Codzienność

Codzienność

piątek, 16 maja 2014

Codzienne obowiązki, dziurawa rura i masaż kamieniami...

Nadal pada i to solidnie. Jest też zimno.  Byłam w mieście na roślinnych zakupach i solidnie zmokłam, bo parasolki naturalnie nie zabrałam. Teraz się grzeję i jednocześnie wędzę, ponieważ w rurze od pieca jest dziura jak pięść, a w piecu się oczywiście pali. Czeka mnie po południu nie tylko sadzenie roślin, ale i obsadzanie pieca od nowa, o ile Krzysiek rurę przytnie. Szamot na szczęście jest. Posadzę też oczywiście zioła w tym lubczyk i trzy pomidory. Kupiłam też nawóz kurzy i trzeba by go rozsypać w warzywniku. Powinnam też przenieść drewno, które powstało z wyciętych trzech jabłoni. Czwarta została do jesieni, bo ptaki na niej założyły gniazda i muszę im dać czas na odchowanie młodych. To teraz najważniejsze, a jabłonka nie ucieknie. Pracy mnie czeka sporo, ale praca koło domu jest zawsze i nigdy się chyba nie kończy. Zwłaszcza w sezonach ciepłych jest jej dużo. Odpocząć można zimą, choć i wtedy trzeba drewno do pieca rąbać, węgiel nosić i odśnieżać...Jednak mojego starego domu na nowy bym nie zamieniła i na bloki oczywiście również nie...Nie te klimaty...




Po południu czeka mnie też praca typu pisania, bo kilka tekstów napisać muszę. Mam też zabieg reiki wieczorem. Miałam też mieć świecowanie uszu, ale termin został zmieniony ze względu na pogodę. A później odpoczynek i czytanie. Wieczorem będę się relaksować bardziej, bo mam zamiar zrobić sobie coś podobnego do masażu gorącymi kamieniami. Mianowicie mam zamiar poprosić Krzyśka, żeby mi rozłożył cieplutkie kamienie na plecach w tym na czakrach i poleżę sobie tak chwilę. To bardzo odpręża. Kamienie kupiłam...


środa, 14 maja 2014

Codzienność i nieznośny Pikuś...

Dziś od rana pada  i mży. Jest smutno, szaro i ponuro.  Deszcz stuka  smętnie w parapety. Mnie ogarnął marzycielski nastrój i leń a pracować wcale mi się nie chce. Wciąż marzę o cieplutkim łóżeczku i ziewam. Nawet dwie kawy nie pomogły. Poprawiłam sobie trochę nastrój rozpaleniem w piecu, ale ochota do pracy mi przez to nie wróciła. Co to to nie. Za to nastrój zrobił się błogi i do marzeń mnie ciągnie i do poezji a nie do pisania tekstów o pralniach i biurach rachunkowych. Praca poczeka, bo dziś mogę sobie na to pozwolić, nic ani nikt  mnie nie goni, zleceń na wczoraj nie mam. Najwyżej mniej zarobię. To jest właśnie przewaga pracy typu wolny strzelec nad pracą na etacie za biurkiem. I jeszcze to, że nie trzeba się do pracy stroić, ani pazurków szlifować, a pracuje się na własnej kanapie z kotem na kolanach. Jutro jednak już będę się musiała zmobilizować i lenia pogonić na cztery wiatry, bo wydatki mnie czekają typu zakupy podobrazi, skrzyneczek do decoupage i surowców na kosmetyki...

Ostatnio mam problem z Pikusiem, bo nie chce zostawać sam na noc w ganku i piszczy wieczorem. Rano szczeka od 6 i nawołuje, a ostatnio zaczyna nawet wyć. Nie wiem co z tym fantem mam począć. Karcić go nie chcę, bo mi go szkoda, ale z kolei nie mogę pozwolić by mnie dręczył i mi spać nie dawał. Próbowałam brać go do sypialni, ale spokojnie spać na łóżku nie chce tylko łazi nocami i myszkuje po pokoju. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest za bardzo rozpieszczony, ale w tej chwili już się z tym nic zrobić nie da, bo to już się stało...No i problem...





Ostatnio zaczęłam sobie robić szal z kwadratów z tym, że nie babuni a takich w jednym kolorze. Kwadraty będą kolorowe. Myślę, że 4 kolory wystarczą. Będzie wykończony bordiurą albo pomponikami. Robię też zamotkę i czapkę. Kapy też nie skończone. A chodzi za mną jeszcze szal kwiatowy i oczywiście poncho z kwadratów babuni. Ciekawe kiedy to wszystko pokończę. Pewnie w zimie, bo teraz mnie ogródek ciągnie...

poniedziałek, 12 maja 2014

Pierwsze zbiory i domowe kosmetyki...

U mnie pogoda taka sobie od kilku dni. Jest przeważnie szaro i ponuro, a chwilami pada albo i grzmi. Na ogródku nie mam kiedy zrobić, a sporo prac czeka w tym sadzenie fasoli i sianie szczawiu. Trawa też coraz większa. Plewienie potrzebne na wczoraj. Dziś   zerwałam sałatę i zjadłam ze smakiem i to ze śmietaną czego mi na dukanie nie wolno. Nie mogłam się jednak oprzeć, bo to w końcu pierwsze zbiory z mojego ogrodu. Była przepyszna. Sałat jest kilka, a i powoli rzodkiewka dochodzi. Dziś już taką jak paznokieć zjadłam. Tą mogę jeść bez wyrzutów sumienia. Wszystko ładnie idzie. Jeszcze tylko pomidorów brak. No i ziół niektórych, bo trochę sobie kupiłam w doniczkach. Muszę też wysadzić ogórki i wysiać jeszcze raz cukinie. Wodę też już mam, bo wczoraj mi sąsiad założył. Teraz tylko jeszcze trzeba węża kupić...


Po południu robiłam sobie kosmetyki, bo już mi wszystko wyszło, a za kupnymi nie przepadam, bo to i chemia i doświadczenia na zwierzętach a to uważam za zbrodnię. Profesjonalne surowce muszę dopiero kupić więc zrobiłam z tego co miałam w domu. Powstał tonik z soku z ogórka, z soku z cytryny i z octu jabłkowego z dodatkiem olejku waniliowego/ spożywczego/. Nastawiłam drugi tonik czyli pokrojoną skórkę z pomarańcza z goździkami i octem jabłkowym. Dodam później do niego olejku goździkowego. Zrobiłam też mydło, a raczej przerobiłam, bo zamiast bazy użyłam mydła biały jeleń. Mydło jest z dodatkiem kawy i olejku goździkowego. Pachnie pięknie. Przydałby mi się też jakiś krem typu uniwersalnego i do twarzy i do ciała, bo oleju ziołowego nie za często mogę używać z powodu tłustawej cery. Nie używam kremów specjalistycznych typu przeciwzmarszczkowych np. ponieważ wychodzę z założenia, że starość to starość, każdego czeka i nie ma co szaleć. Krem ma nawilżać, pielęgnować, być lekki i ma pięknie pachnieć by używanie go było przyjemnością. I to tyle...




piątek, 9 maja 2014

Koty na wycieczce, praca i domowe SPA

Wczoraj o mało co a stałoby się nieszczęście, bo 4 koty przez nieuwagę Krzyśka wybrały się na dwór na spacer. Józek i Rozi zostały znalezione w sieni, a właściwie już na schodach. Lwica przerażona swoją odwagą utknęła na podwórku między ścianą domu, a rozłożystym świerkiem. Natomiast Ona uciekła do ogrodu, a później gdy Krzysiek ją próbował złapać, przesadziła ogrodzenie i pognała w pola. Wybiegliśmy za nią, ale już jej nigdzie nie było. Na dodatek na podwórku był hałas, bo sąsiad ciął mi drewno. Wróciłam do domu z mokrymi oczami i już planowałam pisanie ogłoszeń z nagrodą. Postanowiłam jeszcze jednak dać jej szansę powrotu i otworzyłam wszystkie drzwi, zamknąwszy uprzednio koty i psa w ganku od ulicy. Wystawiłam też jedzenie. Minęło chyba ze dwie godziny, a Ona nie wróciła. W końcu sąsiad drzewo pociął i gdy zbierał się już do domu Ona pojawiła się w furtce do sadu. Zawołałam ją i posłuchała, bo przybiegła sadząc wielkie susy. Po chwili znalazła się w pokoju a mnie kamień spadł z serca. Była przerażona i nerwowa, bo dość długo nie dawała się pogłaskać. Chyba jednak spacer jej się spodobał, ponieważ wieczorem miauczała pod drzwiami, żeby ją wypuścić. Zołza...

Drzewo zostało pocięte, a dziś Krzysiek zniósł je do komórki. Jest tego około 2 kubików i powinno wystarczyć na miesiąc palenia albo i dłużej. Jeszcze trochę będzie, bo mam zamiar wyciąć 4 suche stare drzewa owocowe z tym, że większość przeznaczę do wędzenia wędlin i serów jak już się za to wezmę jesienią o ile nic nie wyskoczy.



Dzisiejszy dzień był bardzo pracowity. Zszedł mi głównie na zarabianiu pieniędzy czyli na pisaniu tekstów. Trochę pracy podgoniłam, ale sobota i niedziela też będą pracowite. Przed wieczorem byłam trochę w ogrodzie. Przerwałam marchew i kilka grządek wyplewiłam. Posadziłam też kwiatki. W tym roku mam w doniczkach pelargonie, werbeny, petunie, szałwię, fuksje i heliotropy. Wczoraj kupiłam też trochę ziół, lawendę oraz starca.
Wieczorem zdałam sobie sprawę, że się okropnie zaniedbałam, a w zasadzie swoje ciało, bo o duszę i psychikę dbam. Postanowiłam więc tym razem zająć się moim biednym ciałem, bo trochę rozpieszczania też mu się należy. Przygotowałam sobie kąpiel stóp. Do wody wsypałam soli i wlałam olejku o zapachu wanilii. Co za rozkosz. Kilka razy dolewałam wody, a później stopy wymasowałam delikatnie i wtarłam oliwę pachnącą wanilią. Odżyłam i odpoczęłam za razem. Jutro rozpieszczania dalszy ciąg czyli maseczka na twarz i szyję i może peeling cukrowy na ciało.
Marzy mi się też masaż gorącymi kamieniami albo chociaż ułożenie gorących kamieni na plecach a zwłaszcza na kręgosłupie w miejscu czakr. Chętnie też bym się wybrała do jakiegoś ośrodka z basenami termalnymi, ale nic takiego w pobliżu mnie nie ma...

wtorek, 6 maja 2014

Przytulia, ogród i wiersze...

Dzisiaj dużo czasu spędziłam na dworze, a jeszcze czeka mnie ognisko wieczorem i pieczenie kiełbasek. Po południu korzystając ze słońca zerwałam wreszcie partię przytuli i powiesiłam w domu celem wysuszenia. Po wysuszeniu rozdrobnię, zapakuję do torebek, powieszę nad piecem i będę się nią delektować. Jutro też trochę zbiorę jak pogoda będzie odpowiednia. Tak sobie myślę, że do końca tygodnia wszystka, albo prawie wszystka przytulia z mojej posesji zniknie. Mam nadzieję, że mi się przysłuży. A później przyjdzie czas na zbiory gwiazdnicy i pokrzywy, które już czekają. Maj obfituje w zioła i sporo ich zamierzam zebrać. Tak sobie myślę, że wybiorę się też na zioła na pobliskie ugory i do lasu. Będą ludzie na mnie dziwnie patrzeć ale co tam znają mnie przecież...




Ostatnio nie mam za dużo czasu na robótki, bo znalazłam jeszcze jedną agencję i nawiązałam z nią współpracę. Tym razem piszę teksty krótkie, bo tylko 600 znaków ze spacjami bez synonimów więc pracy szybko ubywa. Trochę już zarobiłam, ale tekstów do napisania jest bardzo dużo i ciągle pojawiają się nowe a ja mam pracę...
W ogrodzie wszystko mi co wzeszło rośnie błyskawicznie i chłody nic nie zniszczyły. Wczoraj Krzysiek przygotował grządki na fasolę niskopienną i tyczną. Za tydzień będę wsadzać z tym, że nie wszystką na raz tylko w odstępach dwutygodniowych. Muszę też wysiać szczaw, macierzankę i jeszcze raz tymianek, dziurawiec i estragon. Nie wzeszło też oregano. Pewnie też kupię jeszcze cukinie, bo 3 się chyba zniszczą. Zmarniały zupełnie, ale co się z nimi stało nie wiem, bo nie jest to wina chłodu. Pięknie idą dynie i czosnek. Bób wzeszedł raczej kiepsko, a pietruszka jeszcze w ziemi siedzi.

Ostatnie wiersze i zmykam do pisania, a później jeszcze medytacja i zabieg Reiki...


Nie potrafię

     nie potrafię biec
szybciej od wiatru
ani wirować wdzięcznie
jak płatki kwiatów wiśni

nie potrafię martwić się
umykającym czasem
a krople deszczu na twarzy
witam z radością

spójrz
już chwyciłam słońce
dłońmi pełnymi wspomnień
marzę
i trwam
chwaląc dni aż po ich kres

 
Swojskie zakamarki


znalazłam w przestrzeni serca
cichy zakamarek
miejsce tchnące spokojem
swojskie i pachnące ziołami
jak kraina dzieciństwa
gdzie bzy rozkwitają
a dmuchawce tańczą w słońcu

odkryłam domek wśród łąk
obrośnięty bluszczem
drewniany omszony płot
i ławkę w słońcu

odpoczywam
odpływam w marzenia
wciąż głębiej i głębiej
a zgiełk teraźniejszości
umyka w nicość niczym dręczący sen



piątek, 2 maja 2014

Aktywność, zioła i robótki...



Dzisiejszy dzień był bardzo pracowity, choć nie wszystko udało mi się dokonać. Z powodu pogody nie udało mi się mianowicie zebrać przytuli, która w tym roku wysypała mi się w obejściu. Jest jej naprawdę dużo i mam zamiar ją wykorzystać. Zrobię nalewkę, a oprócz tego trochę też ususzę. Przytulia to cenne ziele jednak trochę w obecnych czasach zapomniane. Pomaga na wiele schorzeń. Kiedyś stosowano ją także na guzy nowotworowe. Mnie się przyda w celu oczyszczenia nerek, trzustki, wątroby i śledziony oraz na czyraki i guzki tarczycy do których mam skłonność. Uważa się również, że likwiduje wole. Mam też zamiar wykorzystać pokrzywę, chmiel i gwiazdnicę. Dziś nastawiłam 2 porcje nalewki z pączków sosny oraz syrop. Zrobiłam też porcję ,,lekarstwa" na kurzajki z glistnika. Glistnik obrodził w tym roku nad podziw. Nie mam jednak odwagi używać go wewnętrznie, choć działa bardzo efektywnie. Będzie też sporo koniczyny i oczywiście czarnego bzu. Pojawił się również bodziszek. Za to wysiany dziurawiec się nie pokazał...
Po południu byłam w ogrodzie i wreszcie wyplewiłam tu i ówdzie. Wyłożyłam też słomę na grządki z kabaczkami, dynią, poziomkami i truskawkami. Chwastów będzie mniej, a owoce nie będą się brudzić i gnić. Zobaczymy jak to się sprawdzi. 
Jutro też pewnie popracuję mimo święta jak pogoda dopisze. Dziś już prawie jestem wolna, bo zostało mi jeszcze tylko napisanie kilku tekstów na portale bankowe tak, że popracuję z godzinkę, a później fajrant do samej dwunastej o której pewnie pójdę spać...Podziałam robótkowo...





czwartek, 1 maja 2014

Pracowite dni, zakupy i ryzyko przymrozków...

Pogoda zmienna jest, ale tym razem tego nie przewidziałam i wysadziłam dynie oraz cukinie do ogródka, a tu niespodziewanie okazało się , że ma przyjść ochłodzenie. Możliwy nawet przymrozek do 3 stopni za kilka dni. Przykryję co się da, ale czy to coś pomoże? Wszystko mi już wzeszło i wszystkiego nie zdołam przykryć, bo nawet nie mam czym. Kurczę, a tak ładnie mi szło i tak się cieszyłam. Obawiam się szczególnie o marchew, rzodkiewkę, koper, cebulę, bób i słonecznik, bo tego nie mam czym przykryć. I co teraz?

Wczoraj byłam w mieście i kupiłam sporo włóczki oczywiście mojego ulubionego akrylu. Wybór był spory i chwilę trwało nim się zdecydowałam, a tu okazało się , że obok pasmanterii została otwarta druga i to doskonale zaopatrzona. Koniec końców weszłam i do niej no i wyszłam z następną reklamówką włóczki. Teraz mam z czego robić czapki, bo poduszek na razie mam dość. Ostatnio trzy czapki udało mi się sprzedać to trzeba uzupełnić zapasy...



Jutro, a w zasadzie dzisiaj szykuje mi się sporo zajęć mimo święta. Muszę popracować, bo wzięłam kilka zleceń. I tak będę pisała teksty dla klientów agencji oraz teksty do portali bankowych. Mam też zrobić miód z mniszka, ponieważ następna partia kwiatów dojrzała. Powinnam też przygotować nalewkę z sosny, a to oznacza pracowite zrywanie pączków. Nalewka z sosny jest jedną z moich ulubionych i w tym roku mam zamiar przygotować kilka butelek. A plewienie czeka i haiku do nowej antologii też jeszcze nie wszystkie przygotowane...Ostatnio doba coś się jakby skróciła...