Codzienność

Codzienność
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mandale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mandale. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 września 2016

Przygotowanie do zimy, wiersze, haiku, mandale i problem z grzybami

Pogoda ładna to zaczęłam przygotowania do zimy. Od wczoraj piorę co się da - koce, poduszki ozdobne, kapy, kocie spanka. Zimą tego prać nie będę, bo nie ma gdzie suszyć. Wietrzę też intensywnie kołdry i poduszki. Dziś wietrzę też pierzynę, która się przykrywamy w mroźne noce. Wczoraj Krzysiek zlikwidował psie legowisko. Pikuś i tak śpi z nami w sypialni to legowisko w przedpokoju mu jest zbędne, a tylko zagracało. W przyszłym tygodniu może Darek, brat Krzyśka będzie miał czas to mi trochę prac koło domu i w domu podgoni. Krzysiek sobie z niczym nie radzi, albo nie chce poradzić z wygody. Ja się wściekam, bo sama rady nie dam męskich prac wykonać, a zlecić tego nie bardzo jest komu. Żaden fachowiec z miasta do tego nie przyjedzie. Chciał pomóc Sebastian, ale Krzysiek się nie zgodzić. Nawet się nie dziwię, bo czuje się zagrożony. Strasznie mi brak w domu sprawnego, przedsiębiorczego mężczyzny. Tym bardziej, że byłam przyzwyczajona do takich, bo zarówno mój dziadek jak i tata wszystko sami robili. Krzysiek nawet o tym nie myśli i wszystko jest na mojej głowie. To stres dla mnie. Tym razem trzeba poprawić komin, bo spadł tynk, wyczyścić dwa kominy i zrobić wyczystkę do komina od centralnego. Trzeba by też przyciąć trzy iglaki, ale to może zrobi Adrian jak z pracy z Krakowa wróci.

Poza tym to mam też problem z grzybami w tym roku. Sama do lasu nie chodzę, bo zbierać w nim nie potrafię i teraz na dodatek boję się dzików. Kupić nie ma gdzie. Wczoraj Krzysiek zszedł cały targ i ani jednego grzyba nie widział. Za sucho jest. Chciałam kupić kilogram maślaków do zamrożenia i z dwa kilo podgrzybków do suszenia. Kocham grzyby, a tu nawet na Wigilię porcji nie mam.

Co jeszcze? Ano chyba tylko to, że pracuje ostatnio jako redaktorka na portalu z pożyczkami pozabankowymi. Praca niezbyt ciekawa i kiepsko płatna, ale skoro innej nie ma dobre i to. Na szczęście teksty są niskiej jakości to pisze się je szybko. To stałe zlecenie jest. Wróżę też oczywiście. Popołudniami maluję dla siebie mandale i piszę wiersze i haiku. Mandale powstały dwie. Jedna na miłość i druga runiczna na pracę i pieniądze. Też z sercami, bo praca ma być lubiana i wykonywana z pasją. Mandale nie miały być arcydziełem. Mają po prostu spełnić swoje zadanie i uporządkować mi sprawy uczuciowe i zawodowe.

 burza z deszczem
w świetle błyskawicy
samotny świątek
 
tuja w deszczu
pajęczyna w gałęziach
pełna płatków róż
 
brzoza w deszczu
pierwsze złote liście
suną w kałuży

 Zaledwie wczoraj

nie mów żegnaj
powiedz tylko do widzenia
chłodny poranek
rozdziela nasze dłonie
serca wciąż trwają w uścisku
 
brakuje mi ciebie
żal zwisł na rzęsach
nie potrafię przepłynąć obok wspomnień
twojego zapachu ust ramion
nie potrafię odrzucić w niepamięć
tego co było
tęsknota trąca
słów pieszczot
i kąsa znienacka
jak przerażony pies
 
czy kiedyś zapomnę


 

poniedziałek, 5 września 2016

Pracowicie, trochę o uczuciach i haiku

Ostatnio jestem gnuśna i muszę się mobilizować do pracy, bo nic mi się nie chce robić. Z drugiej strony się nie dziwię, bo pracuję jako redaktorka na portalu z pożyczkami za marne grosze. Ani temat ciekawy ani pieniądze dobre. Coś jednak muszę robić. Szukam lepiej płatnej pracy ale na razie bezskutecznie. Nic na stałe poza redakcją portalu o drzewach nie mam. Tam płacą bardzo dobrze, ale są limity i nie mogę wstawić tekstów ponad nie. Nie zarabiam więc za dużo. Sporo za to wróżę. Dobre i to.

Popołudniami sporo się uczę. Ostatnio kart klasycznych, pełnej talii. Chcę wiedzę opanować przez wrzesień. Idzie mi prawdę mówiąc średnio. Co prawda uczę się bardzo szybko, ale pamięć mam raczej kiepską i szybko zapominam. Powtarzam więc bez końca co zabiera mi czas i trochę mnie złości. Najważniejsze, że kontakt z kartami złapałam i  zaczęły mówić prawdę. Książka, którą kupiłam nie jest zbyt dobra niestety. Oznaczenia kart są różne od tych które pamiętam i które znalazłam w internecie. Wczoraj więc przysiadłam fałdów i napisałam swoje. Zobaczymy co dalej...

Poza tym zabieram się z powrotem za odchudzanie. Tym razem kupiłam moroznik kaukaski. Tak wiem co o nim piszą. Wiem też, że moje trzy znajome go stosowały i schudły, a są nadal zdrowe. Zobaczymy jak zadziała na mnie. Ponoć hamuje apetyt i wzmaga przemianę materii. Mam zamiar stosować mniejsze dawki niż dozwolone maksymalne.

Ostatnio kusi mnie by zabrać się za malowanie mandal z tym, że akwarelami. Dziś chciałabym namalować taką działającą na miłość. Może mi moje życie uczuciowe trochę uporządkuje, bo się miotam i nie potrafię podjąć decyzji. Chcę i Krzyśka i Sebastiana. Z Krzyśkiem dobrze mi się żyje na co dzień. Mogę na niego liczyć ale jest oschły, zimny i mnie nie szanuje. Sebastian traktuje mnie dobrze, jest uczuciowy, wrażliwy, ale nie wiem czy solidny i odpowiedzialny. No i problem.

A na koniec haiku

deszcz od rana
pędy nawłoci przy drzwiach
leżą w kałuży

wieczór w deszczu
nawłoć koło bramy
ciąży ku ziemi

nawłoć przy płocie
w pajęczynie na pędach
biel motyla
 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Terapia manualna, dieta, ćwiczenia, mandala i wiersz...

Znalazłam w mieście obok specjalistę od terapii manualnej kręgosłupa. Podobno potrzeba do 5 zabiegów. Nie wiem czy się kwalifikuję i czy mnie będzie stać, ale te zabiegi mnie kuszą. Ponoć stawiają niektórych na nogi. Z pieniędzmi może być krucho, bo część trasy musiałabym przebyć taksówką, a to z postojem za każdym razem wyniosłoby około 70 zł. Dla mnie to dużo, bo dochodzi jeszcze cena zabiegu, a nie wiadomo czy Krzysiek po nowym roku będzie miał pracę. Nie wiem też czy po tego typu zabiegach bóle przechodzą całkiem. No i nie wiem jak często by trzeba je powtarzać, bo ponoć jest to konieczne...
Od kilku dni zamiast chudnąć tyłam. Dieta 1300 kalorii choć smaczna i fajna na mnie nie działa. Potrzebuje większego kopa, a nie delikatnej diety, bez diety. Od dziś dukan. Na razie kilka dni i zobaczę jak na niego zareaguję. Myślę też o głodówce oczyszczającej z tym, że może dopiero po świętach albo o diecie WO doktor Dąbrowskiej. Coś muszę zrobić, bo chcę 8 z przodu do końca roku zobaczyć. Dieta 1300 kalorii to chyba dieta na resztę mojego życia. Taka na utrzymanie wagi. Na razie od dwóch dni jadłam po 1000 kalorii i bez śniadań, bo nigdy rano nie jestem głodna i schudłam. To chyba najlepsze rozwiązanie dla mnie. Całe życie śniadań nie jadałam, bo głodna jestem późnym popołudniem i wieczorem.
Od kilku dni mój zestaw ćwiczeń kończyłam po 15 minutach zamiast po 20. Dziś postanowiłam dołożyć czwarte powtórzenie. Ciekawe czy dam radę. Mam zamiar dojść do 6 na początku grudnia o ile się uda. Nie powiem, żebym ćwiczenia polubiła, ale je toleruję. Będę ćwiczyć, bo mi pomagają. Jestem po nich bardziej sprawna choć chodzić i stać nadal nie mogę, bo kręgosłup strasznie boli. Ciekawe czy te ćwiczenia coś tu zaradzą. W trakcie ćwiczeń zauważyłam, że bardziej mnie boli po prawej stronie. Może faktycznie kręgarz jest wskazany.

Koniec listopada


stęskniona za słońcem
i ogniem barw
spoglądam w okno
świat płacze
kropla za kroplą
roni  łzy rzęsiste
mokną drzewa krzewy
ławka w parku
i stary bezpański pies

Spójrz
rozłożysty klon
stracił już szkarłatną sukienkę
a marcinki pod płotem
zszarzały i zwiędły
słyszysz
listopadową piosenkę
śpiewa wiatr w kominie

może już jutro
ziemia okryje się białym
płaszczem
może już jutro
lód skuje kałuże
a pierwszy płatek śniegu
zawiśnie na twoich rzęsach
już czas

wtorek, 10 listopada 2015

Trochę tego i owego...

Niestety nie udało mi się wziąć udziału w tym kursie pisania ikon. Musiałam rano jechać do miasta i po południu kręgosłup odmówił mi posłuszeństwa. Chodziłam zgięta w pół. Gdybym rano nie pojechała to by była inna sprawa, ale są sprawy ważne i ważniejsze. Taka decyzje podjęłam i pojechałam rano. Na kurs chcę się wybrać w grudniu. Będzie o tyle lepszy, że już ze złoceniami.
Za zdrowie się zabrałam i są efekty, bo czyrak pękł i zaczął się powoli czyścić. Niewiele zostało. Trochę lepiej też słyszę. Tak, że idzie ku dobremu. Nie mam też już problemów z energią. Pomogło albo Reiki albo witaminy, które biorę. Witaminy są dla seniorów. Fajny zestaw z jodem, magnezem i żeń szeniem. Najgorzej jest z kręgosłupem. Boli jak diabli. Kupiłam zioła i piję trzy razy dziennie. Zioła są gotowe, ale mam zamiar kupić luzem i zmieszać. Mieszanka jest dobra i liczę na to, że coś pomoże.

liść brzozy 25g
liść czarnej porzeczki 25g
kwiat bzu czarnego 25g
pączki topoli 25g
kora wierzby 25g
wiązówka błotna 25g

Kupiłam też maść, która działa przez chwilę i tabletki, których boję się brać, bo nie wiem jak na nie zareaguje organizm. Tabletki to Voltaren. Poleciła mi farmaceutka. Mam zamiar wypróbować jeszcze olej z żywokostu i z dziurawca oraz gęsi smalec z olejem rycynowym. Jest jeszcze uzdrawianie praniczne, które bóle znieczula na jakiś czas. Ponoć jest możliwość leczenia tej przypadłości tą techniką, ale dość długo to trwa. No i są jeszcze ćwiczenia krokodyla czyli joga kręgosłupa. Książkę kupiłam już jakiś czas temu i niedawno zaczęłam ćwiczyć. Ćwiczenia są bardzo łatwe, ale kręgosłup pracuje. Jeszcze długo po wykonaniu ćwiczeń kręgosłup jest rozgrzany. Mam też magnesy. Zobaczymy. Coś muszę zrobić, bo neurolog przyjmie mnie dopiero po nowym roku. Jeszcze zapisów nawet nie ma. Leków też bym wolała za dużo nie brać, bo przecież niszczą wątrobę...
Dieta mi idzie. Nie podjadam i powolutku waga spada. Jem do syta. Dziś np. na śniadanie miałam owsiankę z dodatkami na jogurcie.

3 łyżki płatków
pół jabłka
łyżka orzechów włoskich
łyżka rodzynek
jogurt naturalny

Płatki zagotować, dodać starte jabłko i pozostałe składniki. Wymieszać.

 

środa, 4 listopada 2015

Listopad, ćwiczenia, kuszące książki, czyrak i coś na ząb...

Gdy listopad mroźny to lipiec niegroźny
Deszcz z początkiem listopada mrozy w styczniu zapowiada
Gdy mróz na Marcina będzie tęga zima
Od świętego Marcina zima się zaczyna
Gdy Marcin w śniegu przybieżał całą zimę będzie leżał
Deszcz w połowie listopada tęgą zimę zapowiada
Listopad ciecze, marzec nie podpiecze
W listopadzie kapusty pełne kadzie

Listopad. Przyroda przygotowuje się do zimy. Wprawdzie jest jeszcze ciepło i ciepło przez kilka dni ma być, ale późną jesień już widać i czuć. Drzewa coraz bardziej gubią liście, zwierzęta coraz więcej jedzą. U mnie niektóre koty tyją z dnia na dzień. Muszę ograniczać im jedzenie. Pikuś też ma apetyt i wszystko z miski znika. Ptaki przylatują na miejsce karmienia całymi stadami. Ostatnio były trzy sroki. Jadły ziarno wysypane dla gołębi i wróbelków. Kilka dni temu obudziłam jeża, który spał w stercie liści. Dobrze, że sprawdziłam, a nie spaliłam jej. Byłoby nieszczęście. Ja jestem praktycznie do zimy przygotowana. Pozostały mi do zamknięcia i zabezpieczenia przed zimnem dwa okienka piwniczne. Trzeba je będzie utkać szmatami. Oba, bo w jednej piwnicy trzymam ziemniaki, a w drugiej są rurki od wody. Jeszcze ich nie zabezpieczyłam. Muszę w końcu to ocieplenie kupić.
Odchudzanie mi idzie. Waga spada i dietę trzymam mimo stresów. Jak na mnie też sporo ćwiczę. Codziennie 15 minut hui chun gong, a dziś dołożyłam 40 minut jogi. Następne 40 minut będzie w sobotę. Przejrzałam ćwiczenia na Vitalii i znalazłam chyba też coś dla siebie. Mianowicie pilates i chyba stretching. Te pierwsze ćwiczenia znam, ale stretching to dla mnie nowość. Myślę, żeby kupić sobie jakąś książkę na ten temat...Kusi mnie też druga...Też z ćwiczeniami. Za tydzień zabiorę się jeszcze za tai chi.


  
Ostatnio mam problem, bo na twarzy zrobił mi się spory czyrak. Chyba będzie trzeba zastosować maść ichtiolową, ale boję się, że się jeszcze powiększy zanim pęknie i się oczyści. Na szczęście go nie widać i nie boli tak bardzo. Do chirurga raczej z tym nie pójdę, bo w kolejce czekać nie będę. To już wolę z czyrakiem chodzić. Całe życie mi się robiły czyraki. Już miałam kilka razy twarz ciętą. Mam to po tacie. On też miał problem z tłustą skórą. Plaga jakaś czy co...

A na koniec przepis na dietetyczne placuszki z cukinii
kawałek cukinii/plaster/
2 cm marchwi
kawałeczek cebuli
sól
pieprz
zioła u mnie cząber i tymianek
olej
otręby owsiane
jajko

Warzywa zetrzeć na tarce, dodać jako, przyprawy i tyle otrąb by konsystencja była jak na placki ziemniaczane. Smażyć na oleju. Ja je jem z chutney lub ketchupem. Czasem z majonezem.

sobota, 31 października 2015

Ciężkie dni, powrót do diety, historia mojej otyłości i nadzienie do quiche...

Dziś sobota. Mam zamiar maksymalnie odpocząć i zmobilizować siły, bo czekają mnie trzy ciężkie dni po rząd. Ciężkie, bo z wyjazdami. Jutro jadę oczywiście na cmentarz, w poniedziałek do miasta. We wtorek zapisałam się do lekarza, bo zmienił mi się lekarz i ten nowy, a w zasadzie nowa chce mnie poznać. Ciekawe czy zgodzi się nadal przepisywać mi leki przez telefon?Jeśli nie to będę chyba musiała zmienić przychodnie na taką bliżej przystanku. Ta w której jestem wymusza spacery i to kilku kilometrowe czasem. Nie mam na to ani siły ani zdrowia, bo nogi nosić nie chcą, a kręgosłup podczas stania i chodzenia boli jak diabli. Przyszły tydzień też lekki nie będzie. Będą trzy wyjazdy w tym jeden przyjemny, bo na warsztaty pisania ikon, ale jechać trzeba. Rady nie ma...
Ten generator bodźców podprogowych chyba zadziałał, bo postanowiłam znowu powalczyć z moją wagą. Wykupiłam dietę na Vitalii i działam. Tym razem nastawiam się na powolne dochodzenie do celu. Przyda mi się cierpliwość, której mi niestety brak. Ostatnio zmierzyłam się z moją podświadomością. Chciała współpracować tym razem. Przypomniałam sobie wszystko co mogło zaważyć na moim podejściu do jedzenia. Jako dziecko byłam regularnie tuczona. Moi bliscy chwalili mnie i nagradzali gdy jadłam dużo, karali gdy jeść nie chciałam. Pamiętam ich smutek i obawy czy nie jestem chora, gdy nie byłam głodna. Pamiętam też zabawę w jedna łyżeczka za babcię, druga za ciocię itd. Pamiętam również powiedzenie,, Zanim ten gruby schudnie tego chudego diabli wezmą". Jedzenie stało się dla mnie też kartą przetargową, gdy nie dostawałam czego chciałam przestawałam jeść. Bliscy szybko dawali to na czym mi zależało. Teraz jedzenie jest dla mnie bardzo ważne. Bardzo lubię jeść. Jedzenie mnie uspokaja i cieszy. Ciężko mi z niego zrezygnować. Myślę o hipnozie...Coraz poważniej...

A na koniec farsz do quiche. Tym razem oszczędny, ale bardzo smaczny.
7 średnich pieczarek
spora marchew
4 ziemniaki
tymianek 
sól
pieprz
olej
Pieczarki pokroić, dodać starta na tarce marchew, przyprawy i udusić na oleju. Wymieszać z ugotowanymi i rozdrobnionymi ziemniakami. Wyłożyć na ciasto i zalać jajkami rozmąconymi ze śmietaną. Piec tradycyjnie 40 minut w 220 stopniach.




 

czwartek, 22 października 2015

Przygotowania do zimy, generator bodźców podprogowych i kontakt z duszami przodków.

Jutro Krzysiek idzie już do pracy. Prace mające na celu przygotowanie dom i obejście do zimy są prawie ukończone. Warzywnik jest skopany i zasilony nawozem bydlęcym. Przetwory są zrobione z wyjątkiem kapusty. Tu się waham. Co prawda u mnie w domu zawsze kapusta była kiszona. Gdy byłam dzieckiem babcia i ciocie kisiły całą beczkę. Wychodziła różowa, bo dodawały buraków. Później tata kisił w garnkach kamiennych. Ja też kiszę, ale nie co roku. W tym roku nie wiem co zrobić, bo w zeszłym roku trochę kapusty mi spleśniało. Nie wiem czemu. Chyba moja spiżarnia zbyt ciepła jest. Poza tym zrobione jest już pranie wszystkich kap i prawie wszystkich koców. Umyte są okna. Drewno kupione i złożone w komórce, lektura kupiona czeka na półce. Trzeba by jeszcze tylko kupić trochę kartofli, jabłek i warzyw, ale warzywa to już w listopadzie tak pod koniec. Powinnam również kupić tonę węgla. Pieniądze są tylko przywieźć.




Kilka dni temu znalazłam na Chomiku generator bodźców podprogowych. Oczywiście zgrałam i teraz zaszczepiam sobie sugestie między innymi na temat odżywiania i odchudzania. Trzeba działać przez kilka godzin dziennie przez miesiąc. Zobaczymy co to da. Jednocześnie robię sobie zabiegi Reiki. Jak na razie po wilczym głodzie ani śladu. Oby na stałe. Karty anielskie radzą mi się poddać i przestać walczyć. Anioły mają podziałać w moim imieniu. Fakt jest faktem, że każda walka to dla mnie stres, a ze stresu to ja tyję nie chudnę.
Kontakt z duszami przodków idzie mi coraz lepiej. Czuję ich obecność, czuje ciepło w czakrze serca, wzruszenie i spokój. Wspomnienia napływają falami. Nie potrafię jeszcze z nimi rozmawiać, ale myślę, że to przyjdzie z czasem. Ćwiczę codziennie i już nie czuję się tak samotna. Czuję, że są obok i otaczają mnie miłością. Przestałam tęsknić. Jednak nie planuję nawiązywania kontaktów z duszami spoza rodziny. Nie wszyscy byli mili za życia i nie chcę się narazić na nieprzyjemności. Są co prawda sposoby ochrony, ale po co kusić los. Może dopiero z czasem nabiorę odwagi, wprawy i będę robić odczyty dla innych. Kto wie...
A na koniec jeszcze jedna książka na ten temat. Jeszcze nie dotarła do mnie, ale ponoć jest niezła...


 

piątek, 16 października 2015

Pogoda pod psem, ćwiczenia, cyrk u weterynarza i mandale....

Pogoda brzydka - pochmurno i deszczowo. Do tego zimno. Gdzie się podziało babie lato. Raczej aura listopad przypomina jak na razie. Jeszcze kilku dni pogody mi potrzeba, bo wszystko na dworze zrobione nie jest. Czas ucieka. Urlop Krzyśka też, a pogoda na dworze działać nie pozwoli. Wczoraj okno w czasie deszczu myliśmy. Dziś mam zrobić pranie i chyba nad piecem będę musiała suszyć. Mnie jest ciągle zimno i praktycznie wysiaduje pod piecem od rana do wieczora.
Powoli myślę o tym, żeby zacząć znowu ćwiczyć, bo ruch na dworze się skończył. Może na razie to będzie tai chi i ćwiczenia chińskich cesarzy, a później dołożę jogę i pilates. Mam zamiar ćwiczyć 5 razy w tygodniu po 20 minut w tym dwa razy po godzinie. Ćwiczyć będę, gdy Krzysiek będzie w pracy. Tylko wtedy, bo strasznie mnie denerwuje jak patrzy, albo leży, a ja muszę się męczyć. Ćwiczyć nie cierpię, ale chcę być bardziej sprawna. Myślę też o rowerku. Tak z 3 km dziennie chociaż. To mi z 10 minut zajmie.
Jak byliśmy u weterynarza w Pikusia wstąpił demon i zbliżyć się do siebie nie dał - warczał, gryzł, szarpał się. W efekcie został tylko zaszczepiony, bo pazurów sobie obciąć nie pozwolił. Obciąć trzeba, bo ma już bardzo długie i istnieje ryzyko, że o coś zahaczy i wyrwie. Trzeba będzie jechać z nim jeszcze raz i albo dostanie żel uspokajający albo go się uśpi na chwilę. Trzeba będzie załatwić samochód albo wrócić taksówką. Tylko kłopotu narobił drań jeden. Czasem mam go ochotę udusić.
Ostatnio mam trochę pracy z horoskopami. Dziś mam do skończenia jeden. Po południu będę może malować chlebak. Czas się za niego zabrać, bo w pracowni coraz zimniej. Mam też parę książek do przeczytania, a kilka mnie kusi kupić. Może coś z motywacji typu Obudź w sobie olbrzyma albo Potęga podświadomości czy nowe pozycje Louise Hay albo Doreen Virtue.





środa, 14 października 2015

Niewyjaśnione zjawiska, telewizja, kurs i mandale...

Ostatnio sporo czytam o życiu pozagrobowym. Kupiłam aż cztery książki na ten temat. Bardzo w życie po życiu wierzę i miałam sporo doświadczeń po których nabyłam pewności, że to co niewyjaśnione jest faktem. Miewam przebłyski jasnowidzenia. Czasem przeczuwam śmierć bliskich, wypadki, kłopoty i tragedie o których głośno w mediach. Widzę raczej wyraźnie i np. Krzyśka widziałam we śnie zanim go zobaczyłam osobiście. Jestem człowiekiem magnesem. Pomimo tego książki, które kupiłam uważam za wartościowe. No przynajmniej 3 z 4, bo tyle na razie przeczytałam. Warto się z nimi zapoznać, gdyż dają do myślenia. W jednej jest kilka fajnych ćwiczeń ułatwiających kontakt z drugim światem. Wypróbowałam i działają...
Ostatnio znowu zaczęłam ogladać telewizję. Oglądam głównie programy przyrodnicze i historyczne na Planete, Wild, Discavery, Discavery Historia, National Geographic. Za to wieki temu oglądałam ostatnie wiadomości. Zupełnie nie wiem co się w kraju i na świecie dzieje. Dawno też nie oglądałam filmu fabularnego. Pewnie znowu zacznę oglądać, bo lubię w jesienne wieczory. Oglądam jednak zazwyczaj w komputerze. Chyba już jest następny sezon Downton Abbey.
Przyszła ostatnia lekcja kursu rysunkowo - malarskiego. Praca domowa jest trudna, bo trzeba namalować dwa autoportrety w tym jeden na szkle. Miałam wprawdzie wypróbować farby do szkła, ale na pojemniczkach na przyprawy, a tu autoportret. Ciekawe skąd ja szybę wezmę...
Cały czas działam robótkowo. Ostatnio ozdobiłam skrzynkę. Mam ją jeszcze tylko polakierować. Czeka chlebak. Na razie nie wybrałam nawet serwetki i pomysłu nie mam...Działam też mandale. Staram się codziennie jedną, bo to jest jak medytacja.










poniedziałek, 12 października 2015

Jesień, przygotowania do zimy, koty, brak energii, robótki i mandale...

Dziś w nocy był przymrozek. Zważył liście. Zerwałam ostatnie dynie, pomidory i kabaczka. Wykopałam dalie. Krzysiek przeniósł krzesełka z dworu na strych. Już chyba ogniska też w tym roku nie będzie. Przeoczyłam nadejście jesieni. Zanim spostrzegłam liście winobluszczu zrobiły się bordowe, zaczerwienił się sumak, liście winorośli zwinęły się, uschły i spadły. Morcinki kwitną już na całego. Jeszcze tylko trzeba w tym roku sprzątnąć ziemię z donic, wnieść kwiatki do domu, zebrać orzechy, uprzątnąć psią  toaletę i skopać ogródek. Dobrze, ze Krzysiek ma urlop to szybko się to zrobi. Chcę też pójść choć raz do lasu i porobić zdjęć. Kocham drzewa w jesiennej szacie. Może przy okazji znajdę jakieś opieńki.


 Koty czują już chyba zimę, bo jedzą na potęgę i przestały gubić sierść. Cisną się też do pieca albo pod kołdrę. Okupują modem i dekoder oraz miejsce pod lampą, bo ciepło je wyjątkowo teraz nęci. Na parapecie już prawie nie siedzą.W piecu palę codziennie nie czekam na sezon grzewczy. Pikuś też wszystko zjada i przestał kłaść się na podłodze. Ptaki również zaczęły więcej jeść. Przylatują do pszenicy całymi stadami. Chcą się obtłuścić. Zima może nadejść wcześnie w tym roku. Trochę się jej boję. Sama nie wiem czemu. Do tej pory czekałam na nią ze spokojem w sercu, a nawet z radością wyczekiwałam pierwszego śniegu. W tym roku jest inaczej. Zastanawia mnie to. Czyżby następował  u mnie jakiś wyciek energii? Fakt, że po zabiegu bioterapii mam więcej siły i łatwiej mi przychodzi praca typu fizycznego. Chyba nie postarzałam się aż tak. Mam w końcu dopiero 51 lat, a faktycznie czasem czuje się jakbym miała z 70 albo i więcej. Nie można tego zrzucać na otyłość, bo moje grubsze koleżanki mają energii więcej i fizycznych zajęć nie unikają, a ja padam. Kiedyś szłam z koleżanką rówieśnicą z przystanku. Nie mogłam za nią nadążyć. Ona waży 10 kg więcej ode mnie, a jest sporo niższa. Jej kręgosłup nie boli i nadciśnienia nie ma... Nie ćwiczy, nie odżywia się zdrowo i do tego pali papierosy. Nic tylko to wina horoskopu. Ja jestem panną i nie mam w horoskopie wcale planet w żywiole ognia, a to on daje energię i animusz. Mam też tylko jedna planetę w żywiole powietrza, będącego pożywką dla ognia. Ona jest ognistym, pełnym temperamentu baranem. Prawdę mówiąc to mam mniej energii od mojej 74 letniej mamy, która dwa wiadra na raz węgla potrafi przenieść. Ja niosę ledwo jedno. Aż nie chcę myśleć co będzie dalej...



Nadal działam robótkowo. Jedna skrzynka już jest zrobiona, druga jest w trakcie. Następny będzie chlebak. Już kupiłam, bo mój stary się po prostu rozpadł. Ostatnio stwierdziłam, że moje mieszkanie jest przez te moje wytworki pstrokate.  Wszystko co zrobię staram się gdzieś umieścić bez zwracania uwagi na kolorystykę i styl. Ma być tylko przytulne. O elegancji nawet nie myślę.






A na koniec mandala. Nadal koloruję...

 

sobota, 10 października 2015

Opowiadania, awantura, głuchota i mandala...



Mam już ocenę moich opowiadań nie jest źle. Muszę tylko dodać trochę opisów i będzie ok. Teraz jest ich zbyt mało. Ludzie ponoć lubią czytać opisy jak wygląda główny bohater czy pomieszczenie. U mnie jest tego zbyt mało. Reszta jest raczej w porządku co mnie cieszy. Najbardziej obawiałam się, żeby dialogi nie były sztuczne, ale nie są na szczęście.
Krzysiek pojechał i wrócił. Nie bez kłopotu, bo Darek jego brat już będąc w Oszczywilku zmienił decyzję odnośnie powrotu. Mianowicie wymyślił sobie, że odwiedzi rodzinę w Warszawie i w Błoniu. Chciał wrócić kilka dni później, bez uzgodnienia z nami. Ja oczywiście się nie zgodziłam, bo dla mnie wcześniejsze ustalenia były wiążące. Nawrzeszczał na mnie w końcu i pokłóciliśmy się. Krzysiek miał wracać pociągiem. W końcu jednak Darek zmienił zamiar i Krzyśka przywiózł. Na mnie nawet nie patrzy tak się wściekł. Krzysiek przywiózł reklamówkę orzechów i drugą maślaków. Wczoraj było obieranie. Część maślaków już zjedliśmy, a część zamroziłam. Będą na zimę.
Wczoraj cały dzień przespałam, bo noc miałam z głowy. Bolały mnie wszystkie kości i brzuch. Nie mogłam spać, a jak już usnęłam to śniły mi się koszmary. To pewnie ta kłótnia z Darkiem tak na mnie wpłynęła. Do tego Krzysiek zmęczony po podróży okropnie chrapał. Dziś już na szczęście jest ok. Całą noc przespałam i jestem głodna. Wczoraj miałam mdłości i nawet kawy nie mogłam wypić. Dziś za to przygłuchłam po czyszczeniu uszu patyczkami. Problem z uszami mam już od dwóch lat - ciągle mi się przytykają. Chyba w końcu będę musiała iść do tego laryngologa na płukanie. To aż trzy wyjazdy i czekanie w kolejkach dlatego zwlekam. Głuchota ma jednak plusy, bo nie słyszę hałasu z ulicy i telewizji.
A na koniec mandala z książki, którą kupiłam. Mandal jest w książce 100. Są różne - bardziej skomplikowane i mniej. Mnie sprawia przyjemność kolorowanie i każdemu to polecam.


 

piątek, 14 listopada 2014

Diety, obraz i rozważania o niezależności...

Dieta mi idzie. Waga spada powoli, ale stale tak, że mam nadzieję te kilka kilogramów zrzucić. Dieta dukana mi bardzo odpowiada, bo waga spada cały czas i przestoje mi się nie zdarzają. Przestoi nie znoszę, bo mnie frustrują i zniechęcają. Przeważnie wtedy przerywam dietę i przystępuję do niej z powrotem, dopiero wtedy gdy metabolizm wraca do normy. Oprócz dukana lubię diety krótkie np. jajeczną. Kiedyś po ciąży schudłam na niej 20 kg i wagę w zasadzie utrzymałam 20 lat. Pewnie bym utrzymała do teraz gdyby nie rzucenie papierosów. Działała też na mnie dieta z książki Leki z bożej apteki. Polega ona na jedzeniu zupy warzywnej z dodatkiem otrąb i siemienia lnianego. Ta dieta pomagała mi zrzucić około 5 kg, które miałam zawsze do zrzucenia po zimie. Nigdy natomiast w czasie odchudzania nie ćwiczyłam. Ruchu nie znoszę także wtedy, gdy jem normalnie. Wiem, że to źle, ale nie trafiłam do tej pory na ruch, który by mi sprawiał choć trochę przyjemności, a zmuszać się nie będę. Nie cierpię ani spacerów, ani tańca ani jazdy na rowerze. Pewnie tak już pozostanie.

Dziś szykuje mi się spokojny dzień bez wrażeń i nadmiaru zadań do wykonania. Spędzę go przy piecu z książką. Pewnie też będę malować. Może nawet wezmę się za farby olejne, bo już do tego powoli dojrzewam. Może też narysuje węglem i sangwiną tulipany. Rysunek ten mam wykonać jako pracę domową na kursie. Wczoraj również trochę malowałam. Powstało kilka drzewek i obraz z jesienią w tle. Obraz jest jeszcze do dopracowania...



W następną niedzielę jest warsztat malowania mandali. Jeszcze nie zdecydowałam czy wezmę w nim udział. Krzysiek oczywiście nie chce mnie puścić i marudzi. Denerwuje go, gdy ma sam siedzieć w domu. Nawet złości się, gdy wychodzę do koleżanki czy do mamy. Teraz złości się tym bardziej, bo w przyszłym tygodniu już wraca do pracy i wolną niedzielę chciałby spędzić ze mną. Gdyby warsztaty były wtedy, gdy jest w pracy to mi oczywiście nie zabrania. Mama nazywa nas papuszki nierozłączki, ale faktycznie ma trochę racji, bo bardzo dużo czasu spędzamy razem. Mnie to nie przeszkadza w najmniejszym stopniu. Nie muszę być pod tym względem niezależna i lubię czas spędzać z Krzyśkiem. Szczególnie lubię spokojne popołudnia, albo wieczory gdy każde z nas zajmuje się swoją książką, albo wspólnie oglądamy film. Niezależna muszę być pod względem finansowym, ale to już inna para kaloszy...

sobota, 8 listopada 2014

To i owo czyli powieści, introwertyzm i wrogowie za bramą...

Zrobiło się chłodniej i od wczoraj pada deszcz. Pracy na dworze już nie mam to mi ochłodzenie nie przeszkadza. Ważne, że wiatry się skończyły i nie ma już ryzyka, że nie będzie światła. Dziś mam wrażenie, że jest niedziela - jakoś tak leniwie spędzam dzień. Wstałam późno i nic nie zrobiłam. Tylko obiad gotuję - fasolę po staropolsku. Po południu będę znowu czytać, bo od kilku dni czytam prawie całe dnie. Wczoraj przypadkowo znalazłam księgarnie w internecie w której wyodrębnione są powieści historyczne. Uwielbiam takie książki i namięnie je czytam. Odpoczywam przy nich od współczesnych czasów pełnych hałasu i ruchu. Odrywam się od szybkiego tempa życia, które mi nie służy, a szkodzi. Książki w księgarni przejrzałam i wybrałam sobie około 20. To dużo. Tym bardziej, że ja powieści raczej nie kupuję i z braku miejsca na nie i z braku funduszy. Kupuję za to sporo poradników z których korzystam nie tylko w momencie czytania, ale i później. Krzysiek kupuje książki historyczne z tym, że nie powieści. Musiałam się dużo do Krzyśka uśmiechać, żeby go przekonać do zakupu tych książek. Oczywiście stopniowo. A gdzie te książki zmieszczę? Pojęcia nie mam...Za to będe co miała robić zimą. 
Od jakiegoś czasu z domu prawie nie wychodzę i ludzi poza najbliższymi nie widuję. Introwertyzm się kłania. Dobrze mi z tym. Przestałam się też przejmować tym, że inni mają mnie za odludka i ekscentryka. Przecież nikogo tym nie krzywdzę, że na plotki nie chodzę, życiem innych się nie interesuję i gości nie przyjmuję. Nikt przez to nie cierpi i nikt nie powinien mi mieć tego za złe... Swoją drogą ciekawe czy się zmobilizuję i wystawię nos z domu, żeby pojechać na warsztaty malowania mandali. Warsztaty są w Katowicach, ale w centrum, gdzie stosunkowo łatwo moge dotrzeć nawet bez samochodu. Zobaczymy... Gorący, ale ciekawy czas mi się szykuje...
Wczoraj użyłam po raz pierwszy wahadełka z kryształu górskiego do czyszczenia czakr. Oczyściłam sobie aurę i lepiej się poczułam. Tak, że sprawdziło się doskonale. Wygląda na to, że zanieczyszczenia typu podpięć wrogiej energii były, bo dziś w nocy śniły mi się czarne psy za bramą. Śnił mi się też rozwścieczony tygrys. Nie lubię tych snów, bo oznaczają wrogów. Czasem śnią mi się, że mnie atakują, a wtedy czekają mnie problemy ze strony innych ludzi. Tym razem były za bramą to dobrze... Dziś może oczyszczę w ten sposób mieszkanie...

niedziela, 31 sierpnia 2014

Urodziny, plany i mandala...

Niedziela, dzień odpoczynku i moje urodziny. Czas podsumowań i rozważań - co było w poprzednim roku dobre, a co się nie udało. Czas planów na rok następny. Ogólnie jestem z siebie zadowolona, choć nie wszystko udało mi się zrealizować. Brakło czasu i pieniędzy, ale jest dobrze. Przyszły rok mam nadzieję, że będzie jeszcze lepszy. Przede wszyskim mam zamiar skończyć kilka kursów. Część zawodowych, a część z gatunku hobby. Prawdopodobnie to będą kursy dziennikarski i pisarski oraz może kurs rysunku i malarstwa. Myślę też o kursie mandali. Na więcej kursów braknie mi czasu, a kuszą mnie też zajęcia w ośrodku kultury - garncarstwo, decoupage i malarstwa sztalugowego. Nie wszystko na raz. Czasem żałuję, że nie mam 4 rąk...Warto by też wydać książkę z haiku.

Ostatnio ciągnie mnie do malowania. Powstała mandala, a w planach są następne. Mandala malowana była w intencji miłości. Miała mi pomóc w sprawch uczuciowych. Chcę się stać bardziej łagodna,  może kobieca. Chcę być bardziej czuła dla Krzyśka, bo ostanio tylko na niego warczę. Biedny Krzysiek... Mandala jest prościutka, ale taka była intencja. Jest w kolorze różowym, srebrnym, pomarańczowym, czerwonym, zielonym i niebieskim. Wyszła nieźle, czego zdjęcie nie oddaje...Kolejne mandale będą malowane w intencji pieniędzy, zdrowia i kariery. Po kolei z tym, że muszę najpierw zamówić podobrazia...



Wczoraj malowałam irysy. Dziś może przygotuję szkice...

czwartek, 28 sierpnia 2014

Masa pracy, marzenie o urlopie i mandale...


Ostatnio czas mnie goni, bo mam masę pracy koło domu i w kuchni. Jestem zmęczona i nie bardzo mam ochotę na pisanie tekstów. Tak jeszcze jakiś czas będzie, bo trochę pilnych prac do wykonania mi zostało. Pieniędzy mi tym samym nie przybywa, za to wydatków i owszem. Pisanie tekstów jednak nie ucieknie, tak że mogę w tej chwili realizować tylko zlecenia z gatunku pilnych. A pieniądze? No cóż zacznę w końcu zarabiać to ich przybędzie. Mam nawet kilka fajnych pomysłów do zrealizowania. Swoją drogą marzy mi się urlop i prawdziwy odpoczynek. Chętnie bym gdzieś wyjechała, choćby tylko na kilka dni. Marzę o Bieszczadach, Podlasiu lub Beskidach. No ewentualnie mogłabym odwiedzić Oszczywilk. Byle tylko las był blisko i to taki, w którym są grzyby...Na razie Krzyśka urlop postaramy się dobrze wykorzystac i pracy podgonić...Może też znajdziemy choć trochę grzybów w naszym lesie?
Wrzesień za pasem i ogórki już nie zdążą dojść, bo liście zaczęły schnąć. Dziś zebrałam chyba ostatnią partię i zrobiłam potrawkę. Lubię tą potrawę i czasem robię.

Potrawka z ogórków

5 ogórków
mała cebula
sól
pieprz
olej
mąka
śmietana

Ogórki pokroić na plasterki, obsypać mąką i dusić z przyprawami i pokrojoną cebulą. Gdy miękkie zaprawić śmietaną.



Ostatnio, gdy szukałam kursów na jesień i zimę natknęłam się na kurs malowania mandali. Kurs jest w Katowicach w samiutkim centrum i tak sobie myślę, że mogłabym ewentualnie dojechać, bo warto by było mandalę lepiej poznać. Wprawdzie mam książkę na ten temat i od dawna mandale maluję, a właściwie rysuję, bo używam kredek, ale co kurs to kurs. Kiedyś chciałam malować mandale na szkle, ale jest to dla mnie zbyt trudne, bo kto by mi szkło przyciął. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Na szkle się nie da, to zaczęłam malować na podobraziu płóciennym. Używam oczywiście akryli. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Może dziś skończę...


czwartek, 22 listopada 2012

Mandale...tarta i decoupage

                        Miałam raczej kiepski ranek bo moja kuchenka elektryczna, która mi służyła od ponad 10 lat odmówiła dziś całkiem posłuszeństwa. Pojechałam po nową i kupiłam ale się nacięłam i chyba kupię następną. Nie przewidziałam, że termostat sprawi kłopoty i strasznie wydłuży czas gotowania.  Teraz na dużej płytce woda na herbatę stoi 25 minut zanim się zagotuje a placki ziemniaczane strasznie długo się pieką nim się przyrumienią. A ja jestem niecierpliwa. Wolę żeby się wszystko robiło na już nawet jeśli za prąd zapłacę więcej. Zresztą jaka to oszczędność z tym termostatem skoro wszystko robi się znacznie dłużej. Teraz mam wybór albo nauczę się cierpliwości albo kupię kuchenkę starego typu bez termostatu. Chyba wybiorę to drugie rozwiązanie.
                        Na obiad miałam dziś tartę wegetariańską. Jakoś warzywa podpiekłam choć okropnie długo to trwało.Tartę dla mięsożerców można zrobić z dodatkiem boczku lub kiełbasy.Będzie smaczna i pożywna.

na ciasto
1/2 kostki margaryny
jajko
woda
2 szklanki mąki
bułka tarta do formy


farsz
duża cebula
1/2 puszki groszku
1/2 selera
1/2 pietruszki
duża marchew
ząbek czosnku
sól
pieprz
tymianek

2 łyżki tartego sera
3 jajka
1/2 szklanki śmietany


z podanych składników zagnieść kruche ciasto , włożyć  do lodówki na godzinę a następnie rozwałkować i wylepić wysmarowaną i obsypaną tartą bułką  tortownicę




warzywa zetrzeć na tarce o dużych otworach, dodać pokrojoną cebulę oraz czosnek i przyprawy , udusić do miękkości, dodać groszek, wymieszać i wyłożyć na ciasto, zalać śmietaną wymieszaną z jajkami, posypać serem, piec 40 minut




                                 Po południu zabrałam się za decoupage i skończyłam deseczkę do ozdoby kuchni. Wyszła całkiem fajnie. Już prawie bez skaz . Nabieram wprawy. Z czasem powinno być perfekcyjnie bo uczę się na błędach. Zrobiłam też zakładkę do książki. Przyda się bo do tej pory, wstyd się przyznać, używałam papierków albo co gorsze zaginałam rogi.






                            Gdy deseczka i zakładka schły zrobiłam mandalę już czwartą na przestrzeni kilku dni.Coś ostatnio potrzebowałam wyciszenia, koncentracji i medytacji. Mandale są doskonałe do pracy nad sobą, do dotarcia do podświadomości.Wspaniale też relaksują.