Codzienność

Codzienność

środa, 14 października 2015

Niewyjaśnione zjawiska, telewizja, kurs i mandale...

Ostatnio sporo czytam o życiu pozagrobowym. Kupiłam aż cztery książki na ten temat. Bardzo w życie po życiu wierzę i miałam sporo doświadczeń po których nabyłam pewności, że to co niewyjaśnione jest faktem. Miewam przebłyski jasnowidzenia. Czasem przeczuwam śmierć bliskich, wypadki, kłopoty i tragedie o których głośno w mediach. Widzę raczej wyraźnie i np. Krzyśka widziałam we śnie zanim go zobaczyłam osobiście. Jestem człowiekiem magnesem. Pomimo tego książki, które kupiłam uważam za wartościowe. No przynajmniej 3 z 4, bo tyle na razie przeczytałam. Warto się z nimi zapoznać, gdyż dają do myślenia. W jednej jest kilka fajnych ćwiczeń ułatwiających kontakt z drugim światem. Wypróbowałam i działają...
Ostatnio znowu zaczęłam ogladać telewizję. Oglądam głównie programy przyrodnicze i historyczne na Planete, Wild, Discavery, Discavery Historia, National Geographic. Za to wieki temu oglądałam ostatnie wiadomości. Zupełnie nie wiem co się w kraju i na świecie dzieje. Dawno też nie oglądałam filmu fabularnego. Pewnie znowu zacznę oglądać, bo lubię w jesienne wieczory. Oglądam jednak zazwyczaj w komputerze. Chyba już jest następny sezon Downton Abbey.
Przyszła ostatnia lekcja kursu rysunkowo - malarskiego. Praca domowa jest trudna, bo trzeba namalować dwa autoportrety w tym jeden na szkle. Miałam wprawdzie wypróbować farby do szkła, ale na pojemniczkach na przyprawy, a tu autoportret. Ciekawe skąd ja szybę wezmę...
Cały czas działam robótkowo. Ostatnio ozdobiłam skrzynkę. Mam ją jeszcze tylko polakierować. Czeka chlebak. Na razie nie wybrałam nawet serwetki i pomysłu nie mam...Działam też mandale. Staram się codziennie jedną, bo to jest jak medytacja.










poniedziałek, 12 października 2015

Jesień, przygotowania do zimy, koty, brak energii, robótki i mandale...

Dziś w nocy był przymrozek. Zważył liście. Zerwałam ostatnie dynie, pomidory i kabaczka. Wykopałam dalie. Krzysiek przeniósł krzesełka z dworu na strych. Już chyba ogniska też w tym roku nie będzie. Przeoczyłam nadejście jesieni. Zanim spostrzegłam liście winobluszczu zrobiły się bordowe, zaczerwienił się sumak, liście winorośli zwinęły się, uschły i spadły. Morcinki kwitną już na całego. Jeszcze tylko trzeba w tym roku sprzątnąć ziemię z donic, wnieść kwiatki do domu, zebrać orzechy, uprzątnąć psią  toaletę i skopać ogródek. Dobrze, ze Krzysiek ma urlop to szybko się to zrobi. Chcę też pójść choć raz do lasu i porobić zdjęć. Kocham drzewa w jesiennej szacie. Może przy okazji znajdę jakieś opieńki.


 Koty czują już chyba zimę, bo jedzą na potęgę i przestały gubić sierść. Cisną się też do pieca albo pod kołdrę. Okupują modem i dekoder oraz miejsce pod lampą, bo ciepło je wyjątkowo teraz nęci. Na parapecie już prawie nie siedzą.W piecu palę codziennie nie czekam na sezon grzewczy. Pikuś też wszystko zjada i przestał kłaść się na podłodze. Ptaki również zaczęły więcej jeść. Przylatują do pszenicy całymi stadami. Chcą się obtłuścić. Zima może nadejść wcześnie w tym roku. Trochę się jej boję. Sama nie wiem czemu. Do tej pory czekałam na nią ze spokojem w sercu, a nawet z radością wyczekiwałam pierwszego śniegu. W tym roku jest inaczej. Zastanawia mnie to. Czyżby następował  u mnie jakiś wyciek energii? Fakt, że po zabiegu bioterapii mam więcej siły i łatwiej mi przychodzi praca typu fizycznego. Chyba nie postarzałam się aż tak. Mam w końcu dopiero 51 lat, a faktycznie czasem czuje się jakbym miała z 70 albo i więcej. Nie można tego zrzucać na otyłość, bo moje grubsze koleżanki mają energii więcej i fizycznych zajęć nie unikają, a ja padam. Kiedyś szłam z koleżanką rówieśnicą z przystanku. Nie mogłam za nią nadążyć. Ona waży 10 kg więcej ode mnie, a jest sporo niższa. Jej kręgosłup nie boli i nadciśnienia nie ma... Nie ćwiczy, nie odżywia się zdrowo i do tego pali papierosy. Nic tylko to wina horoskopu. Ja jestem panną i nie mam w horoskopie wcale planet w żywiole ognia, a to on daje energię i animusz. Mam też tylko jedna planetę w żywiole powietrza, będącego pożywką dla ognia. Ona jest ognistym, pełnym temperamentu baranem. Prawdę mówiąc to mam mniej energii od mojej 74 letniej mamy, która dwa wiadra na raz węgla potrafi przenieść. Ja niosę ledwo jedno. Aż nie chcę myśleć co będzie dalej...



Nadal działam robótkowo. Jedna skrzynka już jest zrobiona, druga jest w trakcie. Następny będzie chlebak. Już kupiłam, bo mój stary się po prostu rozpadł. Ostatnio stwierdziłam, że moje mieszkanie jest przez te moje wytworki pstrokate.  Wszystko co zrobię staram się gdzieś umieścić bez zwracania uwagi na kolorystykę i styl. Ma być tylko przytulne. O elegancji nawet nie myślę.






A na koniec mandala. Nadal koloruję...

 

sobota, 10 października 2015

Opowiadania, awantura, głuchota i mandala...



Mam już ocenę moich opowiadań nie jest źle. Muszę tylko dodać trochę opisów i będzie ok. Teraz jest ich zbyt mało. Ludzie ponoć lubią czytać opisy jak wygląda główny bohater czy pomieszczenie. U mnie jest tego zbyt mało. Reszta jest raczej w porządku co mnie cieszy. Najbardziej obawiałam się, żeby dialogi nie były sztuczne, ale nie są na szczęście.
Krzysiek pojechał i wrócił. Nie bez kłopotu, bo Darek jego brat już będąc w Oszczywilku zmienił decyzję odnośnie powrotu. Mianowicie wymyślił sobie, że odwiedzi rodzinę w Warszawie i w Błoniu. Chciał wrócić kilka dni później, bez uzgodnienia z nami. Ja oczywiście się nie zgodziłam, bo dla mnie wcześniejsze ustalenia były wiążące. Nawrzeszczał na mnie w końcu i pokłóciliśmy się. Krzysiek miał wracać pociągiem. W końcu jednak Darek zmienił zamiar i Krzyśka przywiózł. Na mnie nawet nie patrzy tak się wściekł. Krzysiek przywiózł reklamówkę orzechów i drugą maślaków. Wczoraj było obieranie. Część maślaków już zjedliśmy, a część zamroziłam. Będą na zimę.
Wczoraj cały dzień przespałam, bo noc miałam z głowy. Bolały mnie wszystkie kości i brzuch. Nie mogłam spać, a jak już usnęłam to śniły mi się koszmary. To pewnie ta kłótnia z Darkiem tak na mnie wpłynęła. Do tego Krzysiek zmęczony po podróży okropnie chrapał. Dziś już na szczęście jest ok. Całą noc przespałam i jestem głodna. Wczoraj miałam mdłości i nawet kawy nie mogłam wypić. Dziś za to przygłuchłam po czyszczeniu uszu patyczkami. Problem z uszami mam już od dwóch lat - ciągle mi się przytykają. Chyba w końcu będę musiała iść do tego laryngologa na płukanie. To aż trzy wyjazdy i czekanie w kolejkach dlatego zwlekam. Głuchota ma jednak plusy, bo nie słyszę hałasu z ulicy i telewizji.
A na koniec mandala z książki, którą kupiłam. Mandal jest w książce 100. Są różne - bardziej skomplikowane i mniej. Mnie sprawia przyjemność kolorowanie i każdemu to polecam.


 

wtorek, 6 października 2015

Koloroterapia, jesienne tycie, warsztaty ikon, strachy i nowe książki...

Sporo nowego u mnie. Po pierwsze miałam dwa dni temu zabieg koloroterapii wahadłem. To fajny zabieg dostarczający do aury potrzebnych w danym momencie kolorów. Często po nim następuje poprawa natychmiast. Wykonuje go wahadłem izis, które się do tego nadaje. Marzę o wahadle specjalnym do chromoterapii, ale ono dość sporo jak na mnie kosztuje. Może kiedyś kupię, bo te zabiegi wykonuję dość często.
Po drugie zaczęłam się niestety opychać kluchami i ziemniakami co spowodowało, ze już przytyłam kilogram. Wczoraj były kopytka, a przedwczoraj kartoflanka na wodzie z boczku z warzywami, makaronem, ziołami i śmietaną. Objadam się po pachy. Nawet pieczywo jem i nie wybrzydzam. Wczoraj do tego było pijaństwo. Wypiliśmy z Krzyśkiem pół butelki ajerkoniaku. Dziś wypijemy resztę, bo mi butelka potrzebna. Chcę ja ozdobić oczywiście decu. Pewnie znowu z 5 kg nabiorę przez zimę, a później będę zrzucać. Tak miałam całe życie z tym, że ważyłam około 60 kg, a nie 90 jak teraz.
Po trzecie zapisałam się wreszcie na warsztaty pisania ikon. Będą w listopadzie i w grudniu. W listopadzie będzie I stopień i już się nie mogę doczekać. Cena jest przystępna, autobusy pasują. Warsztaty będą trwały po trzy godziny/4 spotkania/. Tylko trzy godziny to mój kręgosłup wytrzyma. Wracać będę albo taksówką, albo Krzysiek będzie po mnie wychodził na przystanek. Nie wiem co w grudniu, bo to już będzie II stopień i też mi się marzy. Na tym może nie być koniec, bo w marcu mają być warsztaty akwareli, a w czerwcu olei.
Po czwarte u mnie w domu ,,straszy". Wczoraj późnym wieczorem Pikuś się zachowywał tak samo jak wtedy, gdy odchodziła mama Krzyśka. Później zaczęło mrugać światło. Po 15 minutach wszystko przeszło. Chyba trzeba będzie oczyścić mieszkanie.
Wczoraj kupiłam kilka książek...





 

sobota, 3 października 2015

Przysłowia, przygotowania do zimy, robótki i nieudana dieta...

Gdy październik ciepło trzyma, zwykle mroźna bywa zima
Gdy październik ze śniegiem przybieży, na wiosnę długo śnieg na polach leży.
Październik chodzi po kraju, cichnie ptactwo w gaju.
Liść na drzewie mocno trzyma, nie tak prędko przyjdzie zima.
Jesień zamglona to zima zaśnieżona. 

Pogoda jest ładna - ciepło i słonecznie. Noce już zimne tak, że prawie codziennie palę w piecu kominkowym. Jeszcze kilka dni i mogą się pojawić przymrozki. Trzeba by zerwać ostatnie dynie i kabaczka. Opału jeszcze nie mam w zapasie. Myślę w tym roku o kupieniu z dwóch kubików drewna. Byłoby na wczesne palenie. Węgiel bym zostawiła na większe mrozy.
Dziś Krzysiek sprząta resztkę gruzu z tynku zbitego z ocieplanej ściany. Sąsiad mu pomaga i wywozi gruz wózkiem. Trzeba trochę porządku od ulicy w ogródku zrobić. Choć i tak nie będzie idealnie, bo plewić nie ma kto.
W przyszłym tygodniu w środę Krzysiek wyjeżdża do Oszczywilka na dwa dni. Mają z Darkiem zrobić porządek na grobach i zabezpieczyć dom na zimę. Trzeba zakręcić wodę i ogacić zawór. trzeba też poprawić kilka dachówek, bo się do kuchni leje. Nie lubię jak jedzie z Darkiem. Za szybko jeżdżą. Nie ma ich kto stopować.
Ja ostatnio znowu działam robótkowo. Wczoraj zrobiłam obrazek i butelkę. Dziś następna butelka się moczy. Przyszły mi też skrzyneczki i chustecznik. Będzie co robić, ale to już chyba ostatnie decu w tym roku. Niedługo może być w pracowni zbyt zimno i trzeba się będzie przenieść z robótkami do pokoju dziennego. Przyjdzie czas na akwarele, pastele, może rysunki węglem i sangwiną, oleje na papierze, szydełko, hafty, kredki akwarelowe.





Dieta mi nie idzie. Nic nie chudnę. Motywacja mi uleciała z wiatrem. Chyba sobie zrobię dłuższą przerwę z tym terrorem. Ja mam dość i organizm ma dość.

piątek, 2 października 2015

Pracowity dzień, decu, lekcja tarota, urlop Krzyśka i felieton

Wczoraj miałam pracowity dzień - pisałam posty, dużo wróżyłam, skończyłam jedna butelkę świąteczna i zaczęłam drugą. Będą jeszcze co najmniej trzy, bo pomysły mam. Teraz tylko je zrealizować. Po południu uczyłam się tarota, ponieważ druga lekcja przyszła. Kurs jest ciekawy i sporo w nim psychologii. Są też medytacje. W tym akurat zeszycie jest też praca z kartą głupca i wewnętrznym dzieckiem. To dla mnie dość trudne jest, bo temat dzieci dla mnie nie jest łatwy. Za poważna jestem, dzieci nie rozumiem, unikam i szczerze mówiąc nie przepadam za nimi. Energie dziecięce są mi obce i niepokoją mnie. Dziś nauki dalszy ciąg. Do przerobienia został między innymi mag. Powinnam też jeszcze zrobić medytację z wewnętrznym dzieckiem. Może po niej te dziecięce energie zintegruję ze swoim ja?
Krzysiek ma trzy tygodnie urlopu. Trochę odpocznie, odeśpi, a i pracy w domu wykona. Musi skopać warzywnik, sprzątnąć gruz i opróżnić donice, w których rosły pomidory i papryki. Może też pomoże przy myciu okien.Trzeba będzie jechać na szczepienie z Pikusiem. Będzie też obcinanie pazurów i odrobaczanie stada. Znowu krew się poleje...Trudno...Cieszę się na ten jego urlop, ale tez i martwię trochę. On jest ożywiony - dużo mówi, śpiewa, pogwizduje. Jak ja to zniosę cały dzień?
A na koniec ostatni felieton. Uczę się pilnie pisać. Muszę kilka zebrać i wysłać gdzieś do oceny, bo błędy pewnie jakieś robię...Warto by wiedzieć jakie, by je wyeliminować...

Mania narzekania

Narzekanie na brak pieniędzy stało się ostatnio niemalże tak powszechne, jak  jadanie ziemniaków na obiad, ale częstsze. Narzekają prawie wszystkie moje koleżanki i to niezależnie od dochodów. Okazji ku temu nie brakuje. Ot, chociażby ostatnio na babskim spotkaniu przyznałam się, że co miesiąc przeznaczam trochę pieniędzy na pomoc dla zwierząt. Wpłacam drobne kwoty na delfiny, ochronę wilków czy chociażby na dożywianie bezpańskich kotów. No tak, ale najpierw trzeba pieniądze mieć, stwierdziła jedna i to akurat ta, która ma o wiele wyższe dochody ode mnie. Ta, która najbardziej narzeka, a stać ją na utrzymanie dwóch samochodów, wczasy zagraniczne i to nie w Chorwacji, ale w Meksyku, na co rusz nowe ciuchy. Też bym wpłacała, gdybym miała, dodała druga, ale nie mam, bo utrzymanie kosztuje, a ostatnio kupiliśmy z mężem dom w Bieszczadach. Będziemy tam wyjeżdżać na weekendy i wakacje.  Zaoszczędzimy trochę, bo pensjonaty są przecież drogie. Cudne miejsce. Trzecia też nie ma. Ma za to na fryzjera, kosmetyczkę i zabiegi SPA, którymi  rozpieszcza swoje naznaczone przez czas ciało.
Ja nie mam na remont łazienki, a do fryzjera chodzę rzadko, o zabiegach SPA mogę sobie tylko pomarzyć. Nie mam też na wczasy zagraniczne, ani na nowe ciuchy co miesiąc. Mam za to na zwierzęta, które potrzebują pomocy. To kwestia priorytetów. Wybrać nową bluzkę czy życie bezdomnego kota, super fryzurę czy dofinansowanie sterylizacji bezpańskiej suki wyniszczonej porodami. Tej biegającej po ulicy, której szczeniaki są bestialsko zabijane.  Inna moja koleżanka ma, choć stać ją tylko na wynajęcie kawalerki. Ta rzadko narzeka, a wiem, że łatwo jej nie jest.
Narzekać potrafi każdy no może prawie każdy. Czyżby stało się to modne? Bardziej modne niż działalność typu charytatywnego? Bardziej modne od prostych odruchów serca?


czwartek, 1 października 2015

Felieton

Usiłuję się nauczyć pisać felietony. Wychodzą twory dziwne, ale wychodzą. Trudno idzie. Tak sobie myślę, że trzeba by pomyśleć o kursie albo korepetycjach.

Niedzielne nicnierobienie

 No i znowu niedziela. Jak ja jej nie znoszę. Ten odgórny przymus odpoczywania i nicnierobienia mnie dobija. Z natury jestem leniwa i zmienna i gdy dopada mnie chęć do roboty powinnam to wykorzystać. Niestety  jest niedziela i pracować nie należy. Dziś np. chciałam zrobić pranie. Nazbierało się go, a w tygodniu nie miałam czasu. Pogoda też była niepewna.  Mój mąż niepraktykujący katolik mi na to nie pozwolił. Jego argument co ludzie powiedzą, gdy zobaczą sznur pełen suszącej się pościeli był nie do odparcia. Kłócić się nie chciałam.
Albo zakupy. W niedzielę pobliski sklep jest zamknięty na głucho. Ten następny na sąsiedniej ulicy też. Niby rozumiem, że właścicielom też się chwila oddechu należy, ale mnie z drugiej strony wkurza to, że nie mogę zrobić zakupów. Trzeba by pojechać do centrum, a tu autobusy kursują rzadko. Pieszo przecież nie pójdę, bo za daleko. Mąż mnie nie zawiezie, bo odpoczywa. Nic w tym temacie zdziałać nie jestem w stanie.
Dobrze chociaż, że mąż nie wymaga ode mnie w niedzielę na obiad rosołu i schabowego z kapustą, jak mąż koleżanki. Obiad musi biedaczka przygotować sama, bo pan i władca w niedziele odpoczywa. W końcu cały tydzień pracuje. Jej się to niby też należy, ale dopiero wtedy, gdy swoje przy garach wystoi. Stoi całe pół dnia, bo i ciasto musi być w niedziele na podwieczorek. Luksusowe z kremem nie byle gnieciuch czy babka na oleju.
Druga znowu odpoczywa wieczorem, bo całą niedzielę niańczy wnuczka. W końcu syn i synowa muszą odpocząć. Odpoczywają w każdą niedzielę.