Codzienność

Codzienność
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby kotów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby kotów. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 maja 2019

sobota

Rozi przezyła wczorajszy dzień i teraz będzie juz tylko lepej, ale czy napewno? Podczas sterylizacji została znaleziona zmiana na jajniku. Oby to nie był następny problem. Martwię się. Cierpi teraz malutka, bo rana jest duża. Na razie jest spokojna, ale charakterna jak zawsze, bo juz wczoraj Mruczka potraktowała pazurami. Na razie je, chodzi i podkłada główkę do głaskania. Od wczoraj siedzi cały czas koło mnie albo na kolanach. Nie ma ataków złości i ładnie połknęła tabletki.

Wiosna w pełni  to widać. Cieszy mnie zieleń i rośliny. Cieszą mnie ptaki i ich jasne głosy. U mnie jest sporo gniazd i trochę ptaków sie uwija po podwórku. Trochę kwiatów u mnie kwitnie. Czekam na rózanecznik. Ma zakwitnąć po raz pierwszy. Niestety robota przy wodociągu nie przysłuzyła się roślinom. Część zostala zasypana i mimo, że później S wygrabił piasek, liście nie przetrwały. Odbiją chyba w przyszłym roku. Cieszą mnie tez rośliny w domu... Niby kocham jesień i lubię zimę, ale bogactwo życia wiosna mnie zachwyca. Wiosna jest piękna i tylko to mi spędza sen z powiek, że niedługo lato. Lata nie lubię, bo upały dają mi w kość.











Dieta trwa. Sporo jej zawdzięczam. Nauczyłam się przygotowywać nowe potrawy. Poznałam nowe sposoby w tym podpiekanie cebuli na suchej patelni i duszenie warzyw na wodzie. Na raze schudłam prawie 4 kg. Liczę jeszcze na 4-5 kg, bo teraz juz waga moze spadać wolniej. Im dłużej jestem na diecie WO tym mi się wydaje łatwiejsza. Niepotrzebne tyle z nią zwlekałam i tak się jej bałam. Fajne jest to, że nie czuję głodu, a gdy mam chęć na podjadanie wiem, że nie przytyję. Jem bardzo mało kalorii, bo około 300. Ciężkie będzie wychodzenie z diety. Będę musiała bardzo uważać, żeby z powrotem nie przytyć. Myślę by od razu dodać 200 kalorii, a po tygodniu jeszcze 100. Później chcę dodawać po 100 kalorii co dwa tygodnie. Na pierwszy ogień pójdą jajka, ryby i białko roślinne ze strączków. Później tłuszcz. Do mięsa wrócę chyba dopiero w sierpniu. We wrześniu może kolejny krótki post. Taki z dwa tygodnie. Jeśli wszystko wyjdzie jak myślę, to do granicy nadwagi zejdę już w tym roku.

piątek, 19 kwietnia 2019

piątek

No i znowu problem. Zauważyłamu mojej koteczki zgrubienie koło sutka. To chyba guz listwy mlecznej. To już trzeci guz u kotki w tym roku. Wydaje się, że tak niedawno pozegnaliśmy Lwiczkę. W grudniu Megusa miała operację, a teraz Rozi. Guz jest bardzo mały, ale jest. Podejrzewam, że operacja będzie konieczna. Jadę z nią zaraz po świetach. Okropnie sie martwię. Chodzi mi o każdego kota, ale Rozunia to pupilka. Chodzi za mna wszędzie i cały czas stara sie lezeć na kolanach albo obok mnie. Jestem do niej bardzo przywązana, a ona do mnie. Tym samym moje plany wzięły w łeb. Miałam kupić moskitiery do okien, kwiatki, książki, surowce do wyrobu perfum. Myślałam o hipnozie i wypalaniu węzłów karmicznych. Moze o kursie, a tu operacja.




Dziś wędzenie. Tym razem to schab. To u mnie tradycja. Wędzonki powstaja u mnie od pokoleń. Zawsze w okresie Bożego narodzena i na Wielkanoc. Kiedyś wędził dziadek, później tata. Teraz kolej na mnie. Chciałam by wędził Krzysiek, ale on ostatnio za dużo drewna podkładał i schab upiekł zamiast uwędzić. Tym razem będę wędzić ja. Moi przodkowie wędzili noczki, schaby, szynki i kiełbasę. Ja do tej pory wędziłam tylko schab i boczek. Myślę o szynce, ale wiązać nie potrafię i trzeba będzie kupić siatkę. Kiełbasy raczej nie będę robić, bo nie potrafię i mało wędlin jem. To dość trudne z tego co poczytałam na ten temat i nie za bardzo chcę się za to brać.

sobota, 23 marca 2019

sobota

Od kilku dni znowu piszę wiersze, bo mam przesłać kilka na konkurs w fundacji Anny Dymnej. Dostalam zaproszenie. Miejsca dobrego nie zajmę, bo wierszy wpłynie masa. Nagrody sa wysokie, co pewnie kusi i jest tez bardzo wygodna forma wysyłki, bo mozna przez internet. Zwykle trzeba drukować po kilka egzemplarzy i wysyłać pocztą. To kłopot.

Niestety Punia ma po zabiegu komplikacje. Niby wszystko sie goi, je, mruczy itd, ale zrobiła sie strasznie agresywna jeśli chodzi o koty i Pikusia. Atakuje je i goni. To wyglada groźnie. Koty sie strasznie boją i chowaja sie po kątach. Muszę ja izolować. Gnębi zwłasza koty słabsze, lękliwe albo starsze. Megusia nawet pojeść nie moze w spokoju. Dzwoniłam do weterynarza i kazali mi ja gdzies przetrzymać do czasu zagojenia ran. Twierdza, ze to moze byc spowodowane bólem, ale generalnie byli zdziwieni. Teraz siedzi w ganku i miauczy...:( Później gdyby nie przeszło będzie musiała brac leki, które tanie nie są. To chyba ostatnia sterylizacja kotki. Nie będę innych narazać. Mam wrażenie, ze zrobiłam jej krzywdę. Zawsze była wrazliwa, ale nigdy nie atakowała. Nas nie atakuje, ale czy nie zacznie...? Tak mi jej żal. To była spokojna, proludzka koteczka, a teraz szatan w stresie - warczaca, drżąca, sztywna.

Marzę o urlopie, ale nie w domu. Chciałabym wyjechaći oderwać sie od wszystkiego. Rozważałam pobyt w ośrodku Hildegardy z Bingen, w klasztorze w Kielcach lub w osrodku medytacyjnym. W ośrodku Hildegardy z Bingen sa organizowane rekolekcje z postem. Pobyt trwa 8 dni. Koszt jest spory. Klasztor by wyszedł taniej i to prawie o połowę. O cenach w ośrodkach medytacyjnych nic nie wiem, ale to tez by było ciekawe. Z wyjazdem jednak mam problem, bo Krzysiek raczej sam ze stadem zostać nie moze. Nie poradzi sobie i zagłodzi mi zwierzęta. Boję się też, że połowę kotów by wypuścił. Nie mogę wysłać go na wczasy i poprosić o opieke mamę, bo ona moich kotów nie zna, a część to koty na specjalnej diecie. Muszę jeść osobno. Trzy koteczki maja skłonność do agrsji. Jedna siedzi osobno, a dwie denerwuja sie tylko okresowo i trzeba wtedy interweniować. Ona musi być pogoniona i wtedy sie uspokaja, a Rozi musi polezeć jeden dzień pod kołdrą.

wtorek, 11 grudnia 2018

Wtorek

Znowu kusi mnie tablet graficzny z wyświetlaczem. Spotkałam w internecie w rozsądnej cenie i chyba w przyszłym roku kupię. Mogłabym łatwiej rysować. Kuszą mnie ilustracje ale zawodowo sie tym zająć nie zamierzam, bo to strasznie fajne ale żmudne zajęcie. Ilustracja powstaje dość długo, a ceny za nie na Oferii nie sa zawrotne i konkurencja olbrzymia. Zastanawiam sie czy ktoś jeszcze robi ilustracje metoda tradycyjną. To chyba metoda szybsza.
Na razie bawię sie Corelem i produkuję takie maleństwa...






Od kilku dni szukam w internecie kursu dziennikarstwa internetowego. No i nie znalazłam. Znalazłam kurs redagowanie tekstów internetowych oraz prasowych. Moze byc interesujący ale jest podejrzanie tani. Niby piszę od lat ale wiedzy nigdy dość. Są jeszcze kursy webwritingu i dla copywriterow, ale obawiam się, że ucza pisania precli, ogłoszeń do katalogów i tekstów do sklepów internetowych. Mnie teksty tego typu nie bardzo interesują. Dość nudne raczej dla mnie i słabo płatne te precle. Jeśli chodzi o dodawanie produktów to sie za to nie biorę, bo strasznie duzo pracy z tym jest. Trzeba pisać szybko i po całych dniach tak by te np. 1000 tekstów przerobić. To nie dla mnie. Wolę teksty blogowe, na strony, newsy, felietony i to chętnie piszę. Piszę nie dłużej  niż 2-3 godziny dziennie, a troche zobowiązań juz mam. 

Dziś popołudniu będę może kończyć obraz. To pejzaż- akryle. To będzie drugie podejście i obraz wyglada nieźle. Moze też będzie grafika albo kartki. Zobaczymy jak się wyrobię.

Jutro jedziemy do weterynarza z Megusią i Pikusiem. Pikuś będzie szczepiony i będą obcinane pazury. Megusia ma chyba raka sutka. Mamy ja przygotować do operacji. Strasznie sie martwięi nie chcę nawet o tym myślęć. Megusia ma 12 lat i oby przezyła. To cudowna, spokojna i delikatna koteczka. Ktoś ją wyrzuciłpod naszym domem gdy była maleńka.

niedziela, 29 kwietnia 2018

niedziela

Działam w ogrodzie od dwóch tygodni i ruchu mam więcej. Z początku sił mi brakowało i źle to znosiłam. Teraz zauważyłam, że jestem bardziej sprawna. Mam więcej energii i łatwiej mi przychodzi wykonywać fizyczną pracę, że o chodzeniu nie wspomnę. O wiele też lepiej śpię w nocy. Tego typu ruch jestem w stanie znieść, bo jest celowy i czemuś służy. Spacerów, jazdy na rowerze czy ćwiczeń nadal nie toleruję poza jogą, na którą mi nie pozwalają chore stawy.

Problem mam z orzechem. Drzewo ma około 50 lat. Jest spore, ale niestety bardzo pochylone. Pochyla się z roku na rok coraz bardziej i jest ryzyko, że kiedyś runie. Położyło się na siatce i słupek się wygiął. Moja mama jest za tym by je wyciąć. Mnie szkoda, bo rodzi sporo orzechów. Co rok prawie zbieram duży koszyk. Brak by mi tego było. Na razie została usunięta jedna gałąź. Drugi orzech nie rodzi wcale. Rośnie, bo rośnie.
Po mojemu jest za to do wycięcia stara papierówka. To ukochane drzewo mojej babci. Nie rodzi już. Drzewo jest okazałe ale prawie suche. Trochę drewna by z niego było. Mama jednak nie pozwoli go usunąć. Nie potrafi podać rozsądnego powodu i chyba chodzi o sentyment i przyzwyczajenie. 
W zeszłym roku podczas wichury życie straciła stara grusza. Została pocięta i teraz na podwórku leżą drobne gałązki, które mama używa na rozpałkę. Szkoda mi drzewa, bo wyglądało jeszcze bardzo ładnie. Teraz podwórko jakieś takie łyse jest, obce. Minie sporo czasu zanim się przyzwyczaję...

W tym roku do usunięcia są stare maliny. Jest z tym problem, bo mama twierdzi, że to stara odmiana po prababci i usunąć nie daje. Ja widzę chaszcze i zdziczałe pędy, które rodzą 1/2 szklanki owoców. Chciałabym miejsce odzyskać i coś tam posadzić. Miejsca jest sporo. Jest zasilone, bo w tym miejscu kiedyś były kury.

Ostatnio znowu o kurach myślę. Mogłabym ostatecznie kurnik kupić i zagrodzić trochę ogródka, żeby kury były dalej od domu nowych ,,miejskich" sąsiadów, którym kompost cuchnie. Interesuje mnie małe stadko. Może 5 kurek plus kogut. Krzysiek ani o tym słuchać nie chce. Może kiedyś...

Moja 10 letnia koteczka Lwica ma guza. Jest bardzo duży i prawdopodobnie złośliwy. Weterynarza zaleca operację ale od razu mi powiedział, że operacja pomoże o ile guz zostanie usunięty z dużym marginesem. Niestety w tym przypadku zabieg z marginesem ze względu na umiejscowienie jest niemożliwy. Jeśli nie będzie marginesu to guz bardzo szybko odrasta. Lwiczka nie cierpi fizycznie i trochę się wstrzymam. Nie chcę jej męczyć i narażać już w tym momencie. Będę obserwować. Strasznie mi jej żal. To kochana, spokojna koteczka. Ona chyba coś czuje i boi się. Nie wiem jak jej ulżyć...Zrobiłam tylko Reiki na moment śmierci. Płakać mi się chce, ale płacz nic nie pomoże...





niedziela, 4 marca 2018

Koniec mrozów i trochę filozofowania

Koniec tygodnia i ponoć koniec mrozów.🙂 Bardzo mnie to cieszy, bo ostatnio miałam 3 stopnie ciepła w kuchni, a pieckuchnia przestała działać. Czekam na wiosnę choć w tym roku prac w ogrodzie nie będzie. Będę pewnie w lecie żałować, gdy zobaczę ogrody innych i zbiory ale nie mam czasu na warzywnik. Praca i przyjemne zajęcia mnie pochłaniają. Poza tym zdrowie mi nie bardzo pozwala na wszelkie przysiady i skręty, bo kości i stawy mnie bolą, a leków brać nie chcę.😞W tym roku na dworze jedynie dwa dachy chcę pokryć, a trawa niech rośnie choćby po pas. Skosi się tylko tam gdzie się siedzi. 
Jak na razie to ja nie przewiduję wiele wyjść na dwór. Utknęłam w czterech ścianach i nawet mi z tym dobrze. Ptaki śpiewające słyszę przez otwarte okna, a podwórko odkąd starą gruszę zniszczył wiatr i została wycięta już nie zachęca do wyjścia. Stało się obce. Z drzew po moim dziadku zostały jeszcze tylko cztery. Zanim ja odejdę pewnie i one znikną. Smutne to, bo to była ciężka praca mojego dziadka. Sadził je i bardzo o nie dbał. Ziemia u nas kiepska więc przed posadzeniem każdego kopał olbrzymie doły i wypełniał je dobrą ziemią by drzewa rodziły. Tak było. Gdy byłam młoda owoców nie brakowało. Później dziadek się postarzał i o drzewa nie miał kto dbać, a gdy dziadek odszedł i one stopniowo umierały jedno po drugim. Te cztery tez są w kiepskim stanie. Jeden orzech nie rodzi, drugi rodzi ale przechylił się i lada wiatr może go obalić. Papierówka- ukochane drzewo mojej babci prawie uschła i nie owocuje, a druga jabłonka owocuje, ale bardzo kiepsko mimo zasilania. Drzewka, które ja posadziłam coś kiepsko rosną. Dom umiera to i drzewa do życia się nie rwą. Mój świat przemija i nie da się tego procesu zatrzymać...😥Z mojego dawnego świata została mi tylko mama i ona jest tą cieniutką nitką, która łączy moje dawne szczęśliwe życie z teraźniejszością. Przyszłości się raczej obawiam, bo co może być dobrego w starości, w niesprawności i może samotności?...

A na koniec wiersz, który zajął II miejsce na warsztatach. Bardzo się cieszę. Tak mi ostatnio idzie dobrze w konkursach, że chyba w tym roku wezmę udział w konkursie poezji organizowanym przez fundacje Anny Dymnej. Jestem niepełnosprawna to wiersze mogę przesłać.

Ja

nie lubię tłumu
jest jak monolit
oskarża gani ocenia
boję się
szyderstw uśmieszków
arogancji
czasem szybko rzucone słowa
nie lecą na wiatr
a ranią jak miecze
spojrzenia palą i kąsają
zamykam się w samotni
żyje ciszą bez zbędnych słów
myśli przekuwam w wiersze
i tylko czasem brak mi ciepła
i ramion które tulą


Wczoraj musiałam jechać z Mruczkiem na ostry dyżur, bo wyglądało jakby się nie mógł wysiać. Miał zrobione USG i pęcherz był mały. Dostał zastrzyki i leki do domu. Ma jeść karmę urinary i oby to był koniec problemu.

środa, 10 stycznia 2018

Robaki, kocie sprawy i praca Krzyśka...

Mam problem z kotami. Po pierwsze robaki. Koty były odrobaczane jesienią. Koty na dwór nie wychodzą i są dorosłe więc miałam zamiar odrobaczać dopiero wiosną. Niestety zauważyłam, że Morus jest jednak zarobaczony. Kupiłam więc pyrantelum ilość na dwie dawki. Wybrałam ten lek, bo jest bezpieczny i skuteczny. No i jest w zawiesinie. To ma znaczenie, ponieważ nie tak łatwo leki w tabletkach kotom podać. Podałam jedną dawkę. Udało się choć trochę krwi się polało. Problem był z Onką ale zjadła z mięsem. Problem był z Suzi i niestety nie zjadła tyle co trzeba. Może nadal robaki mieć. Pikuś też zjadł swoją dawkę z mięsem. Jutro podam drugą dawkę leku. Martwię się o Suzi, bo nie ma jej jak leku podać. Jest dzika i dziczeje coraz bardziej :( Do weterynarza nie ma jej jak zawieźć, bo do transportera wejść nie chce. Pozostaje tylko kupić lek na kark ale czy będzie skuteczny?

Mam też trochę problemu z Majeczką, moją najmłodszą koteczką. Kicia mianowicie odsunęła się od nas odkąd dorosła i nie lubi być brana na ręce. Wzięta na ręce miauczy. To nie jest tak, że jest dzika. Nie jest. Po prostu nie przepada za kontaktem z ludźmi. Kotów też nie lubi. Ot taka indywidualistka z niej. Czasem przychodzi rano i włazi pod kołdrę albo układa się na mnie gdy śpię i tyle kontaktów jej wystarcza. Mnie trochę brakuje kontaktu. Chciałabym, żeby pchała się na kolana jak inne koty, żeby strzelała baranki i całowała ale nic z tego...:)

Kupiłam nowy transporter dla kotów. Tym razem jest solidniejszy. W tym starym mogę przewozić tylko Józka, bo jest spokojny i nie rzuca się. Stary to zasuwana torba i nerwowe koty  zamki rozsuwały. Nowy jest z wikliny. Powinnam dwie koteczki do weterynarza zabrać na przejrzenie ząbków. Obie są nerwowe...

No i na koniec praca Krzyśka. Wczoraj był po raz pierwszy i nie jest to to o czym myślał. Chciał być portierem, a jest ochroniarzem, który musi sporo chodzić z krótkofalówką. Chodzi około 8 godzin dziennie. To dużo. Bolą go nogi. Ma pracować tylko na noc. To by było dobre, bo by chyba pracował tylko 14 dni w miesiącu. Reszta by była wolna. Wczoraj gdy on był w pracy nie spałam całą noc. Położyłam się późno w pokoju dziennym, żeby nie przespać kuriera. Koty niestety były nieznośne. Majka wyciągała węgiel z wiadra i bawiła się nim, a Rozi wywaliła z bieliźniarki całą półkę pościeli. Wstałam i obie zamknęłam w przedpokoju. Niestety już nie usnęłam. Teraz czekam na Krzyśka. Spać pójdę gdy wróci...

niedziela, 30 lipca 2017

Niedziela

Wstałam dzisiaj wcześnie, bo nie mogłam spać z gorąca. Co będzie w przyszłym tygodniu nie wiem. Prognoza i ponad trzydziestostopniowe upały mnie przerażają. Czekam na jesień. Na Podlasiu już ponoć ją widać- chłodne poranki, pajęczyny, brzozy liście gubią. U mnie jeszcze lato w pełni. Jednak i ja zaczynam się przygotowywać do jesieni i zimy. W przyszłym tygodniu zamówię węgiel. Później przyjdzie czas na zrywanie ziela, pranie, czyszczenie kominów, pieca. Jak co roku... Jesieni zacznę powoli wyglądać po 15 sierpnia... Wtedy bociany już będą zbierały się na polach i nawłocie rozkwitną, a sumak zacznie się czerwienić.

Jak koty zaczęły chorować to hurtem. Wczoraj Krzysiek musiał kupić lek na dziąsła dla Megusi. Stan zapalny jej wrócił i znowu dziąsełka ma czerwone. Lek trzeba podawać przez dziesięć dni i powinno jej przejść. Tym samym wszystkie koty będą zdrowe poza Czarnusią. Ona też ma problem z dziąsłami ale do weterynarza jej się zabrać nie da, bo nie pozwala się włożyć ani do torby ani do transportera. Wpada w panikę - gryzie i drapie. Ona jest prawie dzika. Nawet rękawice i preparat na uspokojenie nie pomagają. Na razie stan zapalny jest mały. Jeśli się pogorszy będzie chyba musiał weterynarz do domu przyjechać. Tu ją uśpi i zabierze na zabieg. O ile pozwoli sobie dać zastrzyk. Wcześniej trzeba będzie ją zważyć ale jak?



Zerwałam bób. Urosło 20 strąków na 10m2. Urodzaj jak się patrzy. Cebula się położyła, a fasola szparagowa nadal nie kwitnie. Fasola tyczkowa nie wzeszła. Buraki, rzodkiewka też nie. Podobnie sałata na rozsadniku. Nie wiem czy w przyszłym roku coś będę sadzić. Po co? Nie mam ręki do ogrodu ani serca. Czas chyba się poddać i o ogrodzie przestać marzyć...

A na koniec kartki i znikam... Mam ozdobić dla mamy bransoletkę na imieniny. Ma być w maki. Może też poduszkę kolejną uszyję.




piątek, 28 lipca 2017

Piątek

Wczoraj z Rozunią byłam u weterynarza. Była masa stresu i krzyku ale wszystko dziś jest w porządku. Usypiana nie była, bo kamienia było mało i weterynarz ściągnął na poczekaniu. Dostała też dwa zastrzyki. Koteczka już je i dobrze, bo jest strasznie chuda. Co prawda takiej jest postury, bo ma długie łapki i jest smukła i wydłużona ale mogłaby trochę ciałka na siebie nabrać. Nic z tego jednak. Nie przepada za jedzeniem i nigdy nie przepadała. Powietrzem żyje. Z kotami jeść nie chce i nie je. Trzeba ją karmić w osobnym pomieszczeniu i zjada tylko suchy pokarm albo psią kiełbasę. Mięsa z puszek nawet nie tknie. Weterynarz mi powiedział, że jest drobnej budowy i nie przytyje.


Dzisiejszy dzień zaczęłam wcześnie z powodu kuriera. Kupiłam sobie wisiorek z kwarcem różowym. Bardzo ten kamień lubię. Rozwija on czakrę serca i otwiera na miłość. Miłość też przywołuje i pozwala pokochać siebie. Chcę go na piersiach nosić. Miałam już trzy wisiorki z kwarcem różowym i wszystkie mi się zniszczyły, a kamienie poginęły. To jakieś fatum chyba... Może ten dłużej przetrwa. Tak w ogóle to ja kamienie wręcz uwielbiam. Czuję ich wibrację gdy z nimi medytuję. Gdybym miała nadmiar pieniędzy to bym kupowała do ozdoby domu właśnie kamienie. Koty by im krzywdy nie zrobiły, a one by były dla mnie wsparciem i zdobiłyby wnętrza. Trochę kamieni mam. Niedawno kupiłam szczotkę ametystu i cytrynu. Ametyst między innymi wspiera rozwój duchowy, a cytryn przynosi pieniądze. Jeśli chodzi o kamienie to lubię nawet zwykłe otoczaki. Mam ich trochę w domu. Mam też sporo kamieni ozdobionych techniką decoupage i z inskrypcjami runicznymi. 



środa, 26 lipca 2017

środa

Miałam dziś jechać do weterynarza z Rozunią ale nic z tego, bo się wcześniej nie umówiłam i lekarze będą zajęci. Pojadę w czwartek. Już się zapisałam. Ostatnio nawet je i to sporo z tym, że tylko suchy pokarm weterynaryjny. Zabieg będzie raczej na pewno. Obejrzałam jej dziś ząbki i przy jednym ma czerwone dziąsło. Musi ją bardzo boleć biedulę. Nie mogę znieść cierpienia zwierząt. Płakać mi się chce.
Poza tym pracuję dziś więcej z kartami Kippera. Karty mam już jakiś czas, poznałam je i trochę z nimi działałam. Szczerze mówiąc nie przemawiają do mnie precyzyjnie tak jak tarot czy Lenormand. Są świetne jeśli się pyta o sprawy ogólne typu jaki będzie jutrzejszy dzień lub co mnie w najbliższym czasie spotka. Jeśli chodzi o pytania konkretne typu czy pan K mnie kocha lubią płatać figle, bo wskazują np. podróż albo sąd. Nie bardzo potrafię to na razie powiązać. No cóż wszystko przede mną jak sądzę...:)

W przyszłym tygodniu jak dobrze pójdzie przyjeżdża do mnie gość. Zostanie kilkanaście dni. Strasznie się cieszę. Krzysiek też już nic nie mówi, bo gość pomaga nam w pracy, a głównie wyręcza Krzyśka. On może nic nie robić po przyjściu z pracy. Może spać, czytać i rozwiązywać krzyżówki. Pasuje mu to. Tym razem gość obiecał skosić, pomalować siatkę od strony ulicy, wrzucić węgiel, pomóc sprzątać w sieni. Myślałam też o czyszczeniu kominów ale to może zrobi gdy przyjedzie pod koniec września. Wtedy też ma wyciąć drzewa i chaszcze piłą spalinową. Może też potnie trochę drzewa i pomaluje krzesła z kuchni. Krzesła są w kolorze sosny ale już nieco podrapane. Trzeba je więc odnowić. Chcę by były białe. Jak to dobrze faceta w domu mieć:)


sobota, 15 października 2016

To i owo wszystkiego po trochu...

Wczoraj skorzystałam z ładnej pogody i zerwałam resztę ziół do suszenia głównie rozmaryn. Wywiesiłam też na dwór do wietrzenia kołdry, poduszki i pierzyny. Zrobiłam pranie kociej pościeli. Miałam też trochę pracy głównie wróżenia. W domu nic nie posprzątałam. Nie chciało mi się. Zleceń pilnych na pisanie też nie miałam. Posiedziałam za to w pracowni. Powstały nowe wytworki i kilka haiku.

deszcz od wieczora
w kałuży pod brzozą
żółto od liści

Brzoza w deszczu
żółte liście spadają
jeden za drugim

brzoza przy brzozie
ścieżka przez zagajnik
złota od liści



Dziś może coś w domu już zrobię. Kusi mnie wreszcie posprzątać w toaletce, bo wciąż to odkładam. Muszę też trochę popracować na portalu z pożyczkami.
Później będę działać w pracowni i może napisze jakieś jesienne haiku albo wiersz. Mam ochotę wyjść na spacer i zrobić trochę zdjęć jesieni, ale to raczej nie dziś, bo Krzysiek idzie po południu do pracy. Może jutro wyjdziemy jak pogoda będzie ładna. 

Majeczka zadomowiła się już całkiem. Ostatnio nawet wspinała się po firankach. Mam trochę problemu z jej uszkami. Świerzbowiec jest bardzo zaawansowany i popuścić nie chce. Czyszczę jej uszy i smaruję maścią, ona strasznie płacze, a to draństwo nadal jest. Nie wiem już co robić. Można by podać Adwokate na kark, ale się boję, bo jest maleńka, a to mocny środek i specjalnych dawek takich małych dla kociąt nie ma. Trzeba by podać dawkę dla małych kotów. Tak mi powiedział weterynarz. Teoretycznie nie powinno jej to zaszkodzić, ale np. Filuś ma po tym środku biegunkę i to silną. Nie wiem jak ona zareaguję i wolałabym z tym poczekać aż będzie ważyć z 1,5 kg chociaż. Je ładnie, ale już nie tak łapczywie. Chyba już zrozumiała, że jedzenie jest i nie trzeba najadać się na zapas.

środa, 3 lutego 2016

To i owo i świerzbowiec

Dziś byłam z Filusiem u weterynarza na zdjęcie szwów. Myślałam, że będzie jeszcze jeden zabieg, bo uszko jest trochę zgrubiałe, ale okazało się, że wszystko w porządku. Zabieg nie jest konieczny. Teraz jest kłapouszkiem. Uszko jest zniekształcone, ale jemu to nie przeszkadza. To mnie tym bardziej. Problem jest tylko ze świerzbowcem. Dwa zastrzyki za nim i nadal to draństwo jest. Dziś dostał trzeci zastrzyk. Jeśli to nie pomoże to za 10 dni mam jechać do przychodni po taki preparat w zawiesinie. Oprócz niego świerzbowiec wrócił 7 kotom. Mają wprawdzie troszeczkę, ale jednak. Już kupiłam Advocate. Kupiłam też dla Józka saszetki urinary. Myślałam, że nie zje, ale zjadł. Chyba będę mu kupować od czasu do czasu skoro lubi.
Dzisiejszy wieczór będzie spokojny. Odreaguję wyjazd. Może trochę poczytam. Może zrobię ze dwie kartki. Brakuje mi ostatnio malowania, ale w pracowni za zimno, a do pokoju dziennego całego kramu nie chcę przenosić. Poczekam więc choć zdaję sobie sprawę, że zbyt mało ćwiczę, żeby postępy były. Czekają też na mnie do zrobienia jajka. Mam zamiar je ozdobić w technice decoupage. Ozdobią mój stół. 
Z dietą mi nie idzie. Najpierw schudłam 2 kg. Byłam zadowolona co oczywiste. Niestety kilogramy w ciągu jednej nocy powróciły. Teraz myślę o diecie 8 godzinnej. Polega na tym, że je się tylko przez 8 godzin. W pozostałe można tylko pić i to napoje bez cukru. Trzeba ćwiczyć 8 minut dziennie. Niektórzy całkiem nieźle na tym chudną. Czy mnie to pomoże. Zobaczymy...

 

niedziela, 31 stycznia 2016

Garść nowin i domowy majonez...

Ostatnie dni były spokojne. Nic się w zasadzie nie wydarzyło. Dietkuję, czytam, piszę teksty, wróżę i śpię popołudniami. Dodatkowo tylko oglądałam mistrzostwa w jeździe figurowej na lodzie. Zawsze oglądam gdy mam okazję. Pracę tą dobrze płatną udało mi się złapać. Niestety to będzie tylko kilka tekstów miesięcznie. Kokosów więc nie zarobię, ale dobre i to. Zwłaszcza, że Krzysiek będzie miał w pracy cały luty wolny. Oby go tylko od marca przyjęli z powrotem. Martwię się.
Wczoraj po raz pierwszy robiłam domowy majonez w rozdrabniaczu do warzyw. To był eksperyment, bo można robić ale blenderem. Eksperyment się udał i majonez wyszedł pyszny choć trochę zbyt rzadki, bo niepotrzebnie dolałam wody. Robi się szybko i bez problemu. Majonezu już kupować nie będę, bo domowy jest zdrowszy i chyba mniej kaloryczny, bo nie dodaje cukru. Majonez u mnie schodzi na bieżąco. Jemy sporo sałatek i surówek, a bez majonezu warzywa dla mnie nie mają smaku. Innych sosów do sałatek nie używam.

Majonez

szklanka oleju
łyżka musztardy
2 małe jajka
sól
pieprz
papryka
łyżka soku z cytryny

Wszystko włożyć do rozdrabniacza. Na początku włączyć z przerwami. Później ciągle.

Ostatnio zauważyłam, że rzadko wyjeżdżam z domu. Większość spraw załatwia za mnie Krzysiek. Jutro np. jedzie do lekarza i do apteki. Może też kupi coś warzyw. Po jutrze już będę musiała jechać, bo trzeba być z Filusiem u weterynarza. Krzysiek sam tego nie załatwi. Ciekawe kiedy następny zabieg.
Pogoda u mnie zupełnie nie zimowa. Śniegu brak i mrozów na szczęście też nie ma. Oby nie wróciły. Znowu widziałam kosy. Czyżby to koniec zimy?










środa, 27 stycznia 2016

Trochę nowin

No i niestety Filusiowi krwiak powrócił. Na razie jest nabrzmiałe pół uszka. Czy to się będzie powiększać jeszcze nie wiem? W poniedziałek miały być zdjęte szwy, a tu za kilka dni pewnie będzie następny zabieg. Oby ostatni...Okropnie się denerwuję...W dodatku mimo dwóch zastrzyków świerzbowiec nadal jest. Już nie wiem co z tym zrobić. Nic nie pomaga. Zastrzyk miał być ostatecznością, bo Advocate nie pomagał, a raczej pomógł na chwilę i świerzbowiec wrócił.
Wczoraj znowu kupiłam kilka książek w tym kolorowanki dla dorosłych i powieść. Z nią się niestety pośpieszyłam, bo okazało się, że jest na Chomiku. Kolorowanki dla dorosłych zauroczyły mnie jakiś czas temu. Zaczynałam od mandali. Bardzo mnie wyciszają i relaksują.







Cały czas czytam. Ostatnio wzięłam się nawet za romanse Viktorii Holt. Nawet ciekawe są. Przypominają mi troszeczkę książki Austin. Głównie klimatem, bo to te same czasy. Czytnik pokochałam. Kupiłam pokrowiec i już go nawet ze stołu nie sprzątam. Krzysiek się do czytnika nie dał przekonać. Dziś znowu był w bibliotece i przyniósł kilka książek w tym taka grubą o Piastach. Będzie miał co robić.
Parę dni temu udało mi się złapać dodatkowe zlecenie. Jest dobrze płatne i ciekawe. Piszę na portal o drzewach i krzewach. Na razie napisałam kilka artykułów o drzewach owocowych. Mam sporo materiałów. Wszystko by było dobrze tylko kobieta dla której piszę jest jakoś mało komunikatywna. Pisze rzadko i właściwie nie wiem czy z mojej pracy jest zadowolona czy nie. Ciekawe ile to zlecenie potrwa.


 

wtorek, 19 stycznia 2016

Zabieg, laptopy, książki i kosy...

Dziś Filuś miał zabieg usuwania krwiaka małżowiny usznej. Ma kilka szwów. Niestety uszko było zakażone i będzie już zniekształcone. Będzie też musiał brać antybiotyki przez 6 dni. Będzie pewnie drapał i gryzł, bo reaguje histerycznie. Szwy są nierozpuszczalne i trzeba będzie jechać je zdjąć 1 lutego. Znowu będzie cyrk z dojazdem. W tamta stronę pewnie pojedziemy autobusem, a z powrotem może wrócimy taksówką. Muszę też kupić Advocate, bo znowu 7 kotów ma świerzbowca usznego. Niewiele, ale jednak.
Wczoraj odebrałam laptop. Okazało się, że był dobry, a zepsuty był zasilacz. Chcę teraz kupić oryginalny, bo jest sprawny dłużej. Za to nawalił nowszy laptop. Zepsuł się port czy jak się to nazywa do włączania myszy. Działa jeden i nie wszystko można zrobić. Zdjęcia zgrywam okrężną drogą za pomocą myszy wbudowanej. Muszę to naprawić, bo nie lubię używać tej myszy.
Czytnik mnie bardzo cieszy. Co prawda co książka papierowa to papierowa, ale ja już książek kupować nie mogę, gdyż nie mam ich gdzie trzymać. W tej chwili kupuje tylko Krzysiek, bo jego czytnik nie interesuje. Sama nie wiem gdzie te swoje książki będzie chował. Kupuje dwie serie. Bitwy Polaków i II wojna światowa. Łącznie 4 tomy miesięcznie.
Kupiłam wreszcie ten rozdrabniacz do warzyw. Świetna sprawa. Surówka gotowa w 5 minut i ławo się urządzenie myje. Teraz się dziwię jak mogłam tak długo wytrzymać z tarką. Surówki jem codziennie. Mam nadzieję schudnąć.
Przyleciały kosy. Kilka dni temu widziałam jednego. Mam nadzieję, ze przetrwają, bo to bardzo wcześnie w tym roku. Mama je dokarmia, ale czy to wystarczy? Zima mnie coś nie cieszy w tym roku i wyglądam wiosny...
 

czwartek, 7 stycznia 2016

To i owo...

Wczoraj wreszcie wyczyściliśmy ten piec i komin w pokoju dziennym. Zebrało się prawie wiadro osadu. Nic dziwnego, że się palić nie chciało. Po południu było już cieplutko i przyjemnie. Tak jak lubię. Siedziałam w podkoszulce i grałam sobie w Wiedźmina. Gra jest fajna. Czas mija błyskawicznie. My graliśmy prawie dwie godziny. Jeszcze pewnie błędy robimy, ale i tak przyjemnie spędziliśmy czas. Później czytałam książkę, którą Krzysiek przyniósł z biblioteki dla siebie. Spodobała mi się i chyba poproszę go o drugą część. Też ponoć jest dobra.


Dziś przyjemności ciąg dalszy. Jeszcze zdrowa nie jestem to nic robić nie będę poza ugotowaniem obiadu. Krzysiek ma urlop to wszystko zrobi. Teraz poszedł narąbać drewna do rozpalania w piecu. Ja leżę przy piecu pod kołdrą i się grzeję. Jeszcze do końca tygodnia pewnie będę dochodzić do siebie po chorobie. Coś mi strasznie długo te przeziębienia ostatnio trwają. Odporność mi siadła jak nic i nie bardzo wiem co z tym zrobić. Niby są środki, ale który wybrać?
Filuś będzie miał zabieg 19 stycznia. Jak byliśmy w przychodni to trafiliśmy na chirurga, który potwierdził, że biedak cierpi na krwiak małżowiny usznej. Ulżyło mi, że to nic poważniejszego. Dostał trzy zastrzyki przeciwzapalne i dodatkowo jeszcze jeden na świerzbowca. Z tym świerzbowcem mam straszny problem, bo wciąż to draństwo niektórym kotom wraca. Używałam już różnych środków i poprawa jest na krótko. Teraz Filuś dostanie zastrzyki może one pomogą mu na stałe. Inne koty dostaną jeszcze raz Advocate.

wtorek, 5 stycznia 2016

Problemy...

Mrozy trochę odpuściły, ale przeziębienie nie chce mi przejść. Nadal mam katar i ataki kaszlu. Czuję się jednak już trochę lepiej. Nie mam dreszczy i zimnych potów. Jak to dalej będzie nie wiem, bo dziś muszę jechać do weterynarza z Filusiem. Zrobił mu się chyba krwiak małżowiny usznej. Oby to nic gorszego, bo ucho wygląda fatalnie. Jest całe spuchnięte i oklapnięte. Przypuszczam, że to przez świerzbowca, który mu ciągle wraca. Chyba bez zabiegu się nie obejdzie. Filuś biedak od rana nic nie jadł, a to dla niego problem, bo jest łasuchem. Kiepsko się zaczął u mnie ten nowy rok. Oj kiepsko. Moja mama też narzeka. Już nie chce nosić węgla i palić w piecach. Ma dość. Ostatnio dwa razy zamarzła jej woda. Na szczęście puściło po dogrzaniu łazienki grzejnikiem. Co dalej będzie nie wiem. Ja jej pomóc nie zdołam, bo sama siły nie mam, a Krzysiek nie da rady i w pracy i w domu i u mamy. Też młody przecież nie jest. Przez te problemy nachodzą mnie depresyjne myśli, że już nigdy lepiej nie będzie...Oby ta zima minęła jak najszybciej...
 

sobota, 11 lipca 2015

Lenistwo, rękodzieło i kocie uszy...

Ostatnio i mnie i Krzyśka ogarnęło lenistwo i nic w domu nie robimy. On po pracy zamiast np. skosić podwórko, bo trawa już po pas woli spać albo czytać. Ja znowu nie sprzątam tylko siedzę w pracowni i produkuję wciąż nowe wytworki, których sprzedać nie porafię. Na zbyt długie siedzenie w pracowni Krzysiek się złości, a ja na jego krzyżówki albo czytanie. Zmian w tym względzie nie przewiduję, bo całe życie unikałam sprzątania i zabierałam się za nie gdy już bardzo musiałam czyli najwyżej raz w tygodniu. To się sprawdzało przy małej ilości zwierząt, ale teraz przy całym stadzie wszędzie jest pełno sierści. Mnie to w zasadzie nie przeszkadza. Muszę mieć natomiast porządek w rzeczach. O tu jestem pedantka wręcz. Wszystko musi leżeć na swoim miejscu tak bym natychmiast wszystko mogła znaleźć. Krzysiek natomiast lubi mieć czystą podłogę, a ona niestety czysta nie jest i dlatego się złości. Nie może mnie zrozumieć, czemu w papuciach wybiegam do ogrodu czy do mamy i piasek znoszę, a do sprzątania tego się nie garnę. Zmienić się pod tym względem już nie zmienię, więc jego złości będę musiała znosić...
Wczoraj też nie zrobiłam tego co zaplanowałam. Miałam iść plewić, a cały dzień spędziłam w pracowni. Zrobiłam kilka par kolczyków i skończyłam dwie skrzyneczki. Dziś będę działać dalej. Zaczęłam następne kolczyki. Kuszą mnie też kartki. Ostatnio przyszedł mi dziurkacz narożny. Wykorzystałam go już, ale jeszcze więcej kartek chcę nim ozdobić.









Dziś po południu mam iść do koleżanki. Nie za bardzo mi się chce, ale tym razem by wypadało, bo koleżanka potrzebuje dodatkowych wyjaśnień względem horoskopu, który jej zrobiłam.
Na jutro nie mam planów. Chcę ten dzień spędzić przyjemnie i tak pewne będzie, bo nic stresujacego nie przewiduję. Pewnie tylko zrobie kotom porządek z uszami, bo znowu niektórym śwerzbowiec uszny wrócił. Już nie mam siły. Czego ja nie stosowałam i ludzkie leki i kocie, a to draństwo ciągle wraca. Tym razem ma Rozi, Filuś i Józek. Mam nowe lekarstwo, którym smaruje się uszy trzy razy tydzien po tygodniu. Ciekawe na jak długo pomoże tym razem. Ostatnio spokój był trzy miesiące,

sobota, 18 kwietnia 2015

Kwiecień w ogrodzie, kocie uszy i rysowanie...


W ostanie dni spędziłam dużo czasu w ogrodzie. W czwartek wszystkie warzywa i część kwiatów posiałam. Zrobiłam też praktycznie od podstaw rabatkę w ogródku przed domem. Szło ciężko, bo była zarośnięta, a ziemia była ubita przez Pikusia. Pikuś się nie przejmuje gdzie biega. Ma wprawdzie toaletę, ale na rabatce mu wygodniej zwłaszcza wtedy gdy pada deszcz, bo rabatka jest bliżej domu i na głowę z krzewów nie kapie. Musiałam zrobić awanturę Krzyśkowi, że go nie pilnuje. Na nowej rabatce mają rosnąć kwiaty między innymi szałwie, słoneczniki ozdobne, stokrotki, śmierdziuszki. Może mi się uda zdobyć dalie niskie, ostróżki. Może też posadzę dynię. Jesienią wsadzę w ich miejsce kwiaty cebulowe kwitnące wiosną. Dałam wyższe obwódki z kamieni to może Pikuś wchodzić nie będzie. Wczoraj miało od rana lać, ale udało mi się wyjść do ogrodu trochę poplewić. Posadziłam też wreszcie ostatnie sadzonki porzeczek czerwonych. Późno, ale trudno.
Wczoraj było też mycie okien oraz odrobaczanie stada i czyszczenie uszu. Trochę krwi się polało chociaż uszy były czyszczone sposobem czyli kot w torbie podróżnej, żeby drań nie drapał. Trochę to drasyczna metoda i nie zabezpiecza całkiem, bo niekóre małpy gryzą. ,,Dzikie" osobniki miały podane preparaty na kark.
Wczoraj też trochę szkicowałam tym razem ludzkie ciało, bo takie miałam ćwiczenia na kursie rysunku i malarstwa. Co do tego tematu uczucia mam mieszane. Wprawdzie uczę się chętnie, ale początkowo planowałam, żeby malować tylko kwiaty i pejzaże no i ewentualnie koty i anioły. Ludzie to nie bardzo to o co mi chodziło. Muszę jednak poćwiczyć, bo pracę domową jakoś wykonać trzeba.
Dziś miałam iść plewić w truskawkach, ale jest tak zimno i ponuro, że chyba sobie odpuszczę i nosa z domu nie wystawię...





sobota, 21 lutego 2015

Joga hormonalna, dieta, pasztet z otrębami i odpoczynek...


Od kilku dni ćwiczę oprócz jogi odchudzającej jogę hormonalną. Niektóre ćwiczenia są łatwe, choć mięśnie czuję. Te ćwiczenia są przeznaczone głównie dla kobiet. Regularne ich wykonywanie pobudza tarczycę, nadnercza, przysadkę i jajniki. Wzrasta po nich poziom estrogenów nawet u kobiet po menopauzie i zanika większość problemów z menopauzą związanych w tym uderzenia gorąca, depresja, brak ochoty na sex czy suchość pochwy. Co prawda mnie się nic złego nie dzieje, ale tarczycę chętnie pobudzę. Wyniki są po ćwiczeniach codziennych przez 30 minut już po kilku miesiącach. Ja ćwiczę 20 minut i nie codziennie, ale też powinno coś dobrego zacząć się dziać. W zasadzie przed rozpoczęciem ćwiczeń powino się odwiedzić ginekologa i zrobić badania typu USG piersi i narządów rodnych. Ja idę się zbadać się w przyszłym tygodniu.

Ostatnio kusi mne wyjście z domu, żeby poćwiczyć w grupie. Są zajęcia jogi i pilates w ośrodku kultury. Nie wiem tylko czy dam radę kondycyjnie, bo ćwiczenia trwają długo jak na mnie - joga 1,5 godziny, a pilates 60 minut. Ja ćwiczę po 40 minut. Nie chcę też zjawić sie na ćwiczenia i ćwiczyć z samymi młodymi dziewczynami, bo wydolność nie ta i sprawność. Pewnie połowy ćwiczeń bym nie wykonała....
Od kilku dni jestem z powrotem na diecie Dukana. Schudłam mało co mnie martwi. Teraz jestem na fazie 2 na której je się warzywa. Dziś zrobię pasztet z warzywami i pieczarkami i faworki dukana. Do pasztetu zamiast bułki i panierki dodam otrąb owsianych, a faworki będą zrobione z otrąb i maizeny. Piecze się je w piekarniku, nie w oleju. Nie powinnam przytyć. Jeszcze jutro warzywa, a od poniedziałku już faza protal.
Dziś po południu będę odpoczywać. Zrobię sobie medytację odchudzającą i może troche pośpię. Może też poczytam, bo wczoraj przyniosłam sobie z biblioteki powieść o Katarzynie Wielkiej. Jutro też będzie spokojny dzień...