Ze snu zostałam wyrwana dość gwałtownie, przeraźliwym dzwonkiem budzika przed 9. Tym razem go nie zignorowałam.Wstałam i szybko bez ubierania się nastawiłam wodę na kawę i jedzenie dla zwierząt. Później, jako, że mój Krzysiek poszedł już do pracy, zabrałam się za palenie w piecu. Poszło gładko i po chwili byłam już z powrotem w łóżku w ciepłej jeszcze pościeli z kawą. Poleniuchowałam trochę i wstałam tym razem już na stałe.
Nakarmiłam zwierzęta. Pies ma nowe chrupki, jakieś takie okrągłe jak orzechy i wcale ich jeść nie chce tylko się ogląda za kitiketem. Nie wiem co robić bo moim zdaniem jest zbyt chudy, choć weterynarz, twierdzi inaczej. Apetyt ma dobry i wszystko zjada co mu daję a czasem nawet podjada z misek kocich. Chyba zacznę też mu dawać resztki z obiadu tak jak kotom bo więcej ryżu z mięsem jeść nie chce. Koty dostały dzisiaj na śniadanie po raz pierwszy mleko z chlebem jako dodatek do kitiketu. Rzuciły się na mleko jakby tydzień nie jadły i pochłonęły wszystko w momencie, kitiketu sporo zostało jak zawsze. Później zadowolone wylizywały pełne brzuszki i poszły spać pod piec. Na obiad dostały ryż z mięsem jak zwykle i dodatkowo ziemniaki z tłuszczem.Teraz je obserwuję.I wygląda na to, że nowe dodatki do diety zaakceptowały i, że im służą. Żadnych bólów brzucha ani biegunki czy wzdęć nie zauważyłam bo i dlaczego. Wszystko było świeże. A tak właśnie były koty żywione od zawsze. I moja babcia i mama domowe jedzenie dawały kotom a koty były zdrowe i zadbane. Zobaczę co będzie dalej. Mam nadzieję, że będzie wszystko w porządku. Wieczorem dostaną jeszcze mięso z puszek i kitiket.
Część zakupów żywnościowych na święta już zrobione. Ciężkie rzeczy kupił wczoraj Krzysiek a ja dziś byłam w mieście po zakupy dla mamy i po mięso. Kupiłam schab z kością i boczek do rolowania .Pikuś od razu dostał kawałek kości i oczywiście zjadł z apetytem. Kupię jeszcze kawałek szynki dla Krzyśka i wystarczy. Pasztetu w tym roku robić nie będę bo za dużo by mięsa było. I tak tego nie damy rady przejeść.
Na obiad miałam kopytka z surówką z kapusty kiszonej i marchwi a Krzysiek dodatkowo pieczoną w piecyku kiełbasę. Wrócił już do pracy, a że pracuje na dworze, mięso zjeść powinien zwłaszcza w chłodniejszych porach roku. Na kolacje mam zamiar zrobić jajecznicę z piórkami cebuli wyhodowanymi na oknie. Pyszne. Zwłaszcza, że dostałam od mamy świeżutkie jajka od kur wiejskich żyjących na wolności. Mama takie jajka ma często bo jest bioterapeutką i dostaje jajka za zabiegi. A ja korzystam.
Po południu miałam sprzątać w sypialni ale chyba zmienię tylko pościel a sprzątanie przełożę na jutro. Za ciężkie dziś te siatki z zakupami były i teraz okropnie boli mnie mój biedny kręgosłup. Zrobię sobie zabieg reiki i uzdrawiania pranicznego i jutro powinno być już lepiej. Tak to jest z tym moim kręgosłupem. Ani nic dźwignąć ani się poschylać. Choruję już od kilku lat i powinnam brać leki ale nie biorę bo nie chcę się sukcesywnie podtruwać. Zresztą one i tak całkiem bólu nie likwidowały. Oszczędzam kręgosłup ile mogę, a do lekkiego bólu na co dzień po prostu się przyzwyczaiłam. Robię sobie od czasu do czasu zabiegi i jakoś żyję. Na stałe mojego kręgosłupa już się naprawić nie da. Ani lekarz ani medycyna niekonwencjonalna nic zdziałać nie mogą. Zwyrodnienie jest i będzie.Teraz już można tylko łagodzić wzmagające się od czasu do czasu bóle i uważać na przeciążenie.
Myszy wróciły. A myślałam, że już ich w tym roku nie będzie. Od wczoraj Megusia czatuje przy dziurze w pokoju a ja dzisiaj rano w kuchni widziałam w zlewie dwie na raz. Krzysiek jest oczywiście oburzony i wkurzony maksymalnie. Bo jest 13 kotów w domu a myszy po kuchni biegają na wyścigi. Według niego to wręcz skandal. No cóż musi się przyzwyczaić, stary dom, drewniane podłogi to i myszy się trafiają.



















