Codzienność

Codzienność

niedziela, 31 sierpnia 2014

Urodziny, plany i mandala...

Niedziela, dzień odpoczynku i moje urodziny. Czas podsumowań i rozważań - co było w poprzednim roku dobre, a co się nie udało. Czas planów na rok następny. Ogólnie jestem z siebie zadowolona, choć nie wszystko udało mi się zrealizować. Brakło czasu i pieniędzy, ale jest dobrze. Przyszły rok mam nadzieję, że będzie jeszcze lepszy. Przede wszyskim mam zamiar skończyć kilka kursów. Część zawodowych, a część z gatunku hobby. Prawdopodobnie to będą kursy dziennikarski i pisarski oraz może kurs rysunku i malarstwa. Myślę też o kursie mandali. Na więcej kursów braknie mi czasu, a kuszą mnie też zajęcia w ośrodku kultury - garncarstwo, decoupage i malarstwa sztalugowego. Nie wszystko na raz. Czasem żałuję, że nie mam 4 rąk...Warto by też wydać książkę z haiku.

Ostatnio ciągnie mnie do malowania. Powstała mandala, a w planach są następne. Mandala malowana była w intencji miłości. Miała mi pomóc w sprawch uczuciowych. Chcę się stać bardziej łagodna,  może kobieca. Chcę być bardziej czuła dla Krzyśka, bo ostanio tylko na niego warczę. Biedny Krzysiek... Mandala jest prościutka, ale taka była intencja. Jest w kolorze różowym, srebrnym, pomarańczowym, czerwonym, zielonym i niebieskim. Wyszła nieźle, czego zdjęcie nie oddaje...Kolejne mandale będą malowane w intencji pieniędzy, zdrowia i kariery. Po kolei z tym, że muszę najpierw zamówić podobrazia...



Wczoraj malowałam irysy. Dziś może przygotuję szkice...

czwartek, 28 sierpnia 2014

Masa pracy, marzenie o urlopie i mandale...


Ostatnio czas mnie goni, bo mam masę pracy koło domu i w kuchni. Jestem zmęczona i nie bardzo mam ochotę na pisanie tekstów. Tak jeszcze jakiś czas będzie, bo trochę pilnych prac do wykonania mi zostało. Pieniędzy mi tym samym nie przybywa, za to wydatków i owszem. Pisanie tekstów jednak nie ucieknie, tak że mogę w tej chwili realizować tylko zlecenia z gatunku pilnych. A pieniądze? No cóż zacznę w końcu zarabiać to ich przybędzie. Mam nawet kilka fajnych pomysłów do zrealizowania. Swoją drogą marzy mi się urlop i prawdziwy odpoczynek. Chętnie bym gdzieś wyjechała, choćby tylko na kilka dni. Marzę o Bieszczadach, Podlasiu lub Beskidach. No ewentualnie mogłabym odwiedzić Oszczywilk. Byle tylko las był blisko i to taki, w którym są grzyby...Na razie Krzyśka urlop postaramy się dobrze wykorzystac i pracy podgonić...Może też znajdziemy choć trochę grzybów w naszym lesie?
Wrzesień za pasem i ogórki już nie zdążą dojść, bo liście zaczęły schnąć. Dziś zebrałam chyba ostatnią partię i zrobiłam potrawkę. Lubię tą potrawę i czasem robię.

Potrawka z ogórków

5 ogórków
mała cebula
sól
pieprz
olej
mąka
śmietana

Ogórki pokroić na plasterki, obsypać mąką i dusić z przyprawami i pokrojoną cebulą. Gdy miękkie zaprawić śmietaną.



Ostatnio, gdy szukałam kursów na jesień i zimę natknęłam się na kurs malowania mandali. Kurs jest w Katowicach w samiutkim centrum i tak sobie myślę, że mogłabym ewentualnie dojechać, bo warto by było mandalę lepiej poznać. Wprawdzie mam książkę na ten temat i od dawna mandale maluję, a właściwie rysuję, bo używam kredek, ale co kurs to kurs. Kiedyś chciałam malować mandale na szkle, ale jest to dla mnie zbyt trudne, bo kto by mi szkło przyciął. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Na szkle się nie da, to zaczęłam malować na podobraziu płóciennym. Używam oczywiście akryli. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Może dziś skończę...


wtorek, 26 sierpnia 2014

Ziele, zupa i prezent na urodziny...



Pogoda jesienna - raz anemiczne i blade słońce, a raz deszcz i zimno. Wczoraj było ładnie choć chłodno. Wykorzystałam słońce na zerwanie reszty ziela do okadzeń i rytuałów. Tym razem przyniosłam do domu liście piwoni, jałowiec i nawłoć. Piwonia ma właściwości ochronne. Chroni ciało i duszę. Można jej używać w czasie egzorcyzmów. Jałowiec to bardzo silnie działające ziele. Zapobiega kradzieżom, chroni nie tylko obejście, ale i zdrowie, sprowadza miłość. Bywa też używany w czasie egzorcyzmów. Wreszcie nawłoć - ziele używane głównie w rytuałach przywoływania pieniędzy. 
Dziś już słońca nie było. Padał za to cały dzień deszcz. W deszczu sadziłam zakupione truskawki i w potokach deszczu rwałam włoszczyznę na zupę. Przemokłam całkiem i żeby się choć troche rozgrzać rozpaliłam w piecokuchni. Zaraz w domu zrobiło się przyjemnie ciepło, co ucieszyło też koty. Po chwili porozkładały się na kaloryferach. Na obiad miałam dzisiaj zupę z kalarepy. Wyszła smaczna...

Zupa

2 kalarepki
1 marchewka
kawałek selera
kawałek korzenia pietruszki
4 ziemniaki
mała cebula
listek laurowy
olej
mąka
śmietana
pieprz
kostki rosołowe warzywne
tymianek
zielony koperek


Warzywa zetrzeć na tarce o dużych otworach. Dotać pokrojone ziemniaki, podrumienioną cebulę i przyprawy. Gotować do miękkości. Zaprawić mąką i śmietaną. posypać koperkiem.

Po południu robiłam kompoty z jabłek i buszowałam po internecie w poszukiwaniu dla siebie prezentu. Prezent ma być na urodziny. Okrągłe. Krzysiek chciał mi kupić bukiet róż i coś z biżuterii. Miałam sobie wybrać. Oczywiście wybiłam mu to z głowy, bo ja jako osoba praktyczna wolałabym coś do domu. Tak wiem. Jestem nie tylko gospodynią, ale i kobietą. Powinnam więc wybrać sobie coś co by było tylko dla mnie. W tym rzecz, że pierścionki mam, kolczyki też, naszyjników nie noszę. Podobnie bransoletek. Perfumy natomiast właśnie niedawno sobie kupiłam. No i klops. Nie mam pomysłu. Wpadło mi natomiast do głowy, żeby sobie kupić robot kuchenny, bo nie mam. Krzysiek się wścieka i się narobiło...



niedziela, 24 sierpnia 2014

Jesień, prace koło domu i słoneczniki...



Jesień zbliża się wielkimi krokami, lato się kończy. Od kilku dni jest coraz chłodniej. Zwłaszcza noce i poranki są rześkie. Śpię już pod kołdrą, a w dzień przeprosiłam się ze skarpetami i bluzką z długim rękawem. Dni też nie przynoszą za dużo ciepła. Słońce słabo grzeje, nie przypieka. Jest jakieś takie słabe, anemiczne, zamglone. Kusi mnie palenie w piecu i nieraz palę w piecokuchni. Bociany odlatują, a wróble jedzą na potęgę. Nie można ich nasycić. Ziarno znika w zastraszającym tempie. Gołębie też kilka razy zjawiają się na posiłek. Nawet Pikuś zaczął jeść z powrotem i to kości. Liście brzóz zaczynają żółknąć, a wielkie kępy nawłoci zdobią mi podwórko. Bardzo lubię ten czas. Jest względnie ciepło, ale nie upalnie, a dostatek wszelkiego dobra tylko czeka, by po niego wyciągnąć ręce. Nasycić się. Nastał czas grzybów i orzechów. W ogrodach i sadach masa wszystkiego. Przygotowuję przetwory i napełniam spiżarnię. Wczoraj zrobiłam fasolkę do słoików. Jutro będę wkładać gruszki.
Działam też na podwórku. Wczoraj wsadziłam na stałe miejsce kilka ukorzenionych czarnych porzeczek. Jeszcze mam wsadzić 7 roślinek. Mam też wsadzić 2 ukorzenione pędy winorośli.
Powinnam już poprosić sąsiada, żeby mi wyciął ostatnie suche drzewa i tu jest problem, bo sąsiad jest trunkowy i ostatnio nie trzeźwieje. Jeżeli się nie ogarnie i to szybko będę musiała to rozwiązać inaczej, bo trzeba by już zamówić młode drzewka. Mam zamiar kupić czereśnię, papierówkę, wiśnię,węgierkę włoską i ulenę. Myślę też o mirabelce, ale to w przyszłym roku.
Jeszcze remont ściany mnie martwi i komina koło którego się leje.

Fasolka do słoików

1 kg fasolki 
sól
cukier
ocet

Fasolkę kroić i układać w słoikach. Zalać zalewą/1 łyżeczka soli i cukru i octu na litr wody/. Pasteryzować 60 minut w pierwszy dzień i 45 minut w drugi.

A na koniec zdjęcia moich ukochanych słoneczników. Miałam ich w tym roku wyjątkowo dużo. Były i ozdobne i te normalne. Ozdobne były piękne i w kilku odmianach. Niestety już zaczynają przekwitać i kończy się ich czas w wazonie w mojej kuchni...W przyszłym roku posadzę też malwy i więcej kosmosów...Muszę też posadzić więcej cynii i astrów.


















czwartek, 21 sierpnia 2014

Pechowy dzień, truskawki, kursy i rozważania...



Wczoraj miałam pechowy dzień. Dopadły mnie same problemy. Niby nie jakieś poważne typu tragedii, ale drobne i uciążliwe. Po pierwsze zepsuł mi się telefon komórkowy. Po drugie pojechałam na targ po sadzonki truskawek i wróciłam z niczym, bo ich nie było. Po trzecie nie było też mąki do robienia żurku. Na dodatek kupiłam zepsuty minutnik. Wróciłam zmęczona i wściekła. Po południu też nic nie robiłam, bo pisanie mi po prostu nie szło. Pobuszowałam za to po internecie w poszukiwaniu książek i kursów, bo czymś się trzeba będzie zająć jesienią i zimą. Książki znalazłam dwie, z czego jedna już kupiłam. Kursów też kilka znalazłam. Myślę o dziennikarskim, pisarskim, ogrodniczym i rysunkowo-malarskim. Pewnie jakieś w tym roku skończę. Na pewno nie wszystkie. Myślę też o wydaniu książki z haiku.


Dzisiejszy dzień już był lepszy i wszystko ułożyło się po mojej myśli. Wprawdzie byłam w mieście po sadzonki truskawek, ale wróciłam w dobrym nastroju. Kupiłam 40 sztuk i dziś je posadziłam. Jeszcze muszę dokupić 20, bo miejsca jest sporo. W przyszłym roku powinnam mieć masę owoców. To mnie cieszy, bo oboje truskawki lubimy. Jutro pójdę do ogrodu posadzić 6 krzaczków czarnej porzeczki i winorośl, która wypuściła już korzenie. 
Ostatnio mam sporo pracy, bo coraz częściej trafiają mi się dodatkowe zlecenia na pisanie tekstów. Pracuję chętnie, a nowe pomysły na wykorzystanie zarobionych pieniędzy, pojawiają się jeden za drugim. Tak to u mnie już jest, że pieniędzy rzadko mam nadmiar. Z drugiej strony jestem wolnym strzelcem, bo nie wyobrażam sobie pracy od do. Nie dałabym rady. Wolę mieć mniej pieniędzy, a więcej czasu na rozwijanie swoich pasji, na medytację i kontakty z najbliższymi.
Kupiłam węgiel tym samych chłody mogą już nadejść jeśli o mnie chodzi...Szkoda mi tylko bezpańskich zwierząt...



sobota, 16 sierpnia 2014

Los

opowiadanie

Dzień zaczął się źle i kolejne zdarzenia nie wskazywały na to by miał się dobrze skończyć. Najpierw zaspałam ponad godzinę nic sobie nie robiąc z przeraźliwego dzwonku budzika. Następnie portal z którym współpracowałam od kilku miesięcy niespodziewanie, bez podania przyczyn zrezygnował z moich usług i tym samym moje mizerne dochody stopniały jeszcze bardziej. W końcu spóźniłam się na autobus i nie miałam innego wyjścia jak czekanie prawie pół godziny na deszczu, który właśnie zaczął mżyć, rozmazując mi przy okazji makijaż. Sądziłam, że limit nieszczęść na dzisiejszy dzień się już wyczerpał. Niestety byłam w błędzie. Już za chwilę przekonałam się, że moje moje ostatnie nieszczęścia to zaledwie pestka. Wystarczył moment i jakiś wariat pędzący przez wieś na złamanie karku wjechał na pobocze i potrącił idącego spokojnie tuż przy przy krawędzi chodnika kota. Nieszczęsne zwierzę wyleciało w górę, a następnie spadło bezwładnie na środek jezdni. Ten idiota nawet nie zwolnił. Zszokowana podbiegłam do kota i zauważyłam , że jeszcze żyje. Kociak podniósł główkę i cichutko zamiauczał. Zdjęłam kurtkę by przenieść go na pobocze, a on zaczął mruczeć. Nawet się nie zastanawiając zadzwoniłam po taksówkę i już za chwilę jechałam do weterynarza. Kot wciąż żył, ale się nie ruszał, a mnie łzy mieszały się z kroplami deszczu kapiącymi mi z kompletnie przemoczonych włosów.
- To pani kot - rzucił taksówkarz
- Nie - odburknęłam, ale czy to ma jakieś znaczenie?
- Pewnie bezpański i nikt pani nie zwróci za leczenie - mruknął
Dopiero teraz przyjrzałam się kotu. Faktycznie był chudy i bardzo zaniedbany. Boki miał zapadnięte i miejscami grzbiet całkiem wyłysiały. Długo musiał się biedak wałęsać bez jedzenia, ale kiedyś z pewnością miał dom, bo nie był dziki. Pewnie ktoś go wyrzucił przed wyjazdem wakacyjnym, dwa miesiące temu, a on sobie na wolności zupełnie nie radził. Z tych ponurych rozważań wyrwał mnie głos taksówkarza
- No to jesteśmy - płaci pani 48,00 zł
- Pięknie - pomyślałam wygrzebując z portfela ostanie drobne - właśnie wydałam pieniądze przeznaczone na zakup karty do telefonu.
W przychodni na szczęście nikogo nie było i już po chwili drżący kot leżał na stole zabiegowym. Weterynarz tylko pokiwał głową i zabrał się za badanie. Po chwili stwierdził, że kot może z tego wyjść, ale nie jest to wcale takie pewne. Rzucił też taką kwotę za leczenie, że pode mną ugięły się nogi
.- No chyba, że nie chce pani ryzykować to przeprowadzimy eutanazję, żeby zwierzę nie cierpiało - powiedział
- Szkoda go, bo to młody kot i jeszcze długo mógłby pożyć - dodał
Spojrzałam na kota, zobaczyłam utkwione we mnie wielkie zielone oczy i zdecydowałam w jednej chwili:
- Ratujemy, innej opcji nie ma - odparłam
W tym momencie zdałam sobie sprawę, że już pieniędzy przeznaczonych na węgiel nie mam. Na dodatek mam w domu 3 koty, które muszą jeść i nie powinnam już mieć kolejnego. Trudno jakoś to będzie.
Kot przeżył. Kajtuś okazał się cudownym i łagodnym kocurkiem, bardzo wdzięcznym za każdy przejaw troski z mojej strony.
Po dwóch tygodniach, gdy już wylegiwał się mrucząc obok mnie na kanapie przeglądałam oferty pracy na portalu dla freelancerów. Nic nowego dla mnie nie było. Znowu. Tym samym widmo nieogrzewanego zimą mieszkania było coraz bliżej. Po chwili poczułam dziwny impuls, by zerknąć do zakładki do której nigdy nie zaglądałam.
- Nie to bez sensu - pomyślałam
- Zajrzyj - usłyszałam głos w mojej głowie
Uległam i niespodziewanie znalazłam ofertę jakby stworzoną dla mnie.
Odpisałam i już za parę minut dostałam odpowiedź pozytywną. Praca była stała, bardzo ciekawa i doskonale płatna. Tym samym to co źle się zaczęło dobrze się skończyło. Zyskałam i pracę i przyjaciela. Tak sobie myślę, analizując wypadki tamtego dnia, że tak właśnie miało być. Straciłam pracę by zyskać lepszą. Spóźniłam się na autobus by uratować Kajtusia.

Gdzie jest kot?