Wesołych świąt. Dużo zdrowia, szczęścia, radości i miłości.
Mój własny świat... życie codzienne, twórczość, ciepłe, swojskie klimaty, nieco romantyzmu, szczypta magii i całkiem sporo pozytywnych emocji...
Codzienność
poniedziałek, 24 grudnia 2012
piątek, 21 grudnia 2012
Kierat
Piątek. Nie ma zmiłuj się tylko pobudka przed 9 i wyjście do sklepu, bez względu na pogodę i samopoczucie. A dziś z takim trudem wstałam i tak mnie cieplutkie, miękkie łóżeczko kusiło. Nie wyspałam się bo myszy rozlazły się po całym mieszkaniu i zawędrowały w końcu do sypialni za boazerię, którą pokryta jest ściana tuż za łóżkiem. No i szalały przez pół nocy. Drapały, goniły się, gryzły i piszczały. Krzysiek jakoś wcześnie wieczorem usnął a ja przewracałam się z boku na bok i za nic nie mogłam zmrużyć oka. Józek, kot wychowany w mieście w blokach, oczywiście na te odgłosy nie zwracał w ogóle uwagi i spał w najlepsze. Tylko ja się męczyłam. Zasnęłam jakimś cudem późno w nocy i wstałam rano pół żywa.
Pogoda taka sobie. Chwycił mróz, prawie 10 stopni rano. Las opustoszały, cichy i ponury. Drzewa nie zachwycają nagimi gałęziami. Na ścieżce zmrożone błoto, liście i trochę śniegu. Oby jak najszybciej mocniej poprószyło. Krajobraz będzie bardziej urokliwy.
Wróciłam przed 10 z dwoma siatkami i bólem kręgosłupa, zmęczona i spocona a tu robota czeka a głodne koty kręcą się pod nogami i pakują się do siatek z zakupami. Po krótkim odpoczynku nakarmiłam koty, wyczyściłam oba piece, wyniosłam popiół, rozpaliłam w kominkowym i wreszcie usiadłam na chwilę z kubkiem pachnącej kawy. Błogi relaks przerwał mi kurier z zamówionymi w internecie zeszytami. Są bardzo ładne i kolorowe. Mały przyda się do zapisywania haiku a duży do szkicowania.
A później dalszy kierat. Najpierw sprzątanie wszystkich kuwet i tych ze żwirkiem i z gazetami. Nie daję moim kotom piasku bo bawią się w nim i upodobaniem wysypują go poza kuwety. Później zmiana poszewek na legowiskach i kotów i Pikusia. Pikuś oczywiście znowu pogryzł poszewkę i posiusiał legowisko pewnie po to, żeby mu koty nie wchodziły. Następnie włączenie prania, kolejnego w tym tygodniu. A swoją drogą skąd się tego tyle bierze, przecież jest nas tylko dwoje i małych dzieci nie mamy. Potem przelanie nalewki z gruszek do butelki i zasypanie owoców raz jeszcze cukrem. Wreszcie obiad - sos musztardowo - cebulowy z ziemniakami i jajkami na twardo. Jak post to post.
duża cebula
1/4 litra wody
pół kostki rosołowej
łyżeczka musztardy
łyżka śmietany
szczypta nasion kopru
mąka
pieprz
olej
Cebulę pokroić i poddusić na oleju. Zalać wodą,dodać rosołek i przyprawy. Podgotować. Zaprawić mąką i śmietaną. Podawać z jajkami na twardo albo z podpieczonymi parówkami.
Ziemniaki w spiżarce trochę pogryzione, pewnie myszy. Trzeba będzie wpuścić Mruczka to je wyłapie.
.
duża cebula
1/4 litra wody
pół kostki rosołowej
łyżeczka musztardy
łyżka śmietany
szczypta nasion kopru
mąka
pieprz
olej
Cebulę pokroić i poddusić na oleju. Zalać wodą,dodać rosołek i przyprawy. Podgotować. Zaprawić mąką i śmietaną. Podawać z jajkami na twardo albo z podpieczonymi parówkami.
Ziemniaki w spiżarce trochę pogryzione, pewnie myszy. Trzeba będzie wpuścić Mruczka to je wyłapie.
.
A po obiedzie kawa i krótka drzemka na ramieniu pana męża. Później dalsze sprzątanie na święta, tym razem w pokoju dziennym. Krzysiek mi nie pomógł bo poszedł wynieść nawóz z gołębnika pod drzewa owocowe. Zapomnieliśmy o tym wcześniej.
Itd, itp. W sumie pracowity, dość ciężki i męczący dzień. Miał być koniec świata a było raczej urwanie głowy. Oby noc była lepsza.
Itd, itp. W sumie pracowity, dość ciężki i męczący dzień. Miał być koniec świata a było raczej urwanie głowy. Oby noc była lepsza.
czwartek, 20 grudnia 2012
Do świąt coraz bliżej...
Obudziło mnie słońce i wściekle szczekający Pikuś. Zerwałam się z łóżka i pobiegłam do drzwi ale za drzwiami żywej dyszy nie było. Pewnie znowu przebiegał pod domem jakiś pies. Pikuś jest bardzo cięty na psy. Szczeka i warczy na wszystkie bez wyjątku. Nawet na te dwa razy większe od niego. Nie wiem czemu taki jest, pewnie dlatego, że wychowany jest z kotami a z psami styczności nigdy nie miał. Myślałam o kastracji ale Krzysiek się nie zgadza i przekonać się raczej nie da.
Jak już wstałam to wstałam, chociaż mi się jak zwykle nie chciało.Nastawiłam wodę na kawę i jedzenie dla zwierząt i zabrałam się za piec.Wyczyściłam popiół, wyniosłam na dwór i znowu znalazłam kilka piórek z gołębia. Nie wiem czy następny gołąb upolowany czy tylko poturbowany.Szukałam w trawie przez chwilę ale go nie znalazłam.Ciekawe co na te gołębie poluje. Mama twierdzi, że kotka od sąsiadów się na nie czai. Może ona , a może lis a może jeszcze coś innego, jastrząb np. lub kuna. Któż to może wiedzieć. Szkoda mi tych gołębi ale nic poradzić nie mogę. Tak już jest natura stworzona, że jeden zwierzak zjada drugiego i trzeba to zaakceptować.
Po 12 wybrałam się na zakupy do miasta, czego nie cierpię. Od zawsze jestem domatorką i za wychodzeniem z domu nie przepadam. Nie lubię się stroić przed wyjściem, stylizować włosów i malować paznokci. Kocham się i akceptuję w wygodnych ciuchach i bez makijażu.
W sklepach istny obłęd. Kłębiący się tłum podenerwowanych i zabieganych ludzi, brak wózków, gigantyczna kolejka do kasy. Zakupy zrobiłam w biegu i popędziłam z siatami na autobus. Na szczęście zdążyłam i nawet miejsca siedzące były. Cud jakiś chyba albo anioły czuwały.
Po przyjeździe do domu postawiłam szybciutko obiad - kiełbasę po węgiersku. Najlepiej smakuje z kluskami kładzionymi ale dziś nie bardzo miałam czas na pitraszenie więc podałam z makaronem.
kiełbasa/ja wzięłam parówki sojowe/
kawałek marchwi
kawałek pietruszki
kawałek selera
cebula
ząbek czosnku
papryka/niekoniecznie/
sól
pieprz
papryka ostra
papryka słodka
kostka rosołowa
olej do smażenia
mąka
koncentrat pomidorowy
Warzywa zetrzeć na tarce o dużych otworach, dodać pokrojoną paprykę, cebulę, kiełbasę i czosnek oraz przyprawy i poddusić na oleju. Zalać wodą, dodać rosołek i zagotować. Na koniec zaprawić koncentratem i zagęścić mąką.
Po obiedzie napaliłam w centralnym bo dzień mroźny a w nocy zapowiadają aż minus 10 stopni. Przy okazji wysuszę sobie pranie na grzejnikach. Wyschnie szybciej niż na kominie przy piecu.
Później popakowałam prezenty. W tym roku kupiłam prezenty raczej standardowe - kosmetyki i książki. Mama dostanie dodatkowo świecę ozdobną i kadzidełka. Kusiło mnie zrobić dla mamy coś fajnego z decoupage ale nie bardzo mam jeszcze odwagę. Może w przyszłym roku jak nabiorę wprawy.Sobie sprawiłam perfumy, słodkie, takie jak najbardziej lubię z nutą wanilii. Miałam wprawdzie ochotę na jakiś drobiazg ze staroci ale nie bardzo mi się chce jechać w sobotę na targ. Pewnie będzie ścisk i tylko bym się niepotrzebnie zdenerwowała.
Po wypiciu popołudniowej kawy skończyłam szykować menu na Wigilię i święta. Skromniej w tym roku będzie ale tak ma być. Nie mam zamiaru szaleć, przejadać się a później odchudzać. Gości też się nie spodziewam tz. może wpadnie na chwilę brat męża ale on prawdopodobnie jeść nic nie będzie. Przeważnie wpada, składa życzenia i już go nie ma.
Na Wigilię w tym roku mam tylko 7 potraw ale w większej ilości, żebym obiadów w święta gotować nie musiała. Mam zamiar tylko przygrzać i jeść. Zawsze tak u mnie w domu było i ja tej tradycji przestrzegam.
- zupa grzybowa z łazankami
- kapusta z grzybami i śmietaną/gotowana/
- kapusta z grzybami/duszona/
- grzyby w śmietanie
- pierogi z kapustą i grzybami
- ryba
- kompot ze śliwek suszonych
Na święta
- śledzie z rodzynkami w pomidorach
- śledzie w carry
- sałatka jarzynowa/tradycyjna/
- sernik
- makowiec
- boczek rolowany z ziołami
- schab z czosnkiem i jałowcem
- szynka
Z alkoholu będzie tylko domowa nalewka z jabłek i cynamonu. Wyszła pyszna, słodziutka i nie za mocna taka jak lubię.
Nie będzie w tym roku ani pasztetu, ani bigosu ani piernika. Może zrobię na Nowy Rok. Zobaczę. Jeszcze trochę czasu zostało.
Późnym popołudniem ustawiłam szopkę. Szopka jest moją pamiątką rodzinną. Bardzo cenną dla mnie.Mój dziadek zrobił ją w czasie wojny własnoręcznie i o mało przy tym nie zginął gdy był w lesie po gałązki potrzebne do jej wykonania. Szopka była zawsze ustawiana w tym pokoju u babci, w którym była podawana uroczysta kolacja. A zapalenie w niej światełka było dla nas sygnałem, że do Wigilii czas zasiąść. Po śmierci dziadka, szopkę odziedziczyłam ja i staram się kultywować tą tradycję.
W sklepach istny obłęd. Kłębiący się tłum podenerwowanych i zabieganych ludzi, brak wózków, gigantyczna kolejka do kasy. Zakupy zrobiłam w biegu i popędziłam z siatami na autobus. Na szczęście zdążyłam i nawet miejsca siedzące były. Cud jakiś chyba albo anioły czuwały.
Po przyjeździe do domu postawiłam szybciutko obiad - kiełbasę po węgiersku. Najlepiej smakuje z kluskami kładzionymi ale dziś nie bardzo miałam czas na pitraszenie więc podałam z makaronem.
kiełbasa/ja wzięłam parówki sojowe/
kawałek marchwi
kawałek pietruszki
kawałek selera
cebula
ząbek czosnku
papryka/niekoniecznie/
sól
pieprz
papryka ostra
papryka słodka
kostka rosołowa
olej do smażenia
mąka
koncentrat pomidorowy
Warzywa zetrzeć na tarce o dużych otworach, dodać pokrojoną paprykę, cebulę, kiełbasę i czosnek oraz przyprawy i poddusić na oleju. Zalać wodą, dodać rosołek i zagotować. Na koniec zaprawić koncentratem i zagęścić mąką.
Po obiedzie napaliłam w centralnym bo dzień mroźny a w nocy zapowiadają aż minus 10 stopni. Przy okazji wysuszę sobie pranie na grzejnikach. Wyschnie szybciej niż na kominie przy piecu.
Później popakowałam prezenty. W tym roku kupiłam prezenty raczej standardowe - kosmetyki i książki. Mama dostanie dodatkowo świecę ozdobną i kadzidełka. Kusiło mnie zrobić dla mamy coś fajnego z decoupage ale nie bardzo mam jeszcze odwagę. Może w przyszłym roku jak nabiorę wprawy.Sobie sprawiłam perfumy, słodkie, takie jak najbardziej lubię z nutą wanilii. Miałam wprawdzie ochotę na jakiś drobiazg ze staroci ale nie bardzo mi się chce jechać w sobotę na targ. Pewnie będzie ścisk i tylko bym się niepotrzebnie zdenerwowała.
Po wypiciu popołudniowej kawy skończyłam szykować menu na Wigilię i święta. Skromniej w tym roku będzie ale tak ma być. Nie mam zamiaru szaleć, przejadać się a później odchudzać. Gości też się nie spodziewam tz. może wpadnie na chwilę brat męża ale on prawdopodobnie jeść nic nie będzie. Przeważnie wpada, składa życzenia i już go nie ma.
Na Wigilię w tym roku mam tylko 7 potraw ale w większej ilości, żebym obiadów w święta gotować nie musiała. Mam zamiar tylko przygrzać i jeść. Zawsze tak u mnie w domu było i ja tej tradycji przestrzegam.
- zupa grzybowa z łazankami
- kapusta z grzybami i śmietaną/gotowana/
- kapusta z grzybami/duszona/
- grzyby w śmietanie
- pierogi z kapustą i grzybami
- ryba
- kompot ze śliwek suszonych
Na święta
- śledzie z rodzynkami w pomidorach
- śledzie w carry
- sałatka jarzynowa/tradycyjna/
- sernik
- makowiec
- boczek rolowany z ziołami
- schab z czosnkiem i jałowcem
- szynka
Z alkoholu będzie tylko domowa nalewka z jabłek i cynamonu. Wyszła pyszna, słodziutka i nie za mocna taka jak lubię.
Nie będzie w tym roku ani pasztetu, ani bigosu ani piernika. Może zrobię na Nowy Rok. Zobaczę. Jeszcze trochę czasu zostało.
Późnym popołudniem ustawiłam szopkę. Szopka jest moją pamiątką rodzinną. Bardzo cenną dla mnie.Mój dziadek zrobił ją w czasie wojny własnoręcznie i o mało przy tym nie zginął gdy był w lesie po gałązki potrzebne do jej wykonania. Szopka była zawsze ustawiana w tym pokoju u babci, w którym była podawana uroczysta kolacja. A zapalenie w niej światełka było dla nas sygnałem, że do Wigilii czas zasiąść. Po śmierci dziadka, szopkę odziedziczyłam ja i staram się kultywować tą tradycję.
środa, 19 grudnia 2012
To i owo czyli przedświąteczny rozgardiasz
Wstałam dziś połamana i strasznie obolała.Wszystko przez Józka. Jeszcze wczoraj, zaraz po tym jak tylko położyłam się do łóżka, przyszedł i uwalił się na mnie całym swoim ciężarem, a że jest i duży i ciężki, to nawet odetchnąć nie mogłam. Jakimś cudem udało mi się usnąć ale obudziłam się w środku nocy, na skraju łóżka bo książę zwinął się w kłębek i zajął moje miejsce. Nie chciałam go budzić więc cierpiałam w pokorze. A swoją drogą jest już u nas 8 miesięcy i nadal Krzyśka tylko toleruje a raczej ignoruje. Śpi na mojej połówce łóżka, przytula się do mnie a w dzień nauczył się leżeć na kanapie też przyciśnięty do mnie albo na moich nogach. Krzyśka nie zauważa a na zaczepki z jego strony reaguje ostrzegawczym wyciąganiem łapy. Do mnie jest przywiązany i to bardzo .Ja do niego też. Jest pupilem choć gdy go brałam, już dorosłego z internetu, trochę się bałam czy uda mi się go pokochać. Nie znałam go, nie wychowywałam po swojemu od maleńkiego kociaczka, nie byłam pewna czy jego charakter będzie mi odpowiadał. Okazało się, że jest wspaniałym kotem, choć mało mruczy i głaskania nie lubi. Było z nim tylko trochę problemów jeżeli chodzi o jedzenie bo nic nie chciał jeść oprócz suchej karmy i kaczki z marchwią. Poza tym żadnego innego mięsa, żadnych puszek , ryb. Ostatnio jest już lepiej . Zaczął jeść ryby /wędzone i śledzie/ kocią kiełbasę a nawet ukradł mi kiedyś z lodówki kawałek boczku.Tak, że postęp jest i to wyraźny.
Obiad zrobiłam w biegu bo w między czasie sprzątałam sypialnię. Przygotowałam dla nas ziemniaki z surówką z marchwi i selera a dla Krzyśka kotlet mielony. Zwierzęta dostały dodatkowo ziemniaki ze smalcem i trochę wczorajszych kopytek. Zjadły. Za to ryż z mięsem zostawiły sobie na później.
W sypialni z trudem bo z trudem ale wreszcie posprzątałam. Jest czysto choć nie idealnie. Nie znoszę sprzątać tz. pucować na błysk bo porządek mam zawsze. Zdecydowanie nie jestem perfekcyjną panią domu, nie latam ze ścierką codziennie a podłogi odkurzam najwyżej raz w tygodniu. Tak, tak choć mam zwierzęta i brudzi się u mnie bardziej niż u innych. Szkoda mi po prostu na to czasu, energii i zdrowia . Przyzwyczaiłam się. Tym razem podłogi odkurzone, umyte i nawet wypastowane. Stoi już też choinka, choć jeszcze nie ubrana. Choinkę mam dużą, sztuczną i zawsze w sypialni, żeby ją ochronić przed młodymi kotami, które zazwyczaj w sypialni nie przebywają. Cacka mam tradycyjne, stare, jeszcze z czasów mojego i Krzyśka dzieciństwa. Oboje jesteśmy sentymentalni i nie chcemy ich zmienić. Jest też trochę zabawek i łańcuchów zrobionych przez nas. Krzysiek robił w szkole a ja i w szkole i w domu. Pamiętam te dni gdy razem z ciocią pracowicie tworzyłam różne stworki, bałwanki, gwiazdki i łańcuchy. Pamiętam tą wspaniałą atmosferę, przedświąteczną krzątaninę, ciepło u niej w kuchni oraz cierpliwość i serce cioci.
Po obiedzie poszłam na pogaduszki do mamy i po drodze spotkałam na podwórku lisa. Mnie całkiem zamurowało a on się odwrócił i pomknął w stronę ogrodu. Był przepiękny, rudy z prześliczną puszystą kitą. Nie mam pojęcia czego szukał bo żadnego drobiu nie hodujemy. Mamy tylko gołębie ale ich przecież nie jest w stanie schwytać.Choć kto go tam wie. Kilka dni temu Krzysiek znalazł martwego gołębia, pozbawionego głowy pod domem mamy. Może to jego sprawka.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich odwiedzających i ciepło witam Nowych.
wtorek, 18 grudnia 2012
Krzątanina...
Ze snu zostałam wyrwana dość gwałtownie, przeraźliwym dzwonkiem budzika przed 9. Tym razem go nie zignorowałam.Wstałam i szybko bez ubierania się nastawiłam wodę na kawę i jedzenie dla zwierząt. Później, jako, że mój Krzysiek poszedł już do pracy, zabrałam się za palenie w piecu. Poszło gładko i po chwili byłam już z powrotem w łóżku w ciepłej jeszcze pościeli z kawą. Poleniuchowałam trochę i wstałam tym razem już na stałe.
Nakarmiłam zwierzęta. Pies ma nowe chrupki, jakieś takie okrągłe jak orzechy i wcale ich jeść nie chce tylko się ogląda za kitiketem. Nie wiem co robić bo moim zdaniem jest zbyt chudy, choć weterynarz, twierdzi inaczej. Apetyt ma dobry i wszystko zjada co mu daję a czasem nawet podjada z misek kocich. Chyba zacznę też mu dawać resztki z obiadu tak jak kotom bo więcej ryżu z mięsem jeść nie chce. Koty dostały dzisiaj na śniadanie po raz pierwszy mleko z chlebem jako dodatek do kitiketu. Rzuciły się na mleko jakby tydzień nie jadły i pochłonęły wszystko w momencie, kitiketu sporo zostało jak zawsze. Później zadowolone wylizywały pełne brzuszki i poszły spać pod piec. Na obiad dostały ryż z mięsem jak zwykle i dodatkowo ziemniaki z tłuszczem.Teraz je obserwuję.I wygląda na to, że nowe dodatki do diety zaakceptowały i, że im służą. Żadnych bólów brzucha ani biegunki czy wzdęć nie zauważyłam bo i dlaczego. Wszystko było świeże. A tak właśnie były koty żywione od zawsze. I moja babcia i mama domowe jedzenie dawały kotom a koty były zdrowe i zadbane. Zobaczę co będzie dalej. Mam nadzieję, że będzie wszystko w porządku. Wieczorem dostaną jeszcze mięso z puszek i kitiket.
Część zakupów żywnościowych na święta już zrobione. Ciężkie rzeczy kupił wczoraj Krzysiek a ja dziś byłam w mieście po zakupy dla mamy i po mięso. Kupiłam schab z kością i boczek do rolowania .Pikuś od razu dostał kawałek kości i oczywiście zjadł z apetytem. Kupię jeszcze kawałek szynki dla Krzyśka i wystarczy. Pasztetu w tym roku robić nie będę bo za dużo by mięsa było. I tak tego nie damy rady przejeść.
Na obiad miałam kopytka z surówką z kapusty kiszonej i marchwi a Krzysiek dodatkowo pieczoną w piecyku kiełbasę. Wrócił już do pracy, a że pracuje na dworze, mięso zjeść powinien zwłaszcza w chłodniejszych porach roku. Na kolacje mam zamiar zrobić jajecznicę z piórkami cebuli wyhodowanymi na oknie. Pyszne. Zwłaszcza, że dostałam od mamy świeżutkie jajka od kur wiejskich żyjących na wolności. Mama takie jajka ma często bo jest bioterapeutką i dostaje jajka za zabiegi. A ja korzystam.
Po południu miałam sprzątać w sypialni ale chyba zmienię tylko pościel a sprzątanie przełożę na jutro. Za ciężkie dziś te siatki z zakupami były i teraz okropnie boli mnie mój biedny kręgosłup. Zrobię sobie zabieg reiki i uzdrawiania pranicznego i jutro powinno być już lepiej. Tak to jest z tym moim kręgosłupem. Ani nic dźwignąć ani się poschylać. Choruję już od kilku lat i powinnam brać leki ale nie biorę bo nie chcę się sukcesywnie podtruwać. Zresztą one i tak całkiem bólu nie likwidowały. Oszczędzam kręgosłup ile mogę, a do lekkiego bólu na co dzień po prostu się przyzwyczaiłam. Robię sobie od czasu do czasu zabiegi i jakoś żyję. Na stałe mojego kręgosłupa już się naprawić nie da. Ani lekarz ani medycyna niekonwencjonalna nic zdziałać nie mogą. Zwyrodnienie jest i będzie.Teraz już można tylko łagodzić wzmagające się od czasu do czasu bóle i uważać na przeciążenie.
Myszy wróciły. A myślałam, że już ich w tym roku nie będzie. Od wczoraj Megusia czatuje przy dziurze w pokoju a ja dzisiaj rano w kuchni widziałam w zlewie dwie na raz. Krzysiek jest oczywiście oburzony i wkurzony maksymalnie. Bo jest 13 kotów w domu a myszy po kuchni biegają na wyścigi. Według niego to wręcz skandal. No cóż musi się przyzwyczaić, stary dom, drewniane podłogi to i myszy się trafiają.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Codzienność
Obudziłam się o 10.W sypialni było 11 stopni w najzimniejszym miejscu. Nic nadzwyczajnego u mnie. Zwłaszcza, że wczoraj w centralnym nie paliłam. Trzeba będzie jednak pomyśleć o ociepleniu domu. Wprawdzie dom jest z cegły i mury są grube ale stary i z każdego kąta wieje. Nie wstałam oczywiście od razu bo i po co. Poleżałam w łóżku z kawą do 11, co chwilę chowając nos pod kołdrę, żeby go choć troszkę ogrzać. Krzysiek, mój mąż, pojechał na zakupy do miasta to musiałam rozpalić w piecu. I od razu się zdenerwowałam bo palić za nic się nie chciało. Patyki mokre a węgiel strasznie gruby. Nie wiem zupełnie jak on sobie radził. Rozleniwiłam się zupełnie przez ten jego urlop. Chyba będzie trzeba patyki codziennie po trochu suszyć na piecu i rozpalać wcześniej, żeby ten gruby węgiel miał czas się zająć.
Koty w większości potraciły apetyt. Nic dziwnego na dwór nie wychodzą a mrozy przeszły. Od kilku dni znowu jedzenie na miskach zostaje. Obiadu, który im gotuję /ryż z mięsem/ zjadają ostatnio mniej i kitiket też zostawiają. Za to wczoraj zjadły mi moją zupę ze stołu, cały talerz.Wyszłam z kuchni i jak wróciłam za chwilę to talerz był już wylizany a one tylko się oblizywały. Sama już nie wiem. Z jednej strony ponoć kotom domowego jedzenia i mleka od krowy dawać się nie powinno bo im szkodzi, a z drugiej strony moje koty takie właśnie jedzenie bardzo lubią/ zwłaszcza zupy/ i mleko, które w niewielkich ilościach przyswajają dobrze i biegunki po nim nie mają. Chyba z powrotem zacznę im po trochu dawać i mleko i resztki z obiadu. Zobaczymy jak na to zareagują. Starsze takie jedzenie jeszcze pewnie pamiętają i pewnie tęsknią za nim.
Wczoraj Lwica, moja 5-letnia kotka dostała niespodziewanie ruję. Jest z natury spokojna, łagodna to i w ruje zachowuje się raczej spokojnie. Tylko trochę pomiałkuje i tarza się po dywanie. Zaczepia też wszystkich kawalerów co oczywiście nie przynosi rezultatu bo kawalerowie są po kastracji. Martwię się tylko trochę czy mój najmłodszy Śnieżek coś nie zmajstruje. Ma dopiero 6 miesięcy, jest raczej drobny, więc zabiegu jeszcze nie miał. Lwica dostała oczywiście leki i ruja pewnie jej szybko minie. A swoją drogą kotki nie wychodzące na dwór zupełnie głupieją i mają ruję w dziwnych terminach.
No i dałam ten post na mój drugi blog z poezją. Musiałam poprawić. Gapa ze mnie.
Na obiad zrobiłam dzisiaj czarną kaszę z warzywami. Samo zdrowie. Krzysiek chciał oczywiście do niej kotlet mielony albo chociaż trochę kiełbasy. Nie dałam. Na śniadanie miał pasztet, trzaskających mrozów nie ma,ciężkiej pracy do wykonania też nie a, że ma cholesterol nieco podwyższony więc uważać musi. A zresztą do kiełbasy i mięsa mielonego ze sklepu to ja raczej przekonana nie jestem. Kto wie co tam dodają. Najgorsze mięso, masę tłuszczu i odpadki.
2 woreczki kaszy czarnej
2 cebule
2 marchwie
pietruszka
kawałek selera
ząbek czosnku
sól
pieprz
kolendra
olej
Warzywa zetrzeć na tarce o dużych otworach, dodać pokrojoną cebulę, przyprawy i czosnek i dusić pod przykryciem. Wymieszać z ugotowaną kaszą.
Przyszły mi książki, które ostatnio zamówiłam przez internet. Zajrzałam do nich tak na szybko i wyglądają obiecująco. Będę miała co czytać w święta.
,,Chcesz być normalny czy szczęśliwy" Robert Betz
,,Efekt cienia" praca zbiorowa
,,Liczby zdrowia"Violetta Kuklińska - Woźny
No i dałam ten post na mój drugi blog z poezją. Musiałam poprawić. Gapa ze mnie.
sobota, 15 grudnia 2012
Codzienna krzątanina...
Pogoda u mnie kiepska. 4 stopnie na plusie , roztopy i deszcz na całego. Kapie z dachu i krople tylko bębnią po parapecie a kałuże coraz większe. Na podwórku wody po kostki . Zmoczyłam sobie całe skarpetki gdy szłam rano do mamy. Mam nadzieję, że kataru nie dostanę. Jak tak dalej pójdzie to na święta śniegu nie będzie. Szkoda. Lubię wyjść na spacer w święta i pooglądać ubrane przed domami sąsiadów choinki. Bez śniegu to już nie będzie to. Pewnie będę siedzieć w domu, jeść i tyć.
Sarny przychodzą do jedzenia każdego dnia . Dokarmiamy je z mamą, nie ma innej rady. Jedzą wszystko i ziemniaki i obierki i chleb. Głodne biedactwa i wychudzone. Bardzo mi ich żal. Chciałyśmy nawet kupić trochę siana dla nich ale nie mamy gdzie. W mieście nikt siana nie sprzedaje a na okolicznych wsiach znajomych nie mamy. Zresztą czym przywieźć, samochodu nie posiadam. A sarna z 2 młodych przychodziła już latem na jabłka i pewnie przychodzić będzie bo się przyzwyczaiła. Wie, że nic jej u nas nie grozi i że zawsze coś do jedzenia znajdzie.
Wczoraj kupiłam wreszcie węgiel. I przywieźli go ze składu ale z przygodami. Najpierw przysłali za duży samochód choć uprzedzałam, że nie zmieści się na podwórku bo ciasno. No to przysłali mniejszy ale z kobietą za kierownicą. Zdębiałam i uciekłam z podwórka, żeby na te manewry nie patrzeć. Niby mam zaufanie do kobiet za kółkiem ale chyba nie do końca. Samochód wielki, kilkutonowy i młode, wiotkie, drobniutkie dziewczę z bląd włosami do pasa. Jakoś mi to nie bardzo pasowało. Byłam w szoku i zamartwiałam się na całego. Już widziałam zarwane szamba i przestawione płoty. Niepotrzebnie. Dziewczyna poradziła sobie świetnie. Zrzuciła węgiel wprost do komórki i jeszcze trochę łopatą podrzuciła to co się obsypało. Tak, że kobiety górą. Nie po raz pierwszy zresztą.
Mój pupil Mruczek znowu zaczął łysieć na brzuszku i łapkach. I znowu zimą. Ma tak co roku i rady na to nie ma. Weterynarz choroby nie znalazł i kazał dawać taki specjalny olej okropnie drogi jak wszystkie leki dla kotów. Pierwszy raz wykupiłam a teraz od kilku lat daję mu zwykłą oliwę z oliwek też działa dobrze. Sierść powoli odrasta i wszystko jest w porządku.
Na obiad zrobiłam zupę z kukurydzy z boczkiem. Zupa jest smaczna i pożywna choć obawiam się trochę GMO.
6 większych ziemniaków
duża cebula
10 dkg wędzonego boczku
3/4 szklanki kukurydzy z puszki
3 kostki rosołku wołowego/lub kość/
woda
majeranek
ząbek czosnku
marchew
kawałek korzenia pietruszki
kawałek selera
mąka
śmietana
Warzywa zetrzeć na tarce o dużych otworach lub pokroić, dodać czosnek, rosołki , pokrojone ziemniaki, zalać wodą i gotować. Cebulę i boczek drobno pokroić, podsmażyć na oleju i dodać do zupy. Pod koniec gotowania dodać kukurydzę. Zalać zaprawką z mąki i śmietaną.
W czasie gdy zupa się gotowała skończyłam zamówiony horoskop. Okazał się wyjątkowo trudny i skomplikowany. Pewnie właścicielka ma niełatwe życie. Same kwadratury, koniungcje i opozycje. Prawie brak trygonów i sekstyli. Ależ ta biedna dziewczyna musi się męczyć i szarpać w życiu. Ileż ciężkich przeżyć ją czeka. Ile dramatów i walk z sobą i z innymi. Nie zazdroszczę. Pocieszające jest to, że jeśli zechce nad sobą pracować to pięknie się rozwinie duchowo i wiele w życiu dokona.
Mój pupil Mruczek znowu zaczął łysieć na brzuszku i łapkach. I znowu zimą. Ma tak co roku i rady na to nie ma. Weterynarz choroby nie znalazł i kazał dawać taki specjalny olej okropnie drogi jak wszystkie leki dla kotów. Pierwszy raz wykupiłam a teraz od kilku lat daję mu zwykłą oliwę z oliwek też działa dobrze. Sierść powoli odrasta i wszystko jest w porządku.
Na obiad zrobiłam zupę z kukurydzy z boczkiem. Zupa jest smaczna i pożywna choć obawiam się trochę GMO.
6 większych ziemniaków
duża cebula
10 dkg wędzonego boczku
3/4 szklanki kukurydzy z puszki
3 kostki rosołku wołowego/lub kość/
woda
majeranek
ząbek czosnku
marchew
kawałek korzenia pietruszki
kawałek selera
mąka
śmietana
Warzywa zetrzeć na tarce o dużych otworach lub pokroić, dodać czosnek, rosołki , pokrojone ziemniaki, zalać wodą i gotować. Cebulę i boczek drobno pokroić, podsmażyć na oleju i dodać do zupy. Pod koniec gotowania dodać kukurydzę. Zalać zaprawką z mąki i śmietaną.
W czasie gdy zupa się gotowała skończyłam zamówiony horoskop. Okazał się wyjątkowo trudny i skomplikowany. Pewnie właścicielka ma niełatwe życie. Same kwadratury, koniungcje i opozycje. Prawie brak trygonów i sekstyli. Ależ ta biedna dziewczyna musi się męczyć i szarpać w życiu. Ileż ciężkich przeżyć ją czeka. Ile dramatów i walk z sobą i z innymi. Nie zazdroszczę. Pocieszające jest to, że jeśli zechce nad sobą pracować to pięknie się rozwinie duchowo i wiele w życiu dokona.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












