przeciekało. Może też od razu kominy wyczyści. W przyszłym tygodniu chcę posprzątać w sieni i w ganku. Będzie trochę rzeczy do wyniesienia na strych i trochę do wyrzucenia. Zamówię też węgiel. Martwią mnie dachy nad komórkami. Trochę przeciekają, bo papą termozgrzewalną nie były pokryte. Kiedy mi się to uda zrobić nie wiem. To spore koszty by były. Trzeba by też zamontować nowe rynny i znowu koszty... Stary dom to studnia bez dna...Ech...

Ostatnio mam problem z zakupem warzyw. Moi dostawcy nie jechali już dwa tygodnie. Nie wiem czemu. Może to po prostu żniwa, a oni są rolnikami. Może jest inna przyczyna. Okaże się dzisiaj. Jeśli nie będą już jeździć to fatalnie, bo nie będzie gdzie warzyw kupować. Będzie również problem z zakupem pszenicy dla gołębi i dzikiego ptactwa. Idzie jej nie tak mało, bo około 5 kg na dwa tygodnie. Ptactwo przecież jeść musi. Ostatnio była w stołówce sójka z młodymi. Nawet nie przypuszczałam, że chwyci się ziarna, a tu jednak. Kiedyś były sroki. I sójki i sroki wywołały panikę wśród wróbelków, które codziennie do karmienia zlatują całymi stadami. Gniazda mają u nas w ogrodzie i na podwórku. Mama karmi ptactwo cały rok na okrągło. Najgorzej jest zimą, bo trzeba śnieg usuwać. Mama wystawia też wodę. W upały przylatuje do poidła sporo ptaków. Niektóre się kąpią. Kilka dni temu był się napić jeż. Korzystają też psy i koty.


środa, 2 sierpnia 2017

środa

Z Sebastianem rozmawiałam o przeniesieniu ogródka ziołowego. Może się zgodzi i mi nowy założy. Powoli więc planuję ten nowy ogródek. Posadzę w nim rośliny odporne i te które nie muszą być przykrywane na zimę. Choć może jednak lawendę i szałwię posadzę jednak. Chce koniecznie posadzić tymianek, dziurawiec, oregano, estragon, hyzop, lubczyk, melisę, miętę pieprzową i czosnek niedźwiedzi. Może trochę jednorocznych też posadzę. Trochę ziół już mam. Same się rozsiewają i rosną co roku. Ja przypraw ziołowych używam dużo. W ciepłe miesiące chciałabym mieć więcej świeżych.
Kilka dni temu przyszedł z wydawnictwa plik z wierszami, które mają się znaleźć w antologii. Antologia z wierszami o przyrodzie to czwarta antologia w tym roku w której zostały zamieszczone moje wiersze. O następnych pomyślę dopiero chyba w przyszłym roku. Miałam w tym roku wydać tomik ale zrezygnowałam. Sponsora nie mam, a ebooki się kiepsko sprzedają. Sponsora nie znajdę raczej, bo nie bardzo wiem jak szukać. Nie wiem nawet gdzie szukać. Czy wydam ebooka w przyszłym roku jeszcze nie wiem. Może wydam. Może nie. Może skupię się na antologiach. Nie za bardzo, a raczej wcale mi się nie uśmiecha promocja. Nie myślę o spotkaniach z czytelnikami. Nie lubię przecież ruchu i wyjść z domu. Chcę napisać książkę, wydać i mieć spokój.


 Zielny czas

Posłuchaj wiatr szepce
opowiada o słońcu naturze ziołach
ich barwach i woni
 ulotnej jak dym znad ogniska
wczoraj zerwałam lawendę
upoiłam się fioletem i zielenią
dziś zaparzę lipę z miodem
zerwę miętę
jutro  porozmawiam z dziurawcem
o lecie które powoli gaśnie

widzisz pierwsza nawłoć
czaruje  żółcią w ogrodzie
już czas


wtorek, 1 sierpnia 2017

wtorek

No i już Lammas letni sabat. Mam zamiar świętować. Rozrzucę ryż po kątach, by zaprosić dostatek. Wyleję mleko do ogrodu. Z plonów mam w tym roku tylko bób i dziś go zjem. Pozostałe pokarmy  czyli warzywa i owoce będą niestety kupione. Nie mam pszenicy, bo zapomniałam posiać. Nie będzie więc pieczenia bułek z dodatkiem tegorocznego ziarna ani kłosków zawieszonych nad piecem. Będę palić w domu świecę w intencji pojednania z wszystkimi. To i owo sobie przemyślę.

Od kilku dni prognozy zapowiadały, że będzie dziś straszny upał. Jedne mówiły o 34 stopniach, a inne o 38. Dla mnie to koniec świata. W tej chwili u mnie jest 35 stopni, a ja ledwie żyję. Niby nic mi nie jest ale okropnie się pocę. Nienawidzę tego i najchętniej z wanny bym nie wychodziła. Nie wyobrażam sobie pracy poza domem w taka pogodę. Na dworze skwar. We wnętrzach duchota. Chyba, że klimatyzacja działa. Krzyśkowi współczuję, bo on przecież pracuje na dworze. Pewnie wróci padnięty i prześpi cały dzień.
Jutro przyjeżdża do mnie gość. Jak nie zaśpi na autobus. Liczę na to, że deszczu w najbliższe dni nie będzie, bo trzeba pomalować siatkę. Sporo tego jest i kilka dni pewnie na to będzie potrzeba.


niedziela, 30 lipca 2017

Niedziela

Wstałam dzisiaj wcześnie, bo nie mogłam spać z gorąca. Co będzie w przyszłym tygodniu nie wiem. Prognoza i ponad trzydziestostopniowe upały mnie przerażają. Czekam na jesień. Na Podlasiu już ponoć ją widać- chłodne poranki, pajęczyny, brzozy liście gubią. U mnie jeszcze lato w pełni. Jednak i ja zaczynam się przygotowywać do jesieni i zimy. W przyszłym tygodniu zamówię węgiel. Później przyjdzie czas na zrywanie ziela, pranie, czyszczenie kominów, pieca. Jak co roku... Jesieni zacznę powoli wyglądać po 15 sierpnia... Wtedy bociany już będą zbierały się na polach i nawłocie rozkwitną, a sumak zacznie się czerwienić.

Jak koty zaczęły chorować to hurtem. Wczoraj Krzysiek musiał kupić lek na dziąsła dla Megusi. Stan zapalny jej wrócił i znowu dziąsełka ma czerwone. Lek trzeba podawać przez dziesięć dni i powinno jej przejść. Tym samym wszystkie koty będą zdrowe poza Czarnusią. Ona też ma problem z dziąsłami ale do weterynarza jej się zabrać nie da, bo nie pozwala się włożyć ani do torby ani do transportera. Wpada w panikę - gryzie i drapie. Ona jest prawie dzika. Nawet rękawice i preparat na uspokojenie nie pomagają. Na razie stan zapalny jest mały. Jeśli się pogorszy będzie chyba musiał weterynarz do domu przyjechać. Tu ją uśpi i zabierze na zabieg. O ile pozwoli sobie dać zastrzyk. Wcześniej trzeba będzie ją zważyć ale jak?



Zerwałam bób. Urosło 20 strąków na 10m2. Urodzaj jak się patrzy. Cebula się położyła, a fasola szparagowa nadal nie kwitnie. Fasola tyczkowa nie wzeszła. Buraki, rzodkiewka też nie. Podobnie sałata na rozsadniku. Nie wiem czy w przyszłym roku coś będę sadzić. Po co? Nie mam ręki do ogrodu ani serca. Czas chyba się poddać i o ogrodzie przestać marzyć...

A na koniec kartki i znikam... Mam ozdobić dla mamy bransoletkę na imieniny. Ma być w maki. Może też poduszkę kolejną uszyję.




piątek, 28 lipca 2017

Piątek

Wczoraj z Rozunią byłam u weterynarza. Była masa stresu i krzyku ale wszystko dziś jest w porządku. Usypiana nie była, bo kamienia było mało i weterynarz ściągnął na poczekaniu. Dostała też dwa zastrzyki. Koteczka już je i dobrze, bo jest strasznie chuda. Co prawda takiej jest postury, bo ma długie łapki i jest smukła i wydłużona ale mogłaby trochę ciałka na siebie nabrać. Nic z tego jednak. Nie przepada za jedzeniem i nigdy nie przepadała. Powietrzem żyje. Z kotami jeść nie chce i nie je. Trzeba ją karmić w osobnym pomieszczeniu i zjada tylko suchy pokarm albo psią kiełbasę. Mięsa z puszek nawet nie tknie. Weterynarz mi powiedział, że jest drobnej budowy i nie przytyje.


Dzisiejszy dzień zaczęłam wcześnie z powodu kuriera. Kupiłam sobie wisiorek z kwarcem różowym. Bardzo ten kamień lubię. Rozwija on czakrę serca i otwiera na miłość. Miłość też przywołuje i pozwala pokochać siebie. Chcę go na piersiach nosić. Miałam już trzy wisiorki z kwarcem różowym i wszystkie mi się zniszczyły, a kamienie poginęły. To jakieś fatum chyba... Może ten dłużej przetrwa. Tak w ogóle to ja kamienie wręcz uwielbiam. Czuję ich wibrację gdy z nimi medytuję. Gdybym miała nadmiar pieniędzy to bym kupowała do ozdoby domu właśnie kamienie. Koty by im krzywdy nie zrobiły, a one by były dla mnie wsparciem i zdobiłyby wnętrza. Trochę kamieni mam. Niedawno kupiłam szczotkę ametystu i cytrynu. Ametyst między innymi wspiera rozwój duchowy, a cytryn przynosi pieniądze. Jeśli chodzi o kamienie to lubię nawet zwykłe otoczaki. Mam ich trochę w domu. Mam też sporo kamieni ozdobionych techniką decoupage i z inskrypcjami runicznymi. 



środa, 26 lipca 2017

środa

Miałam dziś jechać do weterynarza z Rozunią ale nic z tego, bo się wcześniej nie umówiłam i lekarze będą zajęci. Pojadę w czwartek. Już się zapisałam. Ostatnio nawet je i to sporo z tym, że tylko suchy pokarm weterynaryjny. Zabieg będzie raczej na pewno. Obejrzałam jej dziś ząbki i przy jednym ma czerwone dziąsło. Musi ją bardzo boleć biedulę. Nie mogę znieść cierpienia zwierząt. Płakać mi się chce.
Poza tym pracuję dziś więcej z kartami Kippera. Karty mam już jakiś czas, poznałam je i trochę z nimi działałam. Szczerze mówiąc nie przemawiają do mnie precyzyjnie tak jak tarot czy Lenormand. Są świetne jeśli się pyta o sprawy ogólne typu jaki będzie jutrzejszy dzień lub co mnie w najbliższym czasie spotka. Jeśli chodzi o pytania konkretne typu czy pan K mnie kocha lubią płatać figle, bo wskazują np. podróż albo sąd. Nie bardzo potrafię to na razie powiązać. No cóż wszystko przede mną jak sądzę...:)

W przyszłym tygodniu jak dobrze pójdzie przyjeżdża do mnie gość. Zostanie kilkanaście dni. Strasznie się cieszę. Krzysiek też już nic nie mówi, bo gość pomaga nam w pracy, a głównie wyręcza Krzyśka. On może nic nie robić po przyjściu z pracy. Może spać, czytać i rozwiązywać krzyżówki. Pasuje mu to. Tym razem gość obiecał skosić, pomalować siatkę od strony ulicy, wrzucić węgiel, pomóc sprzątać w sieni. Myślałam też o czyszczeniu kominów ale to może zrobi gdy przyjedzie pod koniec września. Wtedy też ma wyciąć drzewa i chaszcze piłą spalinową. Może też potnie trochę drzewa i pomaluje krzesła z kuchni. Krzesła są w kolorze sosny ale już nieco podrapane. Trzeba je więc odnowić. Chcę by były białe. Jak to dobrze faceta w domu mieć:)


niedziela, 23 lipca 2017

Niedziela

Ostatnio pracuję po kilkanaście godzin na dobę. W zasadzie nie pracuję cały czas, bo przecież cały czas nie wróżę ale muszę czuwać. Zarabiam różnie z tym, że w sierpniu mi się uda coś z mebli do domu kupić. Może nawet szafę do sypialni. Ona będzie najdroższa. Pozostałe meble będę kupować po kolei. Trochę się tych zakupów obawiam, ponieważ meble trzeba skręcać, a nie bardzo ma kto. Trzeba będzie prosić brata Krzyśka. Może coś pomoże, bo Krzysiek na pewno sobie z tym rady nie da. Ciężkie życie jest z facetem, który z niczym sobie nie radzi. Czasem Krzysiek jest bezradny jak dziecko. Okropnie mnie to męczy. Najchętniej to ja bym komuś za złożenie zapłaciła ale nie ma komu.
W najbliższym czasie muszę kupić nowe meble do kuchni, sypialni i przedpokoju. Później trzeba będzie zmienić biblioteczkę i chyba meble w pokoju dziennym. Niby mają dopiero pięć lat ale już się chwieją i rozpadają. Długo nie postoją. Trzeba kupić solidniejsze.

Porządki w domu idą swoim torem. W przyszłym tygodniu skończę
robić w szafie i zabiorę się za sienie. Jest w nich prawdziwy skład różnych rzeczy. Część będzie trzeba wyrzucić, a część wynieść. Prawdziwy problem z tym. Drugi problem to zęby, a raczej dziąsła Rozi. Nie wiem czy nie trzeba będzie zrobić zabiegu i kilku zębów usunąć. Niby dziąsła nie są czerwone, ale je tylko suchy pokarm i miauczy gdy pyszczka dotykam. Mogła się zranić czymś, ale jeśli nie poprawi się do wtorku to z nią pojadę.

Józek od miesiąca znowu ze mną w nocy nie śpi. Przeniósł się do Krzyśka gdy tylko kołdrę na koc zamieniłam. Nie wiem czemu tak tego koca nie znosi. Obrazić się na mnie nie obraził, bo w dzień u mnie na kolanach leży i niemiłosiernie grzeje, bo kocisko duże. Nie gonię go jednak, bo przyjemność przeważa dyskomfort w postaci spoconych nóg.


piątek, 21 lipca 2017

Piątek

Od wczoraj walczę w domu z szafą. Potrwa to jeszcze chyba kilka dni, bo musi mi pomagać Krzysiek, a on cierpliwości nie ma. Starych ciuchów w których nie chodzi i kurtek po tacie wyrzucić nie pozwolił. Spakowałam więc je w worki i wyniósł na strych. Ja swoje ciuchy wyrzuciłam bez żalu. Trochę lepszych w których nie chodziłam spakowałam w worki dla PCK. Zostało mi tylko troszkę ulubionych z wagi o jakieś 10-15 kg mniejszej. Nie wyrzuciłam, bo może jeszcze jednak kiedyś będą dobre. Ciągle mam nadzieję, że schudnę jeszcze. Na razie mi to jednak nie idzie:(

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że działam na wysokich obrotach. Ciągle jestem nakręcona. Dużo pracuję, sprzątam i działam artystycznie. Nie czuję się co prawda przeciążona i zmęczona ale nie pamiętam już kiedy medytowałam dłużej np. z aniołami czy minerałami. Teraz medytuję ledwie 10 minut. To raczej zbyt krótko. Nie wiem czy mi organizm nie zastrajkuje. Chyba czas zwolnić trochę albo choć co kilka dni złapać dłuższy oddech... Może dziś pomedytuję z agatem mszystym i zjednoczę się z matką naturą?

Dziś mam do wykonania portret numerologiczny dla nowego portalu. Usługa jest dość droga ale dużo pracy wymaga, bo to i liczenie i interpretacja. Portret pomaga poznać swój charakter, cele życiowe, zdolności. Pozwala uniknąć błądzenia i wielu problemów. Ja za usługi tego typu i tak ceny ustaliłam niskie to myślę, że chętni będą. Inni doradcy aż 500, 00 zł za to żądają. To przesada moim zdaniem...




środa, 19 lipca 2017

środa

Wczoraj był dość ciężki dzień. Wstałam bardzo wcześnie, bo miał przyjechać fachowiec do piecokuchni. Przyjechał tuż po siódmej i zabrał się od razu za robotę. Wszystko przebiegło dość sprawnie, bo kuchnia jest identyczna jak ta stara. Trochę było tylko problemu z przenoszeniem. Kuchnia waży 180 kg, a on nie miał nikogo do pomocy. Skończył podpinać o 14. Sprawdzić mogę dopiero za kilka dni, bo musi zaprawa koło komina wyschnąć. Przy okazji rozkraczyła się jedna szafka kuchenna i dobrze, bo Krzysiek wreszcie uznał, że nowe szafki trzeba kupić. Zrobię to jesienią. Mam już wybrane. Będą drewniane z sosny. Myślę o kolorze olchy. Dodatki typu półeczki i krzesła chcę białe. Do tego będzie kolorowy lambrekin i chodnik - pasiak. Kusi mnie wyłożenie koło zlewu cegłą, ale nie wiem czy to zrealizuję. Kuchnia ma być swojska, przytulna i w nie wyszukanym stylu a raczej w stylu sprzęganym skłaniającym się ku stylowi rustykalnemu. Ma być skromnie, praktycznie i tanio.
Wczoraj znalazłam sobie nowy portal z wróżbami. Wysłałam ofertę i zostałam przyjęta. Nie wiem tylko jak długo się utrzymam, bo jest limit zarobków. Jeśli się nie zarobi to zrywają umowę. Nowością na portalu jest to, że doradzam też na telefon. Do tej pory świadczyłam jedynie usługi pisane. Problem mam z Krzyśkiem, bo się nie kontroluje i może np. w czasie gdy będę wróżyć zacząć kląć i co wtedy? Rozsądne by było żebym była uchwytna na telefonie tylko wtedy gdy śpi albo jest w pracy. Tylko czy wtedy zarobię tyle ile muszę?
Dziś od rana pilnie pracuję. Posprzątałam też w spiżarni. Tak dużo tego nie było, bo w spiżarni sprzątałam stosunkowo niedawno. Jutro porządków dalsza część. Została tylko szafa w sypialni i sienie od strony podwórka- składowisko rupieci. Z tym się muszę wyrobić do 2 sierpnia, bo wtedy przyjeżdża do mnie gość :) i co innego będzie do roboty...


poniedziałek, 17 lipca 2017

Poniedziałek

Ostatnio napisałam na Vitalii, że planuję kupić kaktusiki. Zgłosiła się do mnie znajoma, że ona mi chętnie odda swoje i wyśle, bo serca do nich raczej nie ma. Przysłała mi cztery. Są piękne i okazałe. Strasznie się cieszę. Chyba już więcej na razie nie kupię, bo cały parapet w ganku jest zastawiony. Kupię tylko ładną doniczkę i moje te stare przesadzę. Myślę, że w ganku będzie im dobrze.
W najbliższym czasie czekają mnie raczej trudne chwile w pracy. Mogę nie zarabiać tak dobrze jak ostatnio i z samą pracą będą problemy. Mogę też mieć problemy rodzinne. Wszystko to wina srogiego saturna, który ustawi się w kwadraturze do mojego Mc. Aspekt jest trudny, a dla mnie szczególnie, bo praca jest dla mnie ważna. Ten stan potrwa kilka miesięcy. Pozostaje mi zacisnąć zęby i jakoś to przeżyć. Już pod koniec roku zacznie mi sprzyjać jowisz. Powinien sypnąć groszem aż miło. Już na to czekam:) Później dojdzie saturn. Tym razem ustawi się w sekstylu...

Ostatnio znowu intensywnie maluję, bo mam zamiar przygotować 20 prac na konsultacje. Konsultacje prowadzone są przez skypa i dużo mi dają. Ponoć robię postępy. Będę działać dalej.

sobota, 15 lipca 2017

sobota

Nadal pogoda fajna- brak upałów. Brakuje mi jednak deszczu. Niby od czasu do czasu popada ale za mało według mnie. Lato jak na razie mnie nie zmęczyło za bardzo. Trochę tylko noce są zbyt ciepłe. Na jesień jednak czekam.
Na dwór mało wychodzę, bo też i nie mam po co. W ogrodzie prawie nic nie ma i w sadzie też nie. Czasem tylko wyskoczę po piórka cebuli albo zioła. Jest też trochę fasoli szparagowej i bobu. I to i to zjadają mszyce. W lesie ani jagód ani grzybów nie ma. Są za to dziki i to całe stada. Ja dość płochliwa jestem i raczej dzika spotkać bym nie chciała.
Ostatnio zawzięłam się na porządki w domu. Wyrzucam co się da. Sterta worków koło śmietnika rośnie i końca nie widać. Nawet połowa jeszcze nie zrobiona. Dziś podziałam w kuchni. Kusi mnie wymiana garnków ale Krzysiek o tym słyszeć nie chce. Według niego garnek jest do użytku do puki się dziura nie zrobi. Nie zwraca wcale uwagi na odpryski. Urwane ucho? A co tam niech będzie. Ja dziś wszystkie tego typu wyrzucę. Będzie w pracy to nie zauważy, a czego nie widać sercu nie żal. :)


czwartek, 13 lipca 2017

Czwartek

Kilka dni temu zebrałam wreszcie ziele, które używam do okadzeń. Wiązanki już wiszą na ścianach pod sufitem. Tym razem to dziurawiec, tuja, jałowiec, paproć, chmiel i babka. Będzie jeszcze dziewanna, bukszpan, ogórecznik. Nie udało mi się znaleźć bylicy ale mam z zeszłego roku. Mam też pokrzywę. Jak mi bylicy braknie to białą szałwię kupię. Okadzam zwykle co miesiąc w nów. To czyści wnętrza ze złej energii i wprowadza pozytywne wibracje. Okadzania są bardzo skuteczne. Można też okadzać w innych celach np. w celu przywołania miłości, przywróceniu zdrowia, osiągnięciu dostatku finansowego. Oczywiście ziele w każdym przypadku jest inne i nie wszystkie okadzenia przeprowadza się w nów.


W najbliższym czasie powinnam jechać do miasta kupić doniczki. Sukulenty trzeba przesadzić do większych i to już. Krzysiek doniczek nie kupi. Sukulenty się u mnie dobrze mają - rosną i kwitną. Ładnie mi też rosną dracenki i hoje. Powinnam przesadzić kaktusy. Rosną w zbiorowej doniczce, która urodą nie grzeszy, bo  stara i plastikowa jest. Coś by trzeba ładniejszego kupić. Od razu kupię też kilka kaktusików. Mam zamiar je trzymać na oknie w przedpokoju. Kaktusy przy wejściu mają działanie ochraniające przed złą energią i złodziejami. W zimie chłód zniosą, a może nawet zakwitną? Muszę pozbyć się amarylisów, bo mi z nimi nie po drodze. Nie kwitną wcale i tylko się u mnie męczą. Trzeba cebule pędzić, zasuszać, kombinować. To za dużo jak dla mnie. Ja chcę kwiatka wsadzić i żeby rósł. Wyprawiać z nim nie mam zamiaru i zawsze zapomnę kiedy jest na te zabiegi termin... W przyszłym roku wiosną może kupię fikusy - baniana i tego o barwnych liściach. Ciekawe czy moja zimna sypialnia będzie im służyć.

wtorek, 11 lipca 2017

Wtorek

Ostatnio znowu sporo pitraszę. Wybieram potrawy z książki Dieta optymalna i z czasopism. Wczoraj zrobiłam pyszną sałatkę. Dziś zrobię kolejną. Tłusta dieta chyba mi służy, bo mam sporo energii. Trochę też schudłam. Dieta mi odpowiada. Słodyczy i mąki mi nie brak. Głodna nie chodzę. W głowie mi się nie kręci. Zobaczymy co dalej będzie.

Sałatka

2 jajka ugotowane na twardo
10 dkg kiełbasy lub szynki wersja lżejsza
groszek
ogórek kiszony
cebula piórka
majonez
sól
pieprz
zioła jeśli ktoś lubi

Wszystko pokroić, wymieszać dodać majonez.

Sałatka

por
marchew
ogórek kiszony
2 jajka
parówki
kukurydza
sól
pieprz 
majonez
zioła

Wszystko pokroić, wymieszać i dodać majonez. 

Wczoraj znalazłam dość tanie meble sosnowe. Nie są wprawdzie takie piękne jak te na które się napaliłam ale są za to o co najmniej połowę tańsze. To dla mnie ważne. Stół, który kiedyś wybrałam kosztował 1200 zł. Ten nowy 300zł. Chyba ten nowy kupię już w tym miesiącu, bo stary antyczny po prababci zjadły mi korniki.


A na koniec opowiadanie tym razem na faktach...



Ze wspomnień bioterapeutki

Od kilku minut nie spałam. Leżała w bezruchu, chłonąc ciszę poranka. Dzień budził się powoli. Noc już odpłynęła za zasłonę snu. Najpierw odezwały się ptaki. Pewnie wróble mające gniazda w winobluszczu okrywającym gąszczem liści wschodnią ścianę domu. Później krowa u sąsiadki dała znać, że najwyższy czas na dojenie, a jeszcze później dobiegło do moich uszu gdakanie kur. Nic tylko pani Basia już kręci się po obejściu. Musi być koło siódmej. Pomyślałam wystawiając twarz ku słońcu, przedzierającemu się przez firanki.

- Jeszcze chwilka - mruknęłam sennie, przeciągając się.

Zwinięta jeszcze przed chwilą obok mojej głowy, czarna jak noc, kotka Musia, właśnie wstała i wyprężyła grzbiet. Po chwili zaczęła mruczeć i wylizywać sobie łapki. Najwyraźniej nie była jeszcze głodna, bo z lubością wygrzewała się w słońcu.
Kotka zamieszkała ze mną ponad rok temu latem. Któregoś dnia znalazłam ją w lesie. Malutka była głodna, spragniona i przerażona. Pewnie znalazła się w tym miejscu, bo właściciele wyjeżdżali na wakacje. Cóż tak bywa. W ten sam sposób trafił do mnie kocurek Maciuś, bury pieszczoch, śpiący teraz w nogach łóżka.
Kochałam koty i pomagałam im od lat. Doskonale pamiętałam pierwszego kota, któremu pomogłam. To było jeszcze w czasach, gdy mieszkałam w mieście. Któregoś dnia rano natknęłam się na przystanku na maleńką szarą kuleczkę bezskutecznie kręcącą się wśród ludzi i miauczącą. Nikt nie miał czasu. Nikt się biedą nie zainteresował. Spóźniłam się wtedy do pracy, bo przecież musiałam wrócić do domu, żeby malucha nakarmić. Szef był wściekły i dał temu wyraz robiąc mi awanturę.
Jak to dobrze, że już żadnego szefa nie mam. Myślałam wstając.

Teraz zajmowałam się astrologią, bioterapią i agroturystyką. Przez cały rok wynajmowałam pokój. Tylko jeden. Przyjmowałam jedynie osoby chore zdecydowane na zabiegi bioterapii. Chętnych nie brakowało, bo pomagałam skutecznie, a zabiegi były bezpłatne. Były za to dwa dziennie i wliczyłam je w cenę pokoju. Oczywiście w ofercie było również całodzienne wyżywienie. Kochałam swoją pracę i wciąż się dokształcałam. Ostatnio np. wzięłam udział w warsztatach litoterapii.

Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk dzwonka do drzwi. Narzuciłam szlafrok i wyszłam do ganku. Za drzwiami stała moja koleżanka, Krysia. Była blada, znękana i trzymała się za policzek, który był nieźle napuchnięty. Jej zawsze nienaganna fryzura była wzburzona, a ciuchy wymięte jakby w nich spała.

- Ratuj Anka, bo nie wytrzymam. Ząb mnie zaczął boleć w nocy, nie spałam ani minuty i jestem ledwie żywa. Tabletki nie pomagają wcale i już mi od nich niedobrze. Sorry, że o tej godzinie…
- No coś ty nie przepraszaj. Mus to mus. Trzeba było od razu w nocy przyjść, nie czekać – powiedziałam, szerzej otwierając drzwi.
- Waldek też tak mówił ale ja cię budzić nie chciałam. Wiem przecież, że dziś przyjeżdża ta babeczka z chorą córką i zacznie ci się młyn.
- Tak. Przyjeżdżają tuż po obiedzie. Zostaną dwa tygodnie. Lekko chyba nie będzie, bo mała jest po porażeniu dziecięcym. Wcale nie chodzi. Jest wręcz bezwładna, strasznie nerwowa i nie śpi po nocach. Matka jest wykończona, a na dodatek jej też nie jest lekko, bo ciężko klimakterium przechodzi. Monisię urodziła już grubo po czterdziestce. No ale wchodź dalej z tym zębem i siadaj. Zaraz zrobię ci seans dorzuciłam.

Już po chwili Krysia siedziała w kuchni na taborecie. Wyciszyłam się, poprosiłam opiekuna duchowego o pomoc, potarłam dłonią o dłoń i dotknęłam lekko ręką policzka koleżanki. Energia popłynęła bez przeszkód. Już za moment poczułam kłucie w dłoni i ciepło.

- Oj, oj czym to robisz – jęknęła Krysia. Boli jeszcze gorzej i policzek mi drętwieje.
- Wytrzymaj. Zaraz powinno przejść ale bez dentysty się nie obejdzie. Musisz tego zęba usunąć później jak ropa zejdzie.- Na razie płucz sobie szałwią i przyjdź do mnie jeszcze raz wieczorem na zabieg. Możesz też nalać sobie zimnej wody do miski. Sporo i deptaj w tej wodzie przez kilka minut. To odciągnie gorąco od głowy.
- O już przechodzi. Jesteś cudotwórcą kochana. Co ja bym bez ciebie zrobiła - uśmiechnęła się z ulgą.- Zęba oczywiście wyrwę. Już dawno to powinnam zrobić, bo mi plomba wyleciała ze dwa lata temu i się ukruszył. Tchórz jednak jestem okropny i dlatego zwlekałam tyle – trajkotała zadowolona i odprężona.

Po pięciu minutach już jej nie było. Zostałam sama. Ubrałam się szybko i nakarmiłam koty, które już od jakiegoś czasu kręciły mi się pod nogami. Maciuś oczywiście jak zwykle mięsa z puszki nawet nie dotknął i musiałam mu nasypać pełną miseczkę chrupek. Jadł specjalną karmę urinary, bo miał skłonność do kamieni w pęcherzu moczowym. Trzeba było na niego uważać. Musia za to wylizała miskę do czysta i rozciągnęła się w słońcu na parapecie okna w kuchni o mało nie zrzucając mi przy tym doniczki z geranium. Ja zabrałam się za pikowanie sadzonek sałaty i kalarepy. Roślinki były już okazałe i czas było zrobić z nimi porządek. Jeszcze trochę i wsadzę je do ogrodu. Myślałam. Zaraz z tym skończę, pójdę do ogrodu siać buraki i fasolkę. Może też posadzę pomidory i paprykę do donic. Planowałam. Jutro wysieję kabaczki i ogórki wsadzę, bo się zaczynają kłaść. Jak zaplanowałam tak zrobiłam. Tuż po dwunastej skończyłam pracę w ogrodzie, umyłam ręce i zrobiłam sobie kawę. Usiadłam w kuchni i delektując się nią, spokojnie czekałam na panią Wandę i Monikę.

Chore przyjechały po czternastej. Wyjmowałam właśnie szarlotkę z pieca gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam im, weszły to znaczy mama wniosła córeczkę, Monika na mnie spojrzała, wrzasnęła i ze złości ugryzła mamę w rękę. Pierwszy zabieg wykonałam wieczorem. Nie było to łatwe, bo Monika wprawdzie cały czas leżała ale potrafiła krzyczeć, pluć i kręcić się. Była bardzo inteligenta i uparta. Próbowała na mamie wywierać presję kaprysami ale pani Wanda była bardzo mądrą kobietą. Ulegała gdy mogła sobie na to pozwolić ale wejść sobie na głowę nie pozwoliła. Po pierwszy zabiegu Monika przespała po raz pierwszy kilka godzin w nocy. Wstała w lepszym humorze i chętnie zjadła śniadanie. Mama była wzruszona gdy rano mi o tym powiedziała. Drugą noc Monika przespała już całą i od tego dnia poprawa następowała w iście ekspresowym tempie. Piątego dnia dziewczynka siedząc na kolanach mamy zjadła obiad. Sama nabierała sobie widelcem ziemniaki i niosła je do buzi. Teraz już witała mnie z radością. Już się przyzwyczaiła i bez problemu akceptowała mój dotyk. Poza tym była znacznie spokojniejsza. Zaczęła się też interesować otoczeniem.

- Pani Wando proszę ją może zabrać nad jezioro – zasugerowałam ósmego dnia. To może być dla niej interesujące. Tam są dzikie kaczki, łabędzie i żaglówki.
- Dobrze pójdziemy – zgodziła się kobieta. A daleko to?
- Nie. Może z dwa kilometry góra – odpowiedziałam. Może proszę przejść do kiosku i kupić jej jakiś zeszyt i kredki. Może zechce rysować?

Dwunastego dnia rano gdy tylko weszłam rano z tacą ze śniadaniem od razu zobaczyłam, że coś się stało. Pani Wanda spojrzała na mnie ze łzami w oczach, podeszła do mnie i objęłam mnie.

- Pani Aniu – wykrztusiła. Monika zrobiła dziś rano trzy kroki sama. Nie spodziewałam się, a ona wstała, opuściła nóżki na podłogę i przeszła. To cud.
- Tak to bywa. Teraz już będzie tylko lepiej. Będzie zdrowa i sprawna. Jest za co dziękować siłom wyższym – uśmiechnęłam się.

Monika wyjechała zdrowa. No prawie. Potrzeba było jeszcze trochę ćwiczeń i rehabilitacji i miała szansę na normalne życie. Jej mama była szczęśliwa, wdzięczna i podała mój adres dwóm znajomym, które też miały chore dzieci. Chłopczyk z mamą ma przyjechać dziś. Też mu może pomogę. Uda się. Musi…





niedziela, 9 lipca 2017

Niedziela

Dziś wstałam późno. Nie będę chyba nic konkretnego robić. Może tylko coś artystycznego podziałam. Trochę czasu spędzę w kuchni, bo ostatnio znowu chętniej gotuje. Na diecie optymalnej jestem nadal. Czuje się bardzo dobrze. Mam więcej energii. Wczoraj skończyłam jeść mielonkę z szynkowara. Była bardzo smaczna. W przyszłym tygodniu może upiekę pasztet albo schab. Nadal nie mam rury do wędzarki i nie mam jej gdzie kupić, bo sklep żelazny został zlikwidowany.

Mielonka z szynkowara

80 dkg mięsa mielonego
przyprawy ziołowe u mnie pieprz, tymianek, rozmaryn, czosnek
sól
20 dkg pieczarek
1/2 paczki żelatyny

Mięso wymieszać z przyprawami, dodać żelatynę i pokrojone pieczarki. Włożyć do szynkowara i gotować.

Jutro zrobię smalec domowy z kiełbasą. Uwielbiam go. Tak sobie myślę, że mimo diety mogę sobie pozwolić raz w tygodniu zjeść chleb razowy pieczony w domu. Nie umrę od tego. Wszystko zależy od proporcji. 

W zeszłym tygodniu przyszedł mi kufer do łazienki. Jest cudny moim zdaniem i zakochałam się w nim od razu. Remont łazienki będzie dopiero w październiku ale już się cieszę.


Od kilku dni walczę z bałaganem w domu. Sprzątam wszędzie gdzie się da- szafki, półki. Zajmie mi to jeszcze sporo czasu, bo długo tego nie robiłam i trochę zbędnych rzeczy się nazbierało. Krzysiek najpierw się wściekał, że ruch w domu, a później dał sobie spokój. Sprzątam jednak po kryjomu gdy nie widzi. Najbardziej się boję szafy, bo pewnie jego pomoc będzie niezbędna. Pewnie też będzie musiał pomóc w spiżarni. Czy się bez wojny zgodzi nie wiem. Różnie może być.







piątek, 7 lipca 2017

Piątek

Truskawki owocują wreszcie ale ich bardzo mało i są drobne strasznie. Średnio są wielkości mojego paznokcia, a zasilane były. Poziomek wcale nie ma. Nic się na piaskach nie uda jak gnoju się nie da. W przyszłym roku już sobie je odpuszczę i pielęgnować ich nie będę niech zarastają. Kiedyś u mnie był piękny ogród ale przodkowie kupowali nawóz koński i krowi od sąsiadów. Teraz nie mam od kogo kupić i nic rosnąć nie chce. Koleżanka ma urodzaj ale na sztucznych nawozach jedzie. Ja tak nie chce. To co wyhodowane na sztucznościach mogę sobie kupić bez wysiłku z mojej strony. Jej to obojętne, bo pracę w ogrodzie lubi. W tym warzywnik jeszcze powiększyła. Ja w przyszłym roku warzywnika już mieć nie będę. Skupię się na razie na krzewach i drzewkach owocowych. Zobaczymy czy owoców się doczekam. Na razie i z tym jest kiepsko. Słabo owocują jedynie porzeczki. Agresty wcale, a młode drzewka i to nie wszystkie mają po kilka owoców. To mnie zniechęca. Tego typu pracy nie lubię ale bym robiła gdyby efekty były. Niestety nie ma.
Ostatnio już przestałam o wsi lat 80 ubiegłego wieku marzyć ale nadal żyję nieco po wiejsku. Teraz już jednak to ma być wieś współczesna i śni mi się wygoda. Kóz i kur już mieć nie będę, bo nawet kompost nowym sąsiadom cuchnie. Czas się przystosować i zrezygnować z marzeń. Rady nie ma. Z piecokuchni jednak nie zrezygnuję co to to nie, a może i o piecu chlebowym pomyślę. To też moje marzenie.

Wczoraj niespodziewanie moja 5 letnia, dzika koteczka Suzi przyszła do mnie i położyła się koło moich stóp na kanapie. Nie wiem co jej się stało. Jest dzikuską mimo moich prób oswojenia jej. Teraz złapać można ją tylko podczas jedzenia. Nie drapie ale widać, że się boi. Krzysiek chciał ją oddać do kogoś do stodoły ale nie zgodziłam się, bo mi jej szkoda. Kocha ciepło i wygrzewanie się przy piecu. W stodole by tego nie miała. 




A na koniec moje malunki. Ostatnio miałam konsultację z babeczką po malarstwie na ASP. Ma trzydzieści lat praktyki. Obejrzała dziesięć moich obrazów i pocieszyła mnie. Twierdzi, że moja nauka idzie w dobrym kierunku. Są nawet początki stylu, a to ważne. Namawia mnie do tego, żebym szła tą drogą i porzuciła próby nauki malowania realistycznego. Uważa, że takich obrazów jest masa. Według mnie jestem dobra z kompozycji i nieźle dobieram barwy. Robię to instynktownie. To jest według niej dar. Będę ćwiczyć dalej i przesyłać jej kolejne prace do oceny.



środa, 5 lipca 2017

środa

Dziś od rana pracuję - wróżę i piszę. Artykuł już napisałam, a teraz piszę opowiadanie. Muszę jeszcze skończyć. Kiedy odpocznę nie wiem. Bogiem, a prawdą ta moja praca mnie w zasadzie nie męczy. Robię to co lubię i co mnie cieszy. Później może poczytam. Ostatnio mniej niż kiedyś czytam. Kiedyś czytałam nieraz po całych dniach. Teraz o wiele mniej. Założyłam sobie, że przeczytam 52 książki w tym roku i niestety jeszcze nawet połowy nie przeczytałam. Wstyd. Inna sprawa, że nie bardzo co mam czytać. Zwłaszcza powieści mnie ostatnio często nudzą. Kiedyś częściej trafiały się perełki. Teraz to zbyt często się nacinam. Przynoszę z biblioteki cały stos książek, a przeczytam jedną albo i nie. To samo z kupowaniem. Już kupiłam kilka albo i kilkanaście nietrafionych pozycji. Czasem jeszcze tylko poradniki kupuję. Często czytam jeśli już to powieści z przed lat. Ich poziom był chyba wyższy. Żal mi, że już teraz rzadziej tonę w powieści. Potrafiłam czytać do rana. Ech...

Inną moją pasją, której mniej ostatnio poświęcam czasu jest gotowanie. Kochałam to kiedyś. Zbierałam przepisy i skrupulatnie planowałam z nich posiłki. Sporo czasu spędzałam w kuchni. Później przytyłam i straciłam ochotę do jedzenia i pitraszenia. Jem najczęściej byle jeść, gotuję byle szybciej. Jedzenie stało się wrogiem. Może to błąd? Może od przyszłego tygodnia znowu coś z przepisów ugotuję? Pola do popisu wielkiego nie mam, bo znowu jestem na diecie. Może jakieś mięso upiekę albo wędlinę z szynkowara zrobię? Może sałatkę przygotuję?

Dziś wieczorem będę może malować albo robić kartki. To mi ostatnio najwięcej czasu zajmuje. To mnie cieszy. Zwłaszcza do kartek mnie ciągnie, bo zrobiłam ostatnio sporo zakupów i część przesyłek do mnie dotarła. Niestety kończy mi się klej. Będę musiała kupić i to szybko jeśli dalej chcę działać.

Pogoda jest fajna i ostatnio trochę czasu spędzam na dworze. W poniedziałek zrobiłam trochę zdjęć kwiatków z doniczek. Uwielbiam pelargonie, werbenki i szczawiki. W tym roku są wyjątkowo dorodne. Kocham też petunie ale u mnie jest zbyt dużo słońca i trzeba by je podlewać dwa razy dziennie, bo mdleją. W tym roku chciałam kupić też begonie ale w sklepie nie było... Szkoda.






Wczoraj byłam w sklepie. Zrobiłam parę zdjęć lasu. Nie lubię chodzić ale tym razem musiałam, bo już nic w lodówce nie było. Na diecie Kwaśniewskiego mam sporo energii i doszłam bez problemu.