Codzienność

Codzienność

sobota, 4 maja 2013

Koty, malowanie, wiersz i labradoryt

Ale się narobiło wczoraj rano. Koty znowu narozrabiały.  Najpierw Józek, którego zostawiłam  przez nieuwagę samego w kuchni  schował się pod stołem i  siedział tam cichutko jak nigdy. Nieświadomy niczego Krzysiek posmarował sobie chleb masłem i wyszedł na chwilę a Józek oczywiście chleb wylizał do czysta i to obie kromki. A potem na dodatek Rozi ukradła mu z talerza w czasie posiłku prawie całą parówkę, wywlokła pod stół paćkając przy tym musztardą i podłogę i dywan i czysty obrus. Wojna była aż huczało bo aż dwa zamachy na Krzyśka w czasie jednego posiłku nie mogły przejść bez echa. On oczywiście poczuł się napastowany i najpierw wrzeszczał na koty, potem na mnie, że je źle wychowałam i jeszcze się śmieję a potem gderał jeszcze z godzinę jak to on...

Ostatnio powstało kilka akwarelek wreszcie na dobrym papierze i muszę przyznać, że jestem z nich zadowolona bo wyszły super w porównaniu z tymi poprzednimi. Co papier do akwarel to papier do akwarel. Maluje się na nim  świetnie i spokojnie można używać dużo wody. Nic przy tym się nie marszczy, nie przecieka i nie tworzą się jeziorka ani strumyczki w nieporządanym kierunku. Nowy, retuszerski pędzelek z włosia sobola do akwarel też sprawdził się świetnie i jest wart swojej ceny. Będę musiała pomyśleć o zakupie innych rozmiarów z tej serii bo te co mam są kiepskie gdyż gubią włosy co bywa bardzo denerwujące.



Bardzo mi się podobają obrazki typu kartek z zielnika z wizerunkami ziół. Tak sobie myślę, że może by spróbować malować takie akwarelki ale chyba dopiero wtedy gdy już kupię lepsze farby...a może gwasze by były lepsze trzeba by spróbować...


Zdecydowałam się wreszcie i zamówiłam kolczyki. Wybór był bardzo trudny bo podobało mi się kilka z różnymi kamieniami z kilku sklepów. Wybrałam kolczyki z labradorytem bo nie mam tego kamienia a od dawna mnie kusił. Kamień jest jakby specjalnie stworzony dla mnie z tym, że w celu terapeutycznym lepsza by była biżuteria taka w której kamień styka się bezpośrednio z ciałem np. pierścionek, naszyjnik czy bransoletka z tych na gumce...

Właściwości:

Pobudza kreatywność, oryginalność i innowacyjność, dodaje odwagi, wytrwałości i zapału, łączy intuicję z intelektem oraz energię słońca z energią księżyca

Zdrowotnie pomaga na problemy z

- układem hormonalnym
- brakiem koncentracji i pamięci
- na bóle głowy
- problemy kostne i stawowe
- artertyzm, reumatyzm
- przeziębienia
- choroby oczu
- oczyszczaniem ciała z toksyn
- zbyt szybkim starzeniem
- otyłością zwłaszcza u kobiet
- brakiem energii i aktywności fizycznej


Kolczyki są naprawdę długie bo mają aż 10 cm i z tego powodu raczej nie będę ich nosić na codzień w domu bo będą kusić koty a jedno ucho już miałam kiedyś uszkodzone w ten sposób i powtórki z rozrywki nie chcę...

Pogoda deszczowa taka jaką najbardziej lubię ale chłód i wilgoć skłoniły mnie do napalenia w piecu kominkowym. Nastrój jest cudowny, taki romantyczny. Deszcz stuka rytmicznie o szyby i parapet a w piecu huczy. Żyć nie umierać. Napisałam kiedyś taki wiersz pasuje...

Muzyka duszy

Wiatr w kominie
wygrywa rzewną melodię
świerszcz za piecem
wtóruje mu z cicha
na skrzypcach ze snu
deszcz nostalgią wystukuje rytm

rozrzażone polana
oddają ciepło
z cichym trzaskiem
snując swoją opowieść

twoje palce
wplątane w moje włosy
tłumią rozbiegane myśli
i rozszalałe emocje

zastygam w puchu
twoich chętnych ramion
z błogością zdobiącą wargi
tak spokojna

muzyka duszy
gra i gra bez końca

Koty poczuły piec i porozciągały się w pobliżu...a ja już szykuję farby...


czwartek, 2 maja 2013

PETYCJA, biblioteka, książki i obrazy...

Oj ale się rozpadało a rano jak Krzysiek wychodził do pracy była burza i potężna ulewa tak, że zanim zdążył wsiąść do autobusu całkiem przemókł. Wrócił wściekły. I nie dziwię się bo siedzenie przez tyle godzin w mokrych, zimnych i sztywnych ciuchach do przyjemności nie należy. No ale ma co chce bo gdyby się przemógł i zrobił prawo jazdy to by go takie przygody nie spotykały. A to, że pada to  mi w zasadzie bardzo pasuje bo moje przesadzone agresty  lepiej się ukorzenią bez zaangażowania z mojej strony w postaci wynoszenia  wielu wiader wody. Szkoda tylko, że nie zdążyłam przesadzić wszystkich.

Pobudkę miałam dzisiaj bardzo wcześnie jak na mnie bo nastawiłam  zegarek już na 8. Wstałam tak wcześnie z powodu spodziewanej przesyłki ze sklepu plastycznego. I nie pomyliłam się. Kurier przyjechał już przed 9 i oczywiście przeoczyłabym go gdyby nie szczekanie Pikusia, które teraz zastępuje zepsuty od kilku miesięcy dzwonek. Przyszły akryle, papiery do akwareli i kilka dobrych gatunkowo farbek akwarelowych w kostkach. Mój ,,warsztat" się powoli rozrasta z czego się oczywiście bardzo cieszę. Na gwałt potrzebuję jeszcze sztalugi no i pracowni bo nie mam gdzie wszystkiego przechowywać i upycham po kątach gdzie się da co mnie złości i stresuje. Z zakupem sztalugi będzie problem bo przywieźć ze sklepu osobiście nie mam czym a przesłanie będzie raczej trudne i pewnie kosztowne ze względu na rozmiary. Kupię chyba zwykłą, prostą sosnową z tym, że nadającą się do malowania również dużych rozmiarów. Będę się musiała w sklepie, poradzić bo kompletnie się na tym nie znam a przepłacać nie mam zamiaru. A z pracownią też łatwo nie będzie bo do tej pory fachowca do remontu nie znalazłam a czas już najwyższy...

Przy okazji remontu powinnam wreszcie kupić bibliotekę bo te  regały na książki, które mam w tej chwili mają w większości odkryte półki i zupełnie u mnie nie zdają egzaminu. Wszystko przez koty, które włażą za książki, zrzucaję je notorycznie z półek, drapią i gryzą. Już mi kilka książek zniszczyły. Powinnam mieć jakieś meble zamykane i byłby wtedy spokój. Myślę o klasycznej bibliotece z oszklonymi półkami, najlepiej ciemnej i nieco dostojnej. Podobają mi się oczywiście prawdziwe antyki z tym, że mogę sobie o nich w tej chwili tylko pomarzyć bo tyle pieniędzy za meble nie dam a Krzysiek by chyba apoplessji dostał. Pamiętam komplet mebli  gdańskich do biblioteki z czasów gdy byłam dzieckiem. Składał się z olbrzymiej, rzeźbionej biblioteki, stołu i  pięknego biurka, przy którym odrabiałam lekcje. Wtedy tych mebli nie znosiłam bo mama kazała mi z nich ścierać kurz co wcale łatwe nie było bo te wszystkie rzeźby i ozdoby ciężko się czyściło. Teraz  żałuję, że mama meble sprzedała jak się wyprowadzała do Kamesznicy bo sama jestem zmuszona coś kupić a na takie mnie raczej nie będzie stać. Mebel musi być solidny i  spory a to z tego powodu, że książek mamy niemało a będzie jeszcze więcej bo ciągle przecież kupujemy nowe. Oglądałam ostatnio  meble na allegro i coś znajdę w umiarkowanej cenie z odrobiną rzeźbień. Przydałby się osobny pokój na książki i z wygodnym biurkiem bo teraz piszę na kolanie...Niby jest to wykonalne bo mogę przyłączyć, do swojego mieszkania, pokój po babci ale musiałabym do niego wchodzić przez kuchnię co mi nie za bardzo odpowiada. Tak więc będę musiała z urządzaniem gabinetu poczekać do czasu aż Adrian się całkiem usamodzielni i zwolni swój pokój, duży i od strony podwórka z osobnym wyjściem na dwór. Po prostu bajka...

BARDZO WAŻNE podpiszcie petycję w internecie najlepiej razem z rodziną i roześlijcie po znajomych. Sprawa dotyczy wprowadzenia zakazu wiwisekcji a więc uratowania wielu zwierząt torturowanych a następnie ginących w męczarniach. Każdy podpis się liczy..

http://www.facebook.com/events/126846004173084/



Niedawno kupiłam kolejną książkę jednej z moich ulubionych powieściopisarek i dziś po obiedzie się za nią zabrałam. Zapowiada się ciekawie jak większość czytadeł tej autorki. Poznałam już kilka i poluję na następne bo bardzo mi przypadły do gustu. Są historyczne, kobiece i bardzooo grube...


teraz czytam


 przeczytałam





jeszcze przede mną...




Wczesnym wieczorem skończyłam dwa obrazy. Nadałam im blasku złotem, srebrem i temperą z brokatem. Wyszły nawet fajnie. Później może namaluję jakąś akwarelkę bo w końcu papier i dobry pędzel już mam...


Nowe oblicze obrazu Wdzięk



Obraz Lekkość


Obraz z kursu vedic art Moje światło/zdjęcie nie oddaje barw bo nie wyszedł fiolet/Obraz jest robiony ciekawą techniką. Jest nie tylko malowany pędzlem ale niektóre farby były wylewane na podobrazie...


wtorek, 30 kwietnia 2013

Rzeźby aniołów, bezdomna sunia i kwiaty w domu i przed domem...

Coś ostatnio bardzo mi się marzy wprowadzenie do wnętrza mojego domu więcej energii anielskich. Można to zrobić na wiele sposobów takich jak np. medytacje z aniołami, mandale anielskie, obrazy czy inne ozdoby. Medytację z aniołami praktykuję oczywiście od dawna, do mandali się dopiero przymierzam, obrazów kilka już mam a co do innych ozdób to tych mi wyraźnie brakuje i kombinuję jakby te braki uzupełnić. Są w sprzedaży całkiem fajne i pełne swoistego wdzięku, choć nieco kiczowate zazwyczaj, figurki z gipsu czy porcelitu. Te niestety do mojego domu się nie nadają ze względu na koty, które włażą wszędzie i wszystko albo prawie wszystko nagminnie przewracają lub zrzucają. Wymyśliłam więc rzeźby lub płaskorzeźby drewniane. Są odporne i niektóre bardzo piękne. Ostatnio wyszperałam takie na allegro i na digart...

Podobają mi się zwłaszcza dzieła Mariana Wójtowicza...i chyba się skuszę jak mnie będzie stać ale jeszcze nie wiem ile kosztują. Są spore bo około 1 m i z pewnością pachnące lipą z której zostały wykonane,.,.



 Ten anioł Toksycznych związków przydałby mi się do sypialni. Może zaopiekowałby się sferą uczuć...




A dla tego anioła Dostatku widzę miejsce w moim przedpokoju. Wyglądałby wspaniale i symbolicznie zapraszał wszelki dostatek do mojego domu...

A tu jest link bo inne prace są równie urokliwe i wymowne...



No i pojawił się wczoraj, a raczej był od dawna tylko ja o tym nie wiedziałam, problem z bezdomnym psem a właściwie sunią i do tego jeszcze właśnie karmiącą. Sunia, według relacji mojej znajowej, pojawiła się w okolicach jej domu już kilka miesięcy temu jeszcze zimą i od tego czasu koczuje na okolicznych łąkach w pobliżu lasu. Jak udało jej się przetrwać mrozy nie wiadomo. W tym momencie ma szczeniaki z tym, że nie wiadomo ile i gdzie bo nikt ich nie szukał jak na razie. Sunia jest spora i ma ucięty ogon/chyba ktoś jej zrobił krzywdę/. Nie jest podobno agresywna. Zupełnie nie wiem jak jak pomóc a coś zrobić przecież trzeba. Nigdy psom nie pomagałam bo się ich okropnie boję. W dodatku za daleko mieszkam, żeby ją wyśledzić a znajoma nie chce się mieszać. Utworzyłam wydarzenie na facebooku i wątek na dogomanii. Może ktoś mieszkający w pobliżu zainteresuje się losem suni i coś dla niej zrobi bo ja sama wiele nie zdziałam...Liczę zwłaszcza na pomoc fundacji, które się na takich interwencjach  znają...



Przy okazji pobytu w Będzinie wstąpiłam wreszcie do kwiaciarni i niestety trochę się rozczarowałam bo kwiatów doniczkowych było o wiele mniej niż zwykle.Wybrałam sobie z trudem dwa ale do końca zadowolona nie jestem bo nie wiem czy im będzie u mnie dobrze i czy wogóle przetrwają. Kupiłam ładnie rozrośnięty skrętnik o uroczych fioletowych kwiatkach i odmianę fikusa o drobniejszych sprężystych listkach. Okaz podobny nieco do bonsai. Skrętnika kiedyś miałam i rósł  bardzo dobrze no ale sama go ukorzeniłam z sadzonki pobranej z pięknego okazu zdobiącego okno kuchenne mojej mamy. Natomiast fikusa tej odmiany mam po raz pierwszy. Z tego co przeczytałam jestem w stanie zapewnić mu odpowiednie warunki np..temperaturę bo na szczęście lubi w okresie zimowania chłód. Skrętnik stoi na oknie w kuchni i koty go jeszcze nie wypatrzyły bo nie dałam im okazji. Z fikusem jest już gorzej bo umieściłam go w pokoju dziennym czyli w miejscu gdzie przebywają koty. Wzbudził  od razu ich zainteresowanie. Inaczej nie mogło być. Obstąpiły go ze wszystkich stron, obejrzały i obwąchały ale na razie nie pogryzły i jest duża szansa, że tak będzie dalej bo listki są za twarde by je skusić. Tak myślę...Obym się nie myliła...


Przy okazji zakupów roślin doniczkowych rozejrzałam się też za kwiatami do doniczek ale na dwór przed dom bo już najwyższy czas na coś się zdecydować. Kwiatki wybrać trudno bo mają u mnie ciężkie życie z powodu zbyt dużego nasłonecznienia miejsca w, którym muszą rosnąć. Miejsce jest od południowego wschodu i w dodatku pod murem tak, że nie ma przepływu powietrza i słońce cały czas przypieka. Trzeba by te wrażliwsze podlewać kilka razy dziennie a ja nie mam już do tego zdrowia a Krzyśkowi się po prostu nie chce. W tym roku posadzę więc chyba tylko pelargonie, werbeny i może jedną doniczkę petuni. No i może kilka czerwonych szałwi przy schodach w gruncie. Zrezygnuję z begonii, żeniszków, bratków, śmierdziuszków i fuksji. Może wysieję jeszcze trochę nasturcji pnącej i to wszystko...Tak musi być niestety ale żal mi trochę tych czasów gdy kwiatami miałam obsadzone całe schody i jeszcze na dodatek długie  doniczki zdobiły  prawie wszystkie parapety.

Zupełnie niespodziewanie dziś rano dostałam propozycję napisania jednego lub kilku wierszy do specjalnego numeru czasopisma literackiego Na stronie poświęconego miastu Łodzi. Numer zapowiada się bardzo ciekawie bo zamieszczone w nim będą wiersze wielu uznanych poetów. Czuję się zaszczycona, bardzo się cieszę no i naturalnie już pilnie pracuję bo czasu za dużo nie mam a mam zamiar wysłać dwa może trzy wiersze...

Wiosna w rozkwicie. Ptaki szaleją i śpiewają na potęgę. Wszystko rośnie i rozkwita. Ożył nawet mój ogród a podwórko nie pozostaje w tyle. Tyle piękna przyciągającego wzrok...







niedziela, 28 kwietnia 2013

Konkurs poetycki, zwierzęta, książki i pichcenie...

Wczoraj późnym wieczorem dowiedziałam się na facebooku, że w bibliotece głównej w Będzinie, do której notabene jestem od bardzo dawna zapisana,  istnieje  grupa poetycka Rymozaury. Istnieje i co ważne działa. A teraz ogłosiła ogólnodostępny konkurs poetycki z nagrodami. Nagroda główna jest bardzo atrakcyjna bo dofinansowanie w kwocie 1000zł do wydania tomiku. Mam zamiar oczywiście w konkursie wziąć udział i teraz siedzę i pilnie piszę wiersze bo muszą być trzy i w dodatku nigdzie/nawet w internecie/wcześniej nie publikowane. Czas mam tylko do końca kwietnia.Wygrać naturalnie nie mam rzadnych szans bo zwykle w oczach krytyków uznanie zdobywają wiersze trudne, pełne cierpienia, rozterek, zmagań i walk nie tylko wewnętrznych a ja takich wierszy nie lubię, nie piszę i na dzień dzisiejszy pisać nie mam zamiaru bo nie chcę celebrować nieporządanych uczuć ani dręczyć duszy. Moje samopoczucie i przyjemność tworzenia są w tym przypadku ważniejsze niż nagrody a czytelnicy na szczęście wiersze o lżejszej tematyce też lubią i cenią. No a tomik już kończę przygotowywać i pewnie w tym roku wydam i tak bez dofinansowania...Swoją drogą muszę się tej grupie poetyckiej bliżej przyjrzeć i zorientować się na czym polega jej działalność bo wprawdzie na spotkania w gronie poetów nie za bardzo mi się uśmiecha biegać no ale gdyby te spotkania nie były organizowane za często to może warto by było się jednak na nie pofatygować...Krzysiek by marudził ale co tam...ciągle marudzi...
A jeśli już jesteśmy przy rozwijaniu własnych zainteresowań i bywaniu z tym związanym to dowiedziałam się też niedawno, że w domu kultury w Będzinie istnieje możliwość zapisania się na zajęcia z malarstwa. Zajęcia są oczywiście płatne ale cena jest umiarkowana. Odbywają się niestety aż trzy razy w tygodniu tak, że chyba zrezygnuję bo to dla mnie stanowczo zbyt częste wyjścia z ukochanych domowych pieleszy. Z drugiej strony warto by było się zapisać bo są organizowane wspólne plenery i wystawy a to szansa na udostępnienie szerszemu gronu swoich obrazów. Spytam bo może istnieje możliwość bywania rzadziej i opłaty po każdych zajęciach...A wtedy może...kiedyś bo w tej chwili ciągnie mnie bardziej do vedic art...

Dziś całe futrzaste towarzystwo było odrobaczane jak co roku z nadejściem wiosny. Wszystkie zołzy zostały, nie bez komplikacji, poważone na wadze elektronicznej pożyczonej od koleżanki bo moja niestety nie działa tak jak potrzeba. Tabletki były uniwersalne tz.i dla psa i kotów na 10 kg wagi więc musiałam je precyzyjnie podzielić. Nie obyło się oczywiście bez awantury czyli gryzienia, drapania i  dzikich wrzasków. Zostałam oczywiście uszkodzona i to kilkakrotnie mimo zawijania kotów w gruby koc. Grzecznie połykał tylko Józek bo ma wprawę i Pikuś dzięki fortelowi z kiełbasą. Wnioski z ważenia nie są zbyt optymistyczne bo 3 łakomczuchy i to w dodatku kastraty niestety nabrały tłuszczyku a weterynarz wyraźnie zakazał tycia. Filuś, od jesieni, przytył trochę, Śnieżek dużo ale jeszcze rośnie i Mruczek ponad pół kg tak, że aż mu sadełko na brzuszku zwisa. Będę musiała na nie uważać bo wprawdzie bardzo okrągłe jeszcze nie są ale i smukłe też już nie....Więcej nabrać  im nie wolno...Pozostałe koty są raczej smukłe i całe szczęście.
Przytył też  Pikuś i to sporo bo trzeba było poluzować obrożę. Dziwi mnie to bo ostatnio zrobił się strasznie wybredny. Chrupki nie każde je, obiad ze swojej miski raz na dwa dni, na kości kręci nosem i zjada dopiero wtedy gdy zabierają się za nie koty. Jeszcze tylko chętnie z tym, że nie zawsze wyjada z kocich misek gdy nie widzimy. Smakuje mu też suchy pokarm dla kotów. Co będzie dalej zobaczymy...


Na obiad była dzisiaj tarta a właściwie guiche na kruchym cieście

nadzienie

2 duże cebule
kawałek papryki
mały seler
dużaaa marchew lub 2 mniejsze
kawałek korzenia pietruszki
sól
pieprz
tymianek
1/2 szklanki śmietany
4 jajka
trochę startego żółtego sera
 w wersji dla mięsożerców można dodać pokrojoną kiełbasę lub boczek

Cebulę i paprykę pokroić, dodać starte/grubo/marchew, seler i pietruszkę no i ewentualnie wędlinę i podsmażyć na oleju. Wyłożyć na tortownicę wyścieloną kruchym ciastem/ z brzeżkiem/doprawić i zalać śmietaną z jajkami. Na koniec posypać startym  serem. Piec 35 minut. Smacznego...

Na kolację przygotowałam grzanki na chlebie tostowym z rybą w oleju wymieszaną z zieloną cebulką z parapetu i posypaną  żóltym serem Szybkie i proste tak jak lubię. Pycha...



Od dawna za mną chodził zakup kilku książek o malowaniu i dzisiaj uległam wreszcie i zamówiłam dwie. Przyjdą oczywiście już po świętach ale skoro czekałam tyle mogę poczekać jeszcze trochę...nic mi się nie stanie. W końcu cierpliwość to wspaniała cecha...Ponoć..



Na tą  poczekam niestety nieco dłużej...


a te są w raczej odległych planach...




a ta jeszcze poczeka bardzo długooo....bo za pastele się jeszcze nie zabrałam...

sobota, 27 kwietnia 2013

Codzienność, medytacje i kolczyki...

Ostatnie dni były  bardzo pracowite. W środę i w czwartek był kurs a wczoraj dalsze przesadzanie agrestów i przygotowywanie miejsca pod następne. Znalazłam jeszcze kilka ładnych krzaczków w innym miejscu więc jest spora szansa, że będą  inne niż te, które brałam z jednego, poprzedniego, miejsca. Dobrze by było bo przydałyby się agresty i czerwone i zielone. Do tej pory przesadziliśmy 9 krzaków. A jutro mimo niedzieli, mamy zamiar przesadzić porzeczki bo jednak kilka krzaczków znalazłam. Będą chyba czerwone bo w tym miejscu rósł kiedyś potężny krzak właśnie czerwonych porzeczek, jeszcze posadzony przez dziadka, i to mogą być odrosty. Byłoby wspaniale tym bardziej, że dwa krzaki czarnych porzeczek już mam. Rosną wprawdzie pod płotem w cieniu drzew ale trochę owoców jednak z nich zbieram.
Dzisiaj dzień odpoczynku, przynajmniej dla mnie bo Krzysiek biedaczek oczywiście, całe popołudnie, jest w pracy. Miałam zamiar troszkę po południu pospać ale skończyło się tylko na dłuższej medytacji tym razem z kamykami na czakrach i w gwieździe z kryształów górskich. To bardzo skuteczna medytacja, jedna z lepszych, jakie stosuję. Od razu wycisza i relaksuje albo dodaje energii w zależności od tego w którą stronę skierowane są czubki kryształów górskich. Czubki skierowane w kierunku ciała dodają energii, a czubki skierowane na zewnątrz odprowadzają nadmiar energii i przez to wyciszają. Ja osobiście medytuję dość często ale nie codziennie niestety bo nie zawsze mam czas .Lubię medytować a medytację z kamieniami  lubię  szczególnie bo kamienie budzą mój zachwyt i czuję z nimi wręcz magiczną więź od zawsze, Dzisiejsza medytacja mnie wręcz odrodziła. Kamykom oczywiście podziękowałam, oczyściłam je i wystawiłam do okna, żeby miały możliwość chłonąć do woli energię słońca i księżyca tak jak tego potrzebują. poczułam ich wdzięczność...
Tak sobie myślę, że trzeba by dokupić trochę kamyków i do litoterapii i pośrednio do terapii czyli biżuterii z naturalnymi kamieniami. Ostatnio coś bardzo kuszą mnie kolczyki. Oczywiście takie długie i wiszące bo tylko takie lubię. W moim wieku takie wprawdzie nie bardzo pasują ale chyba nie będę na to zwracała uwagi i i tak kupię bo w końcu moje kolczyki mają się podobać przede wszystkim mnie a  innym, nawet te wyjątkowo długie, przecież krzywdy nie robią...
Najwyraźniej po vedic art nabrałam innego spojrzenia na niektóre sprawy i odwagi...

Na dzień dzisiejszy wybiorę pewnie coś z tych chyba, że znajdę jeszcze inne...wszystkie są srebrne z naturalnmi kamieniami...









Zamówiłam wreszcie specjalny papier do malowania akwarel w blokach/3 rodzaje/ pędzel z włosia wiewiórki/ cieniutki i drogi/ medium do akwarel i kilka farb akwarelowych w kostkach znacznie lepszych gatunkowo niż moje szkolne. Zabrałam się za to niestety za późno i chyba  przesyłka przyjdzie dopiero po świętach a szkoda...Zamówiłam też oczywiście farby akrylowe w tubkach/4 kolory/w tym wreszcie jasny róż do namalowania anioła miłości, który już za mną  od dawna chodzi i upomina się cichutko o uwagę...Przy okazji trafiłam na sklep dla plastyków w Katowicach, zajmujący się również sprzedażą internetową, mający w ofercie stosunkowo tanie podobrazia i sztalugi. Kusi mnie wybrać się tam osobiście i zrobić porządne zakupy na miejscu, pooglądać dokładnie, popytać i podotykać...No ale jak bez samochodu...

Właśnie Rozunia otworzyła sobie lodówkę/pierwszy raz/i zjadła ponad 20 dkg wędliny/chyba szynki/ z indyka. Musiała jej szelmie bardzo smakować  bo nie zostawiła nawet plasterka. A potem część/chyba/ zwróciła na świeżo rozłożony obrus w kuchni bo to jednak za dużo jak na drobną koteczkę. Będzie wieczorem wojna bo Krzysiek kupił sobie,,to coś" na niedzielę a będzie musiał jeść warzywka  i ewentualnie dżem...

No i jeszcze następne dwa obrazy z kursu...Pierwszy to Ruch a drugi Moja przestrzeń...




czwartek, 25 kwietnia 2013

kwiaty, krzewy i kurs vedic art...

Zawsze kochałam kwiaty z tym, że z uwagi na chory kręgosłup od kilku lat pielęgnowałam  już tylko te w domu. Miałam sporo,ładnych i rozrośniętych, we wszystkich pokojach, w ganku i w kuchni. Od pewnego czasu kwiatki są systematycznie niszczone przez koty. Zwłaszcza Rozi podgryza i zrzuca je z półek i parapetów a teraz nie są nawet bezpieczne  w sypialni bo je gnębi w nocy Józek. Zniszczyły mi na spółkę prawie wszystkie albo w całości albo tak pogryzły, że kwiatki są nie do odratowania. Przepadły stopniowo połamane: prawie metrowa begonia drzewiasta, fikus beniana o dwubarwnych listkach, aralia, szeflera, fikus dębolistny i ten o dużych gładkich barwnych liściach oraz drzewko szczęścia i geranium. Józek zjadł całego, dużego papirusa i chemedorę a Rozi jakiś czas temu wzięła się nawet za agawy. Zielistki i asparagus nie mają szans od dawna a bluszcze oddałam bo chociaż wisiały na ścianie nie były bezpieczne a są trujące. Została oskubana dracena, 2 choje/wprawdzie trujące ale tak niesmaczne,że ich nawet nie próbują/, fikus beniana, epyfilum i kliwia, wysoko pod sufitem. Nic nie pomagało ani karcenie ani wysiewanie trawy. Już się prawie poddałam...gdy zupełnie nagle koty prawie straciły zainteresowanie. Wystarczy je pogonić i odchodzą. I reszta kwiatków już od kilku miesięcy jakoś trwa. A ja zaczęłam kupować nowe bo bardzo mi ich brak. Zapisałam się na fora ogrodnicze i zamawiam sadzonki i szczepki takie hodowane w domu bo te z kwiaciarni często po przyniesieniu do domu po prostu marnieją. Za tydzień ma przyjść begonia drzewiasta i może jak dobrze pójdzie skrętnik i fuksja o 2 barwnych liściach. Kupiłam też  jeszcze przed świętami cyprysika i nadal stoi w stanie nienaruszonym na oknie w kuchni. W przyszłym tygodniu mam zamiar się jednak skusić i pójść do kwiaciarni a może coś kupię...Oby bo dom bez kwiatów zrobił się smutny i pusty...

We wtorek po południu wreszcie przesadzaliśmy z Krzyśkiem agresty. Wreszcie bo zabieraliśmy się za to już z 3 lata. Tym razem  miejsce zmienio 5 dorodnych krzaczków. Wszystkie młode z tym, że odrosty od tych, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Zostało jeszcze conajmniej 6 z tych bardzoo pilnie potrzebujących przesadzenia bo rosnących pod drzewami w gąszczu krzaków bez dostępu słońca.. Posadziliśmy niestety trochę za gęsto bo w odległości metra od siebie a powinno być 1,5 ale nie było możliwości inaczej bo nowe miejsce jest na podwórku pod siatką, a podwórko z gumy nie jest. No a oprócz tych oczekujących 6 jest jeszcze kilka też pod drzewami w starym sadzie. Wszystkie stare, cenne, odporne odmiany. Mam nadzieję, że się przymą i jeszcze się agrestów najem w tym życiu. Myślę jeszcze o czerwonych i białych porzeczkach ale może dopiero jesienią bo w tej chwili nie damy rady podlewać na raz tyle krzaków wiaderkiem bo wody na podwórku podłączonej już nie ma. Kiedyś oczywiście za dobrych czasów była porządna pompka ale rurki pordzewiały i trzeba było odłączyć. Porzeczki może dostanę od koleżanki jeśli będzie miała a jak nie to przykopiemy pędy i przesadzę jak się ukorzenią. Można oczywiście kupić ale mnie zależy na starych odmianach a takie pozostały już chyba tylko w przydomowych ogrodach.
 Trzeba by jeszcze pomyśleć o malinach. Mam sporo krzaków ale zaniedbanych i zdziczałych. Trzeba by je przyciąć, a młode odrosty przesadzić w inne miejsce. I dbać na bieżąco bo w tej chwili zbieram tylko z pół litra owoców a mogłabym znacznie więcej z tej ilości krzaków.Warto o nie zadbać bo to dobra, bardzo plenna odmiana jeszcze po mojej prababci.
W sadzie pod drzewami można też znaleźć  krzaczki truskawek. Takie biedactwa marniutki i wątłe. Oczywiście nie owocują bo zaniedbane, nie zasilane i wyciągnięte z braku słońca. No ale gdyby je przesadzić w lepsze miejsce i dopieścić może by jeszcze coś z nich było. To dobra odmiana rodząca wspaniałe, słodkie owoce. Pamiętam  ich smak z dzieciństwa a to przecież odrosty. Tyle lat przetrwały więc myślę, że warto im dać szansę...Może...
Kusi mnie też i to bardzo posadzenie wiśni może łutówki i śliwy najchętniej damaszki bo lubię się napić kompotu i podjeść ciasta a z kupować szczególnie wiśni nie mam gdzie. Z tym jest problem bo trzeba by najpierw wyciąć 3 stare, uschnięte, potężne drzewa i sporo chaszczy, żeby zrobić miejsce na nowe nasadzenia. Nie bardzo ma się kto za to zabrać. No i nie ma czym bo przecież siekierą się takich spraw nie załatwi. Trzeba by do tego piły spalinowej a my nie mamy.i nie mamy zamiaru też kupować na wycięcie kilku drzew. Muszę to przemyśleć i się z tym  raczej pośpieszyć bo młode drzewko zaczyna owocować dopiero po kilku latach po posadzeniu a ja młodsza przecież nie będę...Kiedyś za czasów mojego dzieciństwa i młodości był ładny sad przy domu. Mój dziadek posadził  sporo drzew i bardzo o nie dbał. Były śliwy damaszki i węgierko-damaszka, grusze, jabłonie letnie i papierówki, wiśnie normalne i szklanki, agresty czerwone, czerwone z włoskiem i zielone, porzeczki białe, czerwone i czarne, orzechy włoskie i winorośl. Owoców było w bród i do jedzenia i na przetwory. Później z czasem drzewa się wyrodziły i zaczęły umierać jedno po drugim. Teraz niewiele już zostało a mnie żal...i czasem złość chwyta, że muszę teraz owoce kupować i zamiast zdrowych soków i kompotów piję napoje ani zdrowe ani specjalnie smaczne...
Brakuje mi też swojego rabarbaru bo zawsze była potężna kępa. Teraz nie ma nawet śladu po nim. No chyba, że jeszcze z ziemi nie wyszedł...Poszukam za miesiąc i jeśli będzie przesadzę a później zasilę...A może w przyszłym roku będę miała własny na kompot i ciasto...

Uratowane kwiatki...biedaczki lichutkie takie...








Jestem już po pierwszym stopniu kursu Vedic art. Dziś miałam ostatnie zajęcia. Jestem bardzo zadowolona i szczęśliwa. Kiedyś pewnie jak wszystko pójdzie dobrze skończę stopień drugi. Nie może być inaczej.   Warto było bo bardzo dużo się nauczyłam we wspaniałej atmosferze, robiąc to co lubię. Otworzyłam się nie tylko pod względem artystycznym ale i duchowym. Nabrałam z powrotem entuzjazmu i rozpędu. Pokochałam malowanie z tym, że teraz ciągnie mnie w stronę abstrakcji. Przez cały kurs namalowałam 9 obrazów. To jeden z nich...Bardzo go lubię...Nosi tytuł Mrok




poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ratowanie roślin, miasto i malowanie...

Wczoraj byłam trochę na dworze z mamą przy roślinach. Mama plewiła, przesadzała i ratowała z chaszczy co się da a ja jej zapewniałam towarzystwo. Przesadziła kilka kępek śpiącch kwiatków, takich cebulowych, białych gwiazdeczek stulających płatki na deszcz i po zachodzie słońca. Ocalały z czasów gdy byłam dzieckiem. Pamiętam jak były bezlitośnie tępione przez ciocię Alę bo wyrastały wszędzie niczym perz. A teraz są dla nas takie cenne. Znalazłyśmy też kilka sadzonek barwinka o dwubarwnych liściach, liliowce o fioletowych kwiatach, goździki kamienne po prababci, 2 kępki narcyzów, kilka kępek właśnie kwitnących fiołków i pięknie kwitnącą na fioletowo-różowo roślinkę o listkach w białe plamki, irysy kwitnące na biało i takie drobniutkie niebieskie dzwoneczki cieszące oko wiosną. Niestety czerwone i pomarańczowe prymulki chyba się zmarnowały a były olbrzymie kępy. Nie widać też kiełkującej serduszki okazałej, hiacyntów i kilku roślin ze skalniaka. Zmarnowała  się pnąca hortensja ale za to jaśmin przywieziony ze wsi od męża pięknie rośnie podobnie jak bez, stara wonna odmiana, wykopany spod domu mojej nieżyjącej już ciotki. Mama znalazła też olbrzymi  czerwony włochaty agrest z gromadką młodych krzaczków obok, kilka krzaczków agrestów i porzeczek/stare cenne odmiany/,rabarbar i chrzan. Wszystkie znaleziska trzeba przesadzić i zadbać o nie. Tylko kiedy i kto...
Na podwórku jest  nawet przyjemnie choć już nie tak spokojnie i zacisznie jak w zeszłym roku, czyli zaraz po zamontowaniu szczelnego, wysokiego płotu drewnianego broniącego mojej prywatności, bo obok powstaje nowy dom z oknami i balkonem skierowanym w  kierunku naszego podwórka. Zgroza. Sąsiedzi jak zechcą będą mogli widzieć co robimy przed domem a nawet zerkać w nasze okna i po prywatności niestety...Mam tylko cichą nadzieję, że nie okażą się wścibscy i kłopotliwi...

Dziś miałam  wątpliwą przyjemność wyjazdu do miasta na zakupy. A później poszliśmy w odwiedziny do Darka brata Krzyśka. Odwiedzamy go co jakiś czas, mniej więcej raz na miesiąc bo mieszka blisko. Nie przepadam za tym choć Darka  lubię. Te kilka godzin siedzenia za zastawionym stołem i gadania o niczym okropnie mnie męczy. Wolę jak Darek przyjeżdża do nas bo mogę z nim gadać leżąc na kanapie tak jak lubię a mój kręgosłup jest mi wdzięczny. Wróciliśmy dopiero po 18 oczywiście taksówką bo autobusy, te zatrzymujące się blisko mojego domu, o tej godzinie już nie kursują a spacer około kilometra mi się nie uśmiechał zwłaszcza po kilku godzinach siedzenia. Zastaliśmy nieco zdemolowane mieszkanie bo koty się nudziły a pies złościł. Koty zrzuciły kwiatka z parapetu, oba piloty i lampę a pies wyciągnął z szafeczki na buty papucie męża i zaniósł na legowisko a potem albo wcześniej, obsiusiał krzesło w ganku. I tyle...

Wczoraj, zmęczona ruchem, przeniosłam się z malowaniem na kuchenny stół. I to było dobre,przynajmniej pozornie, rozwiązanie bo nikt mi nie gadał nad głową a stół duży, wygodny nie to co ława w pokoju. W dodatku ustawiony bezpośrednio pod sporym oknem. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie koty. Te diabły wcielone za nic nie mogły znieść, że mnie nie ma z nimi tak długo i za wszelką cenę usiłowały sforsować drzwi. Drapały w nie, skakały i darły się pod nimi jak opętane. Zwłaszcza Józek dawał koncert. A ja wpuściłam Józka to zaczęła Rozi a potem następne. A Krzysiek się przez te rozruchy oczywiście okropnie wściekł bo chciał w spokoju drzemać, jak zawsze w niedzielę, a tu taki raban...Ciekawe co to będzie jak już urządzę pracownię. Coś tak czuję, że głównym meblem będzie  wygodna kanapa dla kotów bo mi nie dadzą spokoju...
Namalowałam kolejnego anioła. Tym razem w różnych odcieniach niebieskiego z dodatkiem srebra, złota i niebieskiej tempery z drobinkami brokatu...Jutro planuję przerwę ale nie wiem tego na pewno. A pojutrze w środę zaczyna mi się druga tura kursu vedic art czyli kolejne dwa dni...


Rwa pomaleńku  chyba mi przechodzi. Ból łapie mnie znacznie rzadziej i już tylko jedną nogę a na początku był problem z obiema. Cieszę się bo i tym razem obyło się bez lekarza, leków i nawet bez masaży. Trochę to trwa bo już 3 tygodnie ale leki też by szybciej chyba nie pomogły...Mam nadzieję, że z czasem ustąpi całkowicie...