Codzienność

Codzienność

czwartek, 13 lipca 2017

Czwartek

Kilka dni temu zebrałam wreszcie ziele, które używam do okadzeń. Wiązanki już wiszą na ścianach pod sufitem. Tym razem to dziurawiec, tuja, jałowiec, paproć, chmiel i babka. Będzie jeszcze dziewanna, bukszpan, ogórecznik. Nie udało mi się znaleźć bylicy ale mam z zeszłego roku. Mam też pokrzywę. Jak mi bylicy braknie to białą szałwię kupię. Okadzam zwykle co miesiąc w nów. To czyści wnętrza ze złej energii i wprowadza pozytywne wibracje. Okadzania są bardzo skuteczne. Można też okadzać w innych celach np. w celu przywołania miłości, przywróceniu zdrowia, osiągnięciu dostatku finansowego. Oczywiście ziele w każdym przypadku jest inne i nie wszystkie okadzenia przeprowadza się w nów.


W najbliższym czasie powinnam jechać do miasta kupić doniczki. Sukulenty trzeba przesadzić do większych i to już. Krzysiek doniczek nie kupi. Sukulenty się u mnie dobrze mają - rosną i kwitną. Ładnie mi też rosną dracenki i hoje. Powinnam przesadzić kaktusy. Rosną w zbiorowej doniczce, która urodą nie grzeszy, bo  stara i plastikowa jest. Coś by trzeba ładniejszego kupić. Od razu kupię też kilka kaktusików. Mam zamiar je trzymać na oknie w przedpokoju. Kaktusy przy wejściu mają działanie ochraniające przed złą energią i złodziejami. W zimie chłód zniosą, a może nawet zakwitną? Muszę pozbyć się amarylisów, bo mi z nimi nie po drodze. Nie kwitną wcale i tylko się u mnie męczą. Trzeba cebule pędzić, zasuszać, kombinować. To za dużo jak dla mnie. Ja chcę kwiatka wsadzić i żeby rósł. Wyprawiać z nim nie mam zamiaru i zawsze zapomnę kiedy jest na te zabiegi termin... W przyszłym roku wiosną może kupię fikusy - baniana i tego o barwnych liściach. Ciekawe czy moja zimna sypialnia będzie im służyć.

wtorek, 11 lipca 2017

Wtorek

Ostatnio znowu sporo pitraszę. Wybieram potrawy z książki Dieta optymalna i z czasopism. Wczoraj zrobiłam pyszną sałatkę. Dziś zrobię kolejną. Tłusta dieta chyba mi służy, bo mam sporo energii. Trochę też schudłam. Dieta mi odpowiada. Słodyczy i mąki mi nie brak. Głodna nie chodzę. W głowie mi się nie kręci. Zobaczymy co dalej będzie.

Sałatka

2 jajka ugotowane na twardo
10 dkg kiełbasy lub szynki wersja lżejsza
groszek
ogórek kiszony
cebula piórka
majonez
sól
pieprz
zioła jeśli ktoś lubi

Wszystko pokroić, wymieszać dodać majonez.

Sałatka

por
marchew
ogórek kiszony
2 jajka
parówki
kukurydza
sól
pieprz 
majonez
zioła

Wszystko pokroić, wymieszać i dodać majonez. 

Wczoraj znalazłam dość tanie meble sosnowe. Nie są wprawdzie takie piękne jak te na które się napaliłam ale są za to o co najmniej połowę tańsze. To dla mnie ważne. Stół, który kiedyś wybrałam kosztował 1200 zł. Ten nowy 300zł. Chyba ten nowy kupię już w tym miesiącu, bo stary antyczny po prababci zjadły mi korniki.


A na koniec opowiadanie tym razem na faktach...



Ze wspomnień bioterapeutki

Od kilku minut nie spałam. Leżała w bezruchu, chłonąc ciszę poranka. Dzień budził się powoli. Noc już odpłynęła za zasłonę snu. Najpierw odezwały się ptaki. Pewnie wróble mające gniazda w winobluszczu okrywającym gąszczem liści wschodnią ścianę domu. Później krowa u sąsiadki dała znać, że najwyższy czas na dojenie, a jeszcze później dobiegło do moich uszu gdakanie kur. Nic tylko pani Basia już kręci się po obejściu. Musi być koło siódmej. Pomyślałam wystawiając twarz ku słońcu, przedzierającemu się przez firanki.

- Jeszcze chwilka - mruknęłam sennie, przeciągając się.

Zwinięta jeszcze przed chwilą obok mojej głowy, czarna jak noc, kotka Musia, właśnie wstała i wyprężyła grzbiet. Po chwili zaczęła mruczeć i wylizywać sobie łapki. Najwyraźniej nie była jeszcze głodna, bo z lubością wygrzewała się w słońcu.
Kotka zamieszkała ze mną ponad rok temu latem. Któregoś dnia znalazłam ją w lesie. Malutka była głodna, spragniona i przerażona. Pewnie znalazła się w tym miejscu, bo właściciele wyjeżdżali na wakacje. Cóż tak bywa. W ten sam sposób trafił do mnie kocurek Maciuś, bury pieszczoch, śpiący teraz w nogach łóżka.
Kochałam koty i pomagałam im od lat. Doskonale pamiętałam pierwszego kota, któremu pomogłam. To było jeszcze w czasach, gdy mieszkałam w mieście. Któregoś dnia rano natknęłam się na przystanku na maleńką szarą kuleczkę bezskutecznie kręcącą się wśród ludzi i miauczącą. Nikt nie miał czasu. Nikt się biedą nie zainteresował. Spóźniłam się wtedy do pracy, bo przecież musiałam wrócić do domu, żeby malucha nakarmić. Szef był wściekły i dał temu wyraz robiąc mi awanturę.
Jak to dobrze, że już żadnego szefa nie mam. Myślałam wstając.

Teraz zajmowałam się astrologią, bioterapią i agroturystyką. Przez cały rok wynajmowałam pokój. Tylko jeden. Przyjmowałam jedynie osoby chore zdecydowane na zabiegi bioterapii. Chętnych nie brakowało, bo pomagałam skutecznie, a zabiegi były bezpłatne. Były za to dwa dziennie i wliczyłam je w cenę pokoju. Oczywiście w ofercie było również całodzienne wyżywienie. Kochałam swoją pracę i wciąż się dokształcałam. Ostatnio np. wzięłam udział w warsztatach litoterapii.

Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk dzwonka do drzwi. Narzuciłam szlafrok i wyszłam do ganku. Za drzwiami stała moja koleżanka, Krysia. Była blada, znękana i trzymała się za policzek, który był nieźle napuchnięty. Jej zawsze nienaganna fryzura była wzburzona, a ciuchy wymięte jakby w nich spała.

- Ratuj Anka, bo nie wytrzymam. Ząb mnie zaczął boleć w nocy, nie spałam ani minuty i jestem ledwie żywa. Tabletki nie pomagają wcale i już mi od nich niedobrze. Sorry, że o tej godzinie…
- No coś ty nie przepraszaj. Mus to mus. Trzeba było od razu w nocy przyjść, nie czekać – powiedziałam, szerzej otwierając drzwi.
- Waldek też tak mówił ale ja cię budzić nie chciałam. Wiem przecież, że dziś przyjeżdża ta babeczka z chorą córką i zacznie ci się młyn.
- Tak. Przyjeżdżają tuż po obiedzie. Zostaną dwa tygodnie. Lekko chyba nie będzie, bo mała jest po porażeniu dziecięcym. Wcale nie chodzi. Jest wręcz bezwładna, strasznie nerwowa i nie śpi po nocach. Matka jest wykończona, a na dodatek jej też nie jest lekko, bo ciężko klimakterium przechodzi. Monisię urodziła już grubo po czterdziestce. No ale wchodź dalej z tym zębem i siadaj. Zaraz zrobię ci seans dorzuciłam.

Już po chwili Krysia siedziała w kuchni na taborecie. Wyciszyłam się, poprosiłam opiekuna duchowego o pomoc, potarłam dłonią o dłoń i dotknęłam lekko ręką policzka koleżanki. Energia popłynęła bez przeszkód. Już za moment poczułam kłucie w dłoni i ciepło.

- Oj, oj czym to robisz – jęknęła Krysia. Boli jeszcze gorzej i policzek mi drętwieje.
- Wytrzymaj. Zaraz powinno przejść ale bez dentysty się nie obejdzie. Musisz tego zęba usunąć później jak ropa zejdzie.- Na razie płucz sobie szałwią i przyjdź do mnie jeszcze raz wieczorem na zabieg. Możesz też nalać sobie zimnej wody do miski. Sporo i deptaj w tej wodzie przez kilka minut. To odciągnie gorąco od głowy.
- O już przechodzi. Jesteś cudotwórcą kochana. Co ja bym bez ciebie zrobiła - uśmiechnęła się z ulgą.- Zęba oczywiście wyrwę. Już dawno to powinnam zrobić, bo mi plomba wyleciała ze dwa lata temu i się ukruszył. Tchórz jednak jestem okropny i dlatego zwlekałam tyle – trajkotała zadowolona i odprężona.

Po pięciu minutach już jej nie było. Zostałam sama. Ubrałam się szybko i nakarmiłam koty, które już od jakiegoś czasu kręciły mi się pod nogami. Maciuś oczywiście jak zwykle mięsa z puszki nawet nie dotknął i musiałam mu nasypać pełną miseczkę chrupek. Jadł specjalną karmę urinary, bo miał skłonność do kamieni w pęcherzu moczowym. Trzeba było na niego uważać. Musia za to wylizała miskę do czysta i rozciągnęła się w słońcu na parapecie okna w kuchni o mało nie zrzucając mi przy tym doniczki z geranium. Ja zabrałam się za pikowanie sadzonek sałaty i kalarepy. Roślinki były już okazałe i czas było zrobić z nimi porządek. Jeszcze trochę i wsadzę je do ogrodu. Myślałam. Zaraz z tym skończę, pójdę do ogrodu siać buraki i fasolkę. Może też posadzę pomidory i paprykę do donic. Planowałam. Jutro wysieję kabaczki i ogórki wsadzę, bo się zaczynają kłaść. Jak zaplanowałam tak zrobiłam. Tuż po dwunastej skończyłam pracę w ogrodzie, umyłam ręce i zrobiłam sobie kawę. Usiadłam w kuchni i delektując się nią, spokojnie czekałam na panią Wandę i Monikę.

Chore przyjechały po czternastej. Wyjmowałam właśnie szarlotkę z pieca gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam im, weszły to znaczy mama wniosła córeczkę, Monika na mnie spojrzała, wrzasnęła i ze złości ugryzła mamę w rękę. Pierwszy zabieg wykonałam wieczorem. Nie było to łatwe, bo Monika wprawdzie cały czas leżała ale potrafiła krzyczeć, pluć i kręcić się. Była bardzo inteligenta i uparta. Próbowała na mamie wywierać presję kaprysami ale pani Wanda była bardzo mądrą kobietą. Ulegała gdy mogła sobie na to pozwolić ale wejść sobie na głowę nie pozwoliła. Po pierwszy zabiegu Monika przespała po raz pierwszy kilka godzin w nocy. Wstała w lepszym humorze i chętnie zjadła śniadanie. Mama była wzruszona gdy rano mi o tym powiedziała. Drugą noc Monika przespała już całą i od tego dnia poprawa następowała w iście ekspresowym tempie. Piątego dnia dziewczynka siedząc na kolanach mamy zjadła obiad. Sama nabierała sobie widelcem ziemniaki i niosła je do buzi. Teraz już witała mnie z radością. Już się przyzwyczaiła i bez problemu akceptowała mój dotyk. Poza tym była znacznie spokojniejsza. Zaczęła się też interesować otoczeniem.

- Pani Wando proszę ją może zabrać nad jezioro – zasugerowałam ósmego dnia. To może być dla niej interesujące. Tam są dzikie kaczki, łabędzie i żaglówki.
- Dobrze pójdziemy – zgodziła się kobieta. A daleko to?
- Nie. Może z dwa kilometry góra – odpowiedziałam. Może proszę przejść do kiosku i kupić jej jakiś zeszyt i kredki. Może zechce rysować?

Dwunastego dnia rano gdy tylko weszłam rano z tacą ze śniadaniem od razu zobaczyłam, że coś się stało. Pani Wanda spojrzała na mnie ze łzami w oczach, podeszła do mnie i objęłam mnie.

- Pani Aniu – wykrztusiła. Monika zrobiła dziś rano trzy kroki sama. Nie spodziewałam się, a ona wstała, opuściła nóżki na podłogę i przeszła. To cud.
- Tak to bywa. Teraz już będzie tylko lepiej. Będzie zdrowa i sprawna. Jest za co dziękować siłom wyższym – uśmiechnęłam się.

Monika wyjechała zdrowa. No prawie. Potrzeba było jeszcze trochę ćwiczeń i rehabilitacji i miała szansę na normalne życie. Jej mama była szczęśliwa, wdzięczna i podała mój adres dwóm znajomym, które też miały chore dzieci. Chłopczyk z mamą ma przyjechać dziś. Też mu może pomogę. Uda się. Musi…





niedziela, 9 lipca 2017

Niedziela

Dziś wstałam późno. Nie będę chyba nic konkretnego robić. Może tylko coś artystycznego podziałam. Trochę czasu spędzę w kuchni, bo ostatnio znowu chętniej gotuje. Na diecie optymalnej jestem nadal. Czuje się bardzo dobrze. Mam więcej energii. Wczoraj skończyłam jeść mielonkę z szynkowara. Była bardzo smaczna. W przyszłym tygodniu może upiekę pasztet albo schab. Nadal nie mam rury do wędzarki i nie mam jej gdzie kupić, bo sklep żelazny został zlikwidowany.

Mielonka z szynkowara

80 dkg mięsa mielonego
przyprawy ziołowe u mnie pieprz, tymianek, rozmaryn, czosnek
sól
20 dkg pieczarek
1/2 paczki żelatyny

Mięso wymieszać z przyprawami, dodać żelatynę i pokrojone pieczarki. Włożyć do szynkowara i gotować.

Jutro zrobię smalec domowy z kiełbasą. Uwielbiam go. Tak sobie myślę, że mimo diety mogę sobie pozwolić raz w tygodniu zjeść chleb razowy pieczony w domu. Nie umrę od tego. Wszystko zależy od proporcji. 

W zeszłym tygodniu przyszedł mi kufer do łazienki. Jest cudny moim zdaniem i zakochałam się w nim od razu. Remont łazienki będzie dopiero w październiku ale już się cieszę.


Od kilku dni walczę z bałaganem w domu. Sprzątam wszędzie gdzie się da- szafki, półki. Zajmie mi to jeszcze sporo czasu, bo długo tego nie robiłam i trochę zbędnych rzeczy się nazbierało. Krzysiek najpierw się wściekał, że ruch w domu, a później dał sobie spokój. Sprzątam jednak po kryjomu gdy nie widzi. Najbardziej się boję szafy, bo pewnie jego pomoc będzie niezbędna. Pewnie też będzie musiał pomóc w spiżarni. Czy się bez wojny zgodzi nie wiem. Różnie może być.







piątek, 7 lipca 2017

Piątek

Truskawki owocują wreszcie ale ich bardzo mało i są drobne strasznie. Średnio są wielkości mojego paznokcia, a zasilane były. Poziomek wcale nie ma. Nic się na piaskach nie uda jak gnoju się nie da. W przyszłym roku już sobie je odpuszczę i pielęgnować ich nie będę niech zarastają. Kiedyś u mnie był piękny ogród ale przodkowie kupowali nawóz koński i krowi od sąsiadów. Teraz nie mam od kogo kupić i nic rosnąć nie chce. Koleżanka ma urodzaj ale na sztucznych nawozach jedzie. Ja tak nie chce. To co wyhodowane na sztucznościach mogę sobie kupić bez wysiłku z mojej strony. Jej to obojętne, bo pracę w ogrodzie lubi. W tym warzywnik jeszcze powiększyła. Ja w przyszłym roku warzywnika już mieć nie będę. Skupię się na razie na krzewach i drzewkach owocowych. Zobaczymy czy owoców się doczekam. Na razie i z tym jest kiepsko. Słabo owocują jedynie porzeczki. Agresty wcale, a młode drzewka i to nie wszystkie mają po kilka owoców. To mnie zniechęca. Tego typu pracy nie lubię ale bym robiła gdyby efekty były. Niestety nie ma.
Ostatnio już przestałam o wsi lat 80 ubiegłego wieku marzyć ale nadal żyję nieco po wiejsku. Teraz już jednak to ma być wieś współczesna i śni mi się wygoda. Kóz i kur już mieć nie będę, bo nawet kompost nowym sąsiadom cuchnie. Czas się przystosować i zrezygnować z marzeń. Rady nie ma. Z piecokuchni jednak nie zrezygnuję co to to nie, a może i o piecu chlebowym pomyślę. To też moje marzenie.

Wczoraj niespodziewanie moja 5 letnia, dzika koteczka Suzi przyszła do mnie i położyła się koło moich stóp na kanapie. Nie wiem co jej się stało. Jest dzikuską mimo moich prób oswojenia jej. Teraz złapać można ją tylko podczas jedzenia. Nie drapie ale widać, że się boi. Krzysiek chciał ją oddać do kogoś do stodoły ale nie zgodziłam się, bo mi jej szkoda. Kocha ciepło i wygrzewanie się przy piecu. W stodole by tego nie miała. 




A na koniec moje malunki. Ostatnio miałam konsultację z babeczką po malarstwie na ASP. Ma trzydzieści lat praktyki. Obejrzała dziesięć moich obrazów i pocieszyła mnie. Twierdzi, że moja nauka idzie w dobrym kierunku. Są nawet początki stylu, a to ważne. Namawia mnie do tego, żebym szła tą drogą i porzuciła próby nauki malowania realistycznego. Uważa, że takich obrazów jest masa. Według mnie jestem dobra z kompozycji i nieźle dobieram barwy. Robię to instynktownie. To jest według niej dar. Będę ćwiczyć dalej i przesyłać jej kolejne prace do oceny.



środa, 5 lipca 2017

środa

Dziś od rana pracuję - wróżę i piszę. Artykuł już napisałam, a teraz piszę opowiadanie. Muszę jeszcze skończyć. Kiedy odpocznę nie wiem. Bogiem, a prawdą ta moja praca mnie w zasadzie nie męczy. Robię to co lubię i co mnie cieszy. Później może poczytam. Ostatnio mniej niż kiedyś czytam. Kiedyś czytałam nieraz po całych dniach. Teraz o wiele mniej. Założyłam sobie, że przeczytam 52 książki w tym roku i niestety jeszcze nawet połowy nie przeczytałam. Wstyd. Inna sprawa, że nie bardzo co mam czytać. Zwłaszcza powieści mnie ostatnio często nudzą. Kiedyś częściej trafiały się perełki. Teraz to zbyt często się nacinam. Przynoszę z biblioteki cały stos książek, a przeczytam jedną albo i nie. To samo z kupowaniem. Już kupiłam kilka albo i kilkanaście nietrafionych pozycji. Czasem jeszcze tylko poradniki kupuję. Często czytam jeśli już to powieści z przed lat. Ich poziom był chyba wyższy. Żal mi, że już teraz rzadziej tonę w powieści. Potrafiłam czytać do rana. Ech...

Inną moją pasją, której mniej ostatnio poświęcam czasu jest gotowanie. Kochałam to kiedyś. Zbierałam przepisy i skrupulatnie planowałam z nich posiłki. Sporo czasu spędzałam w kuchni. Później przytyłam i straciłam ochotę do jedzenia i pitraszenia. Jem najczęściej byle jeść, gotuję byle szybciej. Jedzenie stało się wrogiem. Może to błąd? Może od przyszłego tygodnia znowu coś z przepisów ugotuję? Pola do popisu wielkiego nie mam, bo znowu jestem na diecie. Może jakieś mięso upiekę albo wędlinę z szynkowara zrobię? Może sałatkę przygotuję?

Dziś wieczorem będę może malować albo robić kartki. To mi ostatnio najwięcej czasu zajmuje. To mnie cieszy. Zwłaszcza do kartek mnie ciągnie, bo zrobiłam ostatnio sporo zakupów i część przesyłek do mnie dotarła. Niestety kończy mi się klej. Będę musiała kupić i to szybko jeśli dalej chcę działać.

Pogoda jest fajna i ostatnio trochę czasu spędzam na dworze. W poniedziałek zrobiłam trochę zdjęć kwiatków z doniczek. Uwielbiam pelargonie, werbenki i szczawiki. W tym roku są wyjątkowo dorodne. Kocham też petunie ale u mnie jest zbyt dużo słońca i trzeba by je podlewać dwa razy dziennie, bo mdleją. W tym roku chciałam kupić też begonie ale w sklepie nie było... Szkoda.






Wczoraj byłam w sklepie. Zrobiłam parę zdjęć lasu. Nie lubię chodzić ale tym razem musiałam, bo już nic w lodówce nie było. Na diecie Kwaśniewskiego mam sporo energii i doszłam bez problemu.






poniedziałek, 3 lipca 2017

Poniedziałek

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać czy nie uderzyć z pisaniem e-booków dla Złotych Myśli. To może być opłacalne w przeciwieństwie do książek papierowych. Zawsze chciałam być autorem książek papierowych ale to w tej chwili już tylko raczej swoisty prestiż. Autorzy nieznani na książkach nie zarabiają, a wydają za ciężkie pieniądze np. model z współfinansowaniem. Ja w książki inwestować za dużo nie mam zamiaru, a na prestiżu nie bardzo mi jakoś zależy. Myślę sobie też, że nawet gdybym napisała niezłą powieść to promocji nie zniosę psychicznie. To masa wyjazdów i spotkań z czytelnikami, a ja jako domatorka miałabym z tym problem. Z e-bookami jest chyba łatwiej. Poradniki się czyta z zupełnie innych powodów. Autorzy nie muszą być tak znani i popularni. Liczy się wiedza na dany temat.

Kilka dni temu Darek, brat Krzyśka przywiózł nam kuchenkę mikrofalową z opiekaczem. Urządzenie jest używane. To moja pierwsza kuchenka. Do tej pory uważałam, że jest mi zbędna. Teraz myślę, ze mi się przyda, bo będę robić hamburgery i zapiekanki. Zwłaszcza hamburgery mnie kuszą. Trochę się obawiam, że cztery litery mi urosną, a raczej brzuch. Może jednak nie jeśli będę je jadła raz w tygodniu. Nie częściej...:(

We wtorek w zeszłym tygodniu był fachowiec do piecokuchni. Obejrzał i wycenił pracę na około 500 zł. Roboty jest na cały dzień. Problem w tym, że nie dał mi gwarancji, że się za to weźmie, bo pracy ma bardzo dużo. No i kto mi to teraz zrobi? Teoretycznie mógłby Sebastian, bo on problemu nie widzi ale narzędzi nie ma, a wszystko jest zardzewiałe...:(

Od kilku dni jest chłodnie i tak ma być przez jakiś czas. Co za ulga. Wczoraj i dziś w nocy padał deszcz niestety nadal ma być susza.





sobota, 1 lipca 2017

sobota

W ogródku u mnie prawie nic nie ma. Nic dziwnego- sucho. Jest ładny bób, cebula konkretnie piórka, bo na nic innego nie liczę. Rośnie fasola szparagowa. Jakoś sobie radzi bez wody. W zeszłym tygodniu posadziliśmy jeszcze trochę fasoli. Szparagowej oczywiście, bo tyczna nie wzeszła. Nie wzeszła też sałata na rozsadniku ani rzodkiewka ani buraki na botwinkę. Dziś może pójdę plewić w ziołach i wyrwać kalarepę, bo się nie zawiązuje...

Gdy byłam w zeszłym tygodniu na warsztatach z pasteli olejnych zajęcia były połączone z grupą ceramików. Zawsze mnie ceramika kusiła ale na piec mnie nie stać. Teraz pokusa jest trudna do odparcia. Chyba w przyszłym roku na kilka zajęć pójdę i postaram się zrobić sobie jakieś ozdoby do zawieszenia na ścianie. Może jakieś ryby do łazienki, może aniołki, może kafelki z wzorami. Podobają mi się też wisiory do powieszenia na szyi na rzemyku. To jedyna możliwość ekspozycji kruchych rzeczy, bo koty wszędzie wlezą i wszystko zniszczą...

Ostatnio moja zmaltretowana przez Józka cytryna, okryła się kwieciem. Kwiatuszków jest bardzo dużo. Są białe i mają żółte środki. Drobne są raczej i nietrwałe. Ciekawe czy roślinka zawiąże owoce. Już dawno owocującej cytryny nie miałam. Była w domu za czasów Kamesznicy. Mama o nią dbała i miała własne cytryny do herbaty. Po sprzedaży domu w Kamesznicy cytryna zmarniała. Widać nie czuła się u nas dobrze.