Codzienność

Codzienność

piątek, 17 października 2014

Codzienność, działanie, plaga myszy i opwiadanie...

Jestem wykończona, bo działałam w sadzie. Wprawdzie tylko godzinę, ale za to w porządnym tempie, ponieważ kropił deszcz i bałam się by nie rozpadało się bardziej. Pracy przełożyć się nie dało - przyszły drzewka i trzeba je było posadzić. Przy okazji znalazłam w sadzie całkiem ładne drzewko trzmieliny i chyba krzaczek leszczyny. Chyba, bo nie jestem pewna czy to na pewno leszczyna. Krzaczek jest podobny, ale kto go tam wiem. Nie znam się. Przyszłam cała mokra i zmarznięta. Dobrze, że w piecu się pali od rana.
Wygląda na to, że stagnacja w moim życiu się skończyła i wszystko pięknie ruszyło z kopyta. Przyszły nie tylko drzewka, ale i część do telefonu. W poniedziałek ją zawiązę do punktu i mam nadzieję, że telefon da się naprawić. Naprawiona też jest wreszcie pralka. Pierze jak złoto. Przesyłka z farbami olejnymi jest w drodze. A zepsuty aparat fotograficzny raczy jednak działać. Dwa dni temu był brat Krzyśka i zrobił mi dziury w suficie, żeby była wentylacja. Mam nadzieję, że wilgoć w kuchni i w sypialni się skończy. No i jest dobrze...

Wczoraj napisałam opowiadanie. Tym razem historia jest prawdziwa i wydarzyła się w górach w latach 80 ubiegłego wieku. Kobieta z opowiadania to moja mama, a główny bohater to mój znajomy. Oczywiście zmieniłam co nieco i imiona... 

Tchnienie zimy

- No zabieraj się kawalerze. Tu nie hotel. Wyśpisz się w domu - krzyknęła mu do ucha barmanka, potrząsając go za ramię. Już późno, zamykam.
- Idę, idę - mrukną Antek, podnosząc się z miejsca i chwiejnym krokiem ruszając do drzwi.
- Pani da jesce ćwiartkę - dodał.
- A dam, dam tylko weź se i idź wreszcie - warknęła kobieta, podając mu butelkę.

Antek pił od popołudnia jak co miesiąc po odebraniu wypłaty. Dziś spotkał kolegę z sąsiedniej wsi to miał z kim. Przepił sporo, ale to nic nowego. W końcu pił nie od dziś. Jutro poprawi, w niedzielę wytrzeźwieje, a w poniedziałek spokojnie pójdzie do pracy. Jak zawsze matka pogdera i przestanie. Przyzwyczaiła się już. Ojciec sam pije to nawet się nie zdziwi. W końcu, który góral wylewa za kołnierz. Antek nie znał takiego.

- Krucafuks alem się zaprawił - wymamrotał, zapinając kurtkę. Teroz tylko, żebym jakosik do domu dotarł. Jak dobrze pódzie za niecalutką godzinę już bedę się grzoł pod pierzyną. Pomyślał, zamykając drzwi.
Wiatr ze śniegiem zaatakował go tuż za progiem. Antek naciągnoł czapkę na oczy i podążył ku drodze. Szło się ciężko, bo padający od wielu godzin śnieg zasnuł wszystko grubą warstwą bieli. W lesie było jeszcze gorzej - Antek szedł powoli, zapadając się powyżej kolan. Po chwili już się zmęczył, przystanął więc i pociągnął z butelki. Zrobiło mu się cieplej. Ruszył dalej raźniej, zataczając się przy tym i chwiejąc. W głowie mu szumiało, śnieg wciąż padał grubymi płatami, a wiatr wyciskał mu łzy z oczu. Teroz jeszcze pole Józka Wawrzyńca, kowalowa łąka, potok i już będzie zejście do chałupy. Myślał to klucząc między drzewami to chwytając się krzaków. Wyjście z lasu było tuż tuż, gdy zatoczył się mocniej i zjechał kilka metrów w dół. Zatrzymał się pod drzewem. Flaska ocałała, odpocnę. Pomyślał, biorąc spory łyk.



Anna i Jacek na wsi zamieszkali kilka lat temu. Zakochali się w tym miejscu oboje. Zachwyciła ich cisza, balsamiczne powietrze, życie w rytmie pór roku i niezwykła przyroda. Miejsce było urocze i malownicze. Dom stał na skraju wsi nad wijącym się potokiem wśród wysokich drzew.  Majestatyczne świerki zaglądały do okien, wiewiórki przychodziły do ogrodu na orzechy laskowe, a w potoku było pełno pstrągów. Oboje byli na rencie, uprawiali ogród, zbierali grzyby, hodowali kury. Jacek sam remontował dom, który kupili, a Anna jako bioterapeutka i radiestetka pomagała okolicznym ludziom. Żyło im się dobrze, dostatnio i spokojnie.

- Cały czas pada - powiadziała Anna wyglądając przez okno, żeby tylko wsi nie odcięło od świata. Znowu będzie problem z dojazdem do miasta po zakupy. Znowu samochodem nie wyjedziesz, będziemy zdani na sanie Staśka znad potoka i trzeba będzie piec chleb w domu. Mam nadzieję, że światło będzie - dodała.
- Nie martw się. Poradzimy sobie. W końcu to nie pierwsza nasza zima tutaj, a spiżarnia jest pełna - uśmiechnął się Jacek. Węgla i drewna też nam nie zabraknie, a pieczone przez ciebie bułki są lepsze niż te ze sklepu. Nafta również jest - dorzucił uspokajająco.

Głośne łomotanie w drzwi przerwało ich rozmowę. Jacek otworzył i stanął twarzą w twarz z potężnym mężczyzną ubranym w baranicę. Góral był cały obsypany śniegiem, a z ust przy każdym oddechu wydobywała mu się para.

- Szczęść boże. Czy tu mieszka ta wiedźma? Syn mi zaginął kajsik. Już ctery dni go ni ma - rzucił przybysz.
- A co na o milicja - spytał Jacek.
- Nie kcą jesce szukać - odpowiedział mężczyzna.

Już po chwili Anna siedziała z wahadełkiem nad mapą okolicy. Wyciszyła się, wzięła do ręki zdjęcie chłopaka, Zapaliła świecę i zaczęła pracę. Wahadełko kręciło się i wirowało, raz mocniej raz słabiej. Anna przesuwała nim nad mapą szukając miejsc gdzie kręciło się mocniej. W okolicy baru w L zawirowało mocno w lesie na górze nad polem Józka Wawrzyńca o mało nie wyskoczyło jej z rąk. Gdzieś w okolicy musi być, ale gdzie. Mapa nie jest dokładna, a teren  rozległy. Pełno tu jarów, wykrotów i rozpadlin. W dodatku śnieg na tym terenie musi być głęboki. Nic więcej nie zrobię i jak tu powiedzieć ojcu, że syn nie żyje. Myślała Anna ze smutkiem. Tego była pewna. Zapytała wahadełka, a ono wyraźnie wskazało, że żywego człowieka nie szuka.

Następnego dnia kilkunastu mężczyzn o ponurych twarzach, uzbrojonych w drągi ruszyło w góry. Szukali w okolicy wskazanej przez Annę. Stopniowo przemierzali las, pole i łąkę. Poszukiwania utrudniał bardzo głęboki śnieg. Mężczyźni miejscami zapadali się powyżej ud. Poszukiwania odwołano. Próbowali dzień po dniu bez efektu. Dopiero wiosną, gdy śnieg częściowo stopniał Józek Paluch wracając z L dokonał makabrycznego odkrycia. Antek siedział pod drzewem. Miał wcześniej gości, bo tropów zwierząt było w pobliżu co niemiara. Nie uśmiechał się jak to miał w zwyczaju za życia, bo brakowało mu pół twarzy i obu dłoni.

- Wiedźma miała rację - mrukną Józek żegnając się. Dobrze, że go góry łoddały. Przynajmniej spocnie w poświęconej ziemi. Myślał pędząc w dół.



W kuchni znowu mam plagę myszy. Ona łapie i łapie, a końca nie widać. Wczoraj znowu złapała, robiąc przy tym straszny rumor i demolując wszystko pod zlewem. Mysz była duża i tłusta. Pewnie miała mieć młode. Krzysiek wyniósł ją jeszcze żywą do ogrodu. Dziś następna ofiara tym razem zamęczona wylądowała w ogródku. Ciekawe ile ich jeszcze będzie...

Zmykam na medytację, a później będę robić horoskop dla znajomej z facebooka. Trochę nad nim posiedzę, bo horoskop jest partnerski czyli prawie jak dwa horoskopy indywidualne. Późnym wieczorem mam jeszcze zabieg Reiki dla kobiety z depresją typu jesiennej.


2 komentarze:

  1. Bardzo dobre opowiadanie - jak zawsze! Narracja, dialogi i styl językowy - w mistrzowskim wydaniu. Dużo oryginalnych pomysłów na każdą miniaturkę - świetnie.

    Pozdrawiam ciepło i jeszcze więcej weny życzę,
    Rita

    OdpowiedzUsuń

dziękuję za odwiedziny i komentarze..pozdrawiam