Codzienność

Codzienność

środa, 26 lutego 2014

Działanie i chory Morusek

Dziś już dzień spokojny i pełen przyjemności . Zrealizowałam dwa zlecenia na 6 artykułów typu precle w tym jedne o kuchni regionalnej, a drugie zwiedzaniu Polski. Pieniędzy za nie za dużo nie będzie, bo to artykuły proste w pisaniu i bardzo krótkie. Jeden piszę średnio 15 minut. Uciekły mi dwa - z frazą urlop i nieruchomości. Szkoda. Teraz oczywiście też działam. I tak przed chwilą pomalowałam kolczyki temperą z brokatem, a wcześniej napisałam wiersz na warsztaty na portalu. 

Ta chwila

wieczór napęczniał mrokiem
popołudnie odpłynęło w cień
zalewając oczy oranżem

chwila po chwili
dotykam
miękkości twoich warg
zakreślam oczy
szare jak skrzydełka ćmy
drażnię rzęsy
oddechem pieszczę
włosy na karku

nie pozwól mi zwrócić
nie pozwól zapomnieć
o westchnieniach
i ciszy nabrzmiałej krzykiem

nie pozwól mi się cofnąć
nad krawędź samotność
nad urwisko bólu i rozpaczy


A później będę czytać o pisaniu tekstów reklamowych i tym podobnych sprawach. Będę też działać na portalu z wiadomościami o kredytach. No i cały czas będę się czaić na zlecenia.

Wczoraj natomiast i przedwczoraj miałam bardzo trudne dni bo mi się rozchorował Morusek. Przedwczoraj nie siusiał i nawet masaż pęcherza nie pomógł. Wczoraj rano pojechałam więc oczywiście do weterynarza, bo tylko on może pomóc na SUK. Biedak został uśpiony i miał płukany pęcherz z piasku i złogów. No a później trzeba było go pilnować, żeby sobie krzywdy nie zrobił, bo chodził przez cały dzień jak pijany. Dziś jest już w porządku- łasi się, mruczy i przytula. Tylko suchą karmę tą specjalną urinary nie za bardzo chce jeść. Zawsze wolał mięso i ryż z mięsem. Weterynarz sugerował, żebym go przegłodziła i pewnie tak zrobię. Karma jest bardzo ważna, ponieważ ta specjalna zakwasza mocz i piasek się rozpuszcza. No i mam teraz dwa koty z SUK - Moruska i Józka.



piątek, 21 lutego 2014

Praca, kolczyki i kocie amory...

Ostatnie dni były pracowite i udało mi się zarobić całkiem niezłą sumkę zważywszy, że pracowałam na siedząco, a właściwie leżąco we własnym domu na kanapie  w dresie, rozciągniętym a jakże i z włosami w nieładzie a la zdenerwowany Chopin. Bardzo, ale to bardzo praca tego typu mi odpowiada i oby zleceń było więcej. Nie pogniewam się, bo lubię gdy głowa pracuje na wysokich obrotach.
Na dziś już pracę skończyłam z tym, że odpoczywam czając się jednocześnie na zlecenia. Może coś wpadnie, a jak nie to problemu nie będzie, bo pomaluję za to kolczyki. Od dawna już takie za mną chodzą. Mam trochę drewnianych, bo kupiłam, żeby obkleić. Teraz będę malować i zobaczymy co z tego wyjdzie.

Pogoda ładna i czuć już wiosnę - przebiśniegi pod domem mamy już czarują bielą, a mama już  urwała do wazonu bazie i forsycję. U mnie też już forsycja w wazonie stoi i czekam kiedy okryje się żółcią. Słychać też już kosy i koty szukające partnerów. Moja kotka, ta nowa, też miała ruję i zaczepiała kawalerów, ale oczywiście zaloty pozostały bez echa, bo towarzystwo wykastrowane. Koteczka jest fajna z tym, że bojaźliwa i przez to agresywna, gdy próbuje się ją brać  na ręce. Będzie problem z weterynarzem w razie choroby, bo kastracji nie zaryzykuję. Kto by ją utrzymał skoro gryzie i to solidnie do krwi. Ciekawe co też musiała biedna przejść w poprzednim domu. Nic dobrego skoro tak reaguje.

Z odchudzania nici, bo głoduję a waga nie chce spadać. Nie wiem co się stało. Mój organizm mnie zdradził i zbuntował się na całego. Po świętach spróbuję jeszcze diety Dukana, ponoć na takie przypadki działa.

Zmykam na medytację, a później może pomaluję te kolczyki...

niedziela, 9 lutego 2014

Praca, bułki i haiku

Praca mi idzie dobrze i sprawia mi frajdę. Złapałam już kilka zleceń w tym jedno z tych na wczoraj. Od 2 dni pisałam po kilka godzin teksty reklamowe na forach. Jutro mam do napisania tylko króciutki tekst o antenach satelitarnych i już laba tzn. pisanie ale, na zapas i na portale gdzie dopiero zaczynam działać czyli luz. Zarobiłam już trochę i tak sobie myślę, że można z tego wyżyć, choć raczej skromnie jeśli nie chce się pracować  po całych dniach. Można też złapać całkiem fajne i ciekawe zlecenia na dłużej. Teraz jest zlecenie na prowadzenie bloga kulinarnego przez kilka miesięcy, ale jest już 45 osób chętnych więc wątpię, żebym go zdobyła.

Teraz już odpoczywam z dwoma mruczącymi pupilami na kolanach. Czuję się błogo. Tak jest cicho i spokojnie. Nawet Krzysiek olimpiady nie ogląda, bo ma fazę na czytanie. Ostatnio przyniósł z biblioteki nawet romanse.
Dziś oglądałam jazdę figurową na lodzie i skoki tak, że i ja trochę sportem żyję, ale bez przesady. A po południu upiekłam bułki z tymiankiem i rozmarynem. Były pachnące i bardzo smaczne. Zjadłam bez wyrzutów sumienia, bo raz człowiek żyje.

A na koniec moje zimowe haiku, które zajęło I miejsce w konkursie na blogu http://eddie-ad.blogspot.com/

Mróz o poranku
kot wącha białe kwiaty
na szybie


niedziela, 2 lutego 2014

Jezioro w domu, praca i remedium na humory męża...

Od wczorajszego wieczora mam w domu jezioro, bo z sufitu leją się istne potoki wody. Cała sypialnia koło łóżka jest zalana. Pływa dywanik i utonęła waga. Nie wiem co się stało i skąd ten kataklizm. Mam wprawdzie dziurawą w dwóch miejscach rynnę, ale jeszcze nie ustaliłam czy tu jest pies pogrzebany. Dziury w rynnie są już od jesieni, ale ich nie zdążyłam naprawić, choć silikon kupiłam i czeka. Czekałam i ja na kilka dni słonecznej pogody, żeby rynny były suche. Niestety nie doczekałam się i dziury pozostały. Teraz jest kłopot i pewnie będzie do puki śnieg z dachu nie stopnieje. Najgorsze jest to, że w sypialni niedawno był remont i naprawa ścian i malowanie. Drugiego robić nie będę, bo mi się rozgardiasz w domu nie uśmiecha. Będę więc tak siedzieć i patrzeć na ślady kataklizmu...

Od kilku dni szukam pracy w internecie. Zapisałam się do kilku serwisów, na fora i portale. No i szukam zleceń typu pisanie tekstów, prowadzenie blogów czy fanpage. Interesujących zleceń jest trochę, ale chętnych do zarobku o wiele więcej. Potrzeba więc sporo szczęścia, by zlecenie dostać. Może i mnie się uda. Dodałam też kilkanaście artykułów do Textmarket. No i zobaczymy. Jestem dobrej myśli tym bardziej, że nie oczekuję dużych zarobków za nicnierobienie tylko konkretnych pieniędzy za solidnie wykonaną pracę. Zamówiłam też kilka książek z tej tematyki i teraz czekam...
Kusi mnie też kurs dziennikarski. Wprawdzie kiedyś pisywałam już teksty do gazet, a nawet prowadziłam całą kolumnę w czasopiśmie dla dzieci oraz drugą w czasopiśmie dla młodzieży, ale na pisaniu tekstów typu reportaż, felieton itp. nie znam się wcale. 







W czwartek przyszły wreszcie krople dr.Bacha. Pije je po cztery, cztery razy dziennie i muszę przyznać, że działają. Jestem spokojniejsza, bardziej odprężona i zrelaksowana. Nawet dzikie wrzaski i marudzenie mojego męża przyjmuję z całkowitym spokojem, a nawet obojętnością. On wrzeszczy, a ja zamiast wdawać się z nim w dyskusje siedzę sobie w spokoju i zajmuję się swoimi sprawami. Częściej też się uśmiecham. Swoją drogą ten mój wściekły mąż, biedny taki jest no, ale cóż ani pomocy nie chce ani pracować nad sobą też nie zamierza. Na psychoterapię też nie wyraża zgody. Uważa, że tabletka załatwi wszystko, ale niestety same leki mu nie pomagają. Nie jemu. I cierpi i innym zatruwa życie...Tak bywa.















poniedziałek, 27 stycznia 2014

Obowiązki, przyjemności ,wiersz, haiku i irysy...

Wstałam wcześnie, bo Krzysiek musiał wyjechać na szkolenie bhp niezbędne w związku z przyjęciem do pracy. Pracować będzie od 1 lutego w tym samym zakładzie pracy w którym pracował z tą różnicą, że już nie na cały etat, a tylko na 2/3. Pieniędzy będzie mniej i będziemy musieli ograniczyć wydatki. Trudno jakoś sobie poradzimy tylko z remontami trzeba będzie przystopować. Laba się powoli kończy i już dzisiaj przybyło mi obowiązków. Musiałam rozpalić w piecu, wyczyścić  kuwety i ugotować jedzenie dla zwierząt. Uwinęłam się szybko i już po niecałych 20 minutach leżałam w pokoju dziennym z kawą oczywiście owinięta kołdrą i przy piecu. Nastrój mam jak najbardziej pozytywny i nawet zimno mi specjalnie nie przeszkadza. W końcu za kilka dni można się spodziewać roztopów i oby siarczyste mrozy  już w tym roku przeszły i nie powróciły. Mam tylko nadzieję, że niskie temperatury nie zaszkodziły moim drzewkom. Cieszę się, że jak na razie nie zima nie dopiekła mi na tyle, żeby zamarzła woda w piwnicy i rura od szamba. Dobre i to.
Dzisiejszy dzień mija mi spokojnie na przyjemnych zajęciach czyli na czytaniu, pisaniu wierszy i medytacjach. Słuchałam też przez chwilę muzyki celtyckiej. Wieczorem mam zamiar malować może moje ulubione maki albo bratki. Chodzi za mną pejzaż, ale chyba jednak poczekam na lepsze farby. W nocy będę wysyłała Reiki dla niedomagających kotów. Tym razem w złym stanie jest śliczna tygrysio- biała koteczka i biało- czarny bardzo sympatyczny kocurek. Koty przebywają w Niemczech, ale dla energii to żadna przeszkoda. To już następna parka ze stada, której staram się pomóc i coś czuję, że na tej czwórce się nie skończy, gdyż choroba się błyskawicznie rozprzestrzenia. Atakuje i nie popuszcza mimo brania leków, a koty nikną w oczach.

Ostatni efekt mojej aktywności czyli wczorajszy wiersz/erekcjato/ i niedawno namalowane na papierze do akwareli irysy, a także moje ukochane haiku z zimą w tle...

Lekkie pieszczoty


dotykasz włosów
pieszczotą lekką i subtelną
gładzisz policzki
delikatnie kreślisz kształt
brwi nosa warg
smakuję cię chciwie
 w zamian
drażnisz szyję
nawiedzasz dekolt
spijasz krople potu
drżę w oczekiwaniu na więcej

letni deszczu








atak zimy
gałązka bzu w bieli
puka do okna

mróz od rana
oszroniona gałązka
w twoich dłoniach

spacer w śnieżycy
pies biegnie do domu
po twoich śladach

sobota, 25 stycznia 2014

Zimno, muzyka, Reiki i dusza...

Zimno. Okropnie zimno. Rano mam w sypialni 10 stopni, a w pokoju dziennym około 15. Nie mogę nagrzać domu, choć palę w obu piecach i to solidnie. Wczoraj w nocy zmarzłam, bo spałam bez piżamy i pod samą kołdrą. Dzisiejsza noc pod kołdrą i pierzyną już była lepsza. Marznę ja, marzną koty i marznie Pikuś. Krzyśkowi oczywiście ciepło i narzeka, że za dużo węgla spalam. Ja przesiaduję całe przedpołudnia zawinięta w kołdrę w pokoju dziennym pod piecem. Koty leżą pod piecem albo na kaloryferach, a pies ze mną pod kołdrą. Dopiero po południu robi się cieplej. Wtedy też dopiero zabieram się za pracę. Obiady gotuję na 18, a o sprzątaniu zapomniałam. O malowaniu w pracowni nie ma mowy, bo tam jest tylko elektryczny grzejnik i to mały. Zwierzęta zjadają tony jedzenia i ciągle im mało. Ptaki przychodzą do stołówki całymi stadami i pochłaniają olbrzymie ilości pszenicy. A co z bezdomnymi kotami i psami, o które nikt się nie troszczy? Nawet myśleć nie chcę , bo ogarnia mnie rozpacz. Czekałam na zimę, a teraz mam jej dość ledwie po kilku dniach. Nawet na spacerze nie byłam, bo podziwianie śniegu, ani mi w głowie. Tak to jest, gdy człowiek odchudza się w zimie. Organizm pozbawiony tłustszego jedzenia wychładza się i nie ma jak bronić się przed zimnem. Trudno jakoś to przetrzymam. No ale koniec marudzenia na dziś...
Ostatnio sporo czasu spędzam na słuchaniu muzyki, a wczoraj przypomniałam sobie balet Jezioro łabędzie... 



Dziś słuchałam między innymi...



Zmykam na medytację, a później może trochę poczytam. Skończę też piec bułki z pieczarkami, które mają być na kolację i zjem jedną mimo diety. Wieczorem mam zabiegi Reiki dla dwóch kocurków z Niemiec, które borykają się z ciężką infekcją odporną na większość antybiotyków. Jest już znacznie lepiej, ale zaraziły się następne...W nocy czeka mnie też zabieg Reiki dla mnie, bo ostatnio zajęłam się swoją duszą...









środa, 22 stycznia 2014

Śnieg, zimne stopy, nadwaga i wytworki...

Wreszcie spadł śnieg i u mnie. Jest pięknie i bajkowo, ale też i zimno. Dziś w nocy zmarzłam na kość mimo napalenia wczoraj w piecokuchni. Nie wiem może to dieta tak na mnie wpływa, ale ciągle jest mi zimno do tego stopnia, że siedzę poubierana na cebulkę i do tego pod kołdrą, a stopy i dłonie i tak mam lodowate. W pokoju jest około 22 stopni, a ja na dodatek siedzę koło pieca. Dziś na rozgrzewkę piłam herbatkę z rumem i raczyłam się naleweczką, a to masa kalorii jest. Śnieg podobno zawitał na dłużej to jeszcze zdążę zrobić zdjęć...
Dieta mi idzie i trochę już kilogramów spadło. Ostatnio zainteresowała mnie dieta 3 D chili i zaczęłam do wszystkich posiłków dodawać ostre przyprawy typu pieprz, chili, carry, papryka. Przyprawy te ponoć zwiększają przemianę materii i warto je dodawać do każdego posiłku. Zobaczymy jak te innowacje w diecie na mnie wpłyną.
Dziś zamówiłam też sobie krople Bacha, które mają wpływ na emocje, a więc pośrednio i na nadwagę.
test tu http://drbach.pl/
Kupiłam też parę olejków zapachowych pomagających na problemy z trawieniem i z zatrzymywaniem wody w organizmie.
Dużo też medytuję i wizualizuję swoje szczupłe i sprawne ciało. Co ważne już się widzę szczupła i przypomniałam sobie wreszcie jak to jest być sprawną...I oby do przodu...
Od kilku dni maluję. Powstały 3 obrazy według zasad vedic art na podobraziu. Namalowałam też plakatówkami irysy na papierze. Plakatówki, które mam są zwykłe z supermarketu. Maluje się nimi bardzo ciężko, bo kolory są okropnie brzydkie,  mdłe i nienaturalne. Zieleń ma odcień niebieski, a mojego ukochanego fioletu ani różu nie ma wcale. Chyba muszę zainwestować w bardziej profesjonalne farby tego typu np. tempery czy gwasze, ponieważ z pieniędzmi u mnie ostatnio kiepsko, a podobrazia są drogie. Na dodatek skończyły mi się też papiery do decoupage, a serwetek mam tylko kilka. Powinnam coś zamówić, ponieważ trochę przedmiotów do zdobienia czeka i czeka w tym dwie skrzyneczki do zrobienia na wczoraj. Ostatnia skrzyneczka na moje skarby wyszła nieźle, czego na zdjęciu nie widać. W rzeczywistości jest w kolorze brzoskwiniowym z dodatkiem brokatu.



Miłego dnia...