Codzienność

Codzienność

czwartek, 6 listopada 2014

Brak światła, zupa z dyni i opowiadanie.

Dziś od rana do 15 nie było światła. Awaria była spowodowana pewnie silnym wiatrem, który wiał nieprzerwanie od dwóch dni. Pogoda w ogóle jest dziwna jak na listopad, bo jest bardzo ciepło w nocy. Wczoraj było 14 stopni i dziś pewnie też tyle będzie, bo temperatura nie spada. Mnie jest oczywiście za gorąco, śpię przy otwartym oknie i sypialni nie ogrzewam. 
Przez dzisiejszy brak światła nic prawie nie zrobiłam /czytałam książkę/, bo niby jak. Tekstów nie pisałam, a obiad przygotowałam na 17. Była zupa z dyni. Wyszła rewelacyjna. Jutro sos z dynią i koniec tego przysmaku na ten rok.

Zupa z dyni

kawałek średniej dyni
4 ziemniaki
cebula
liść laurowy
3 kostki warzywne
kawałek startej marchwi
majeranek
pieprz
mąka
śmietana
kawałek boczku
kawałek kiełbasy

Marchew i dynię rozdrobnić, dodać  przyprawy, boczek, kiełbasę i gotować przez 30 minut. Dodać pokrojone ziemniaki i gotować do miękkości. Zaprawić mąką i śmietaną.

Późnym popołudniem zrobiłam sobie medytację z kamieniami i buszowałam w internecie głównie po portalach poetyckich i po forum reiki.

A na koniec ostatnie opowiadanie. Nie w moim stylu jest, ale miało być o opowiadanie grozy na portal.
Zapisałam się już na kurs pisarski. Zaczyna się pod koniec listopada i potrwa jakiś czas. Ciekawe czy kurs mi pomoże rozwinąć się.

Nieuchwytny

Cholera - zaklął porucznik Markowski, gasząc papierosa. Znowu on. Przeklęty psychol. Cała komenda ugania się za nim od kilku miesięcy, a on sobie z wszystkich drwi. Morduje dalej, nie przejmując się ani trochę działaniami policji. Jest nieuchwytny. Nieuchwytny. Tak właśnie nazywali go między sobą, co szybko podchwyciła prasa. Działa zawsze wieczorem lub w nocy, a narażone są kobiety w ciąży. Skąd u licha wie, że ofiary są w ciąży, skoro tego nie widać? Czuje to skubaniec czy co? Ciekawe czy i tym razem coś podrzuci tylko po to by dać im zajęcie, a w efekcie wyprowadzić w pole. Lubił się z nimi bawić w kotka i myszkę, lubił zwodzić i szokować.

- Pieprzony popapraniec - mruknął wysiadając z samochodu. Nie mógł sobie wybrać lepszej pory. Od rana leje. Zmyje wszystkie ślady.

Park wyglądał ponuro. Deszcz i snująca się między drzewami mgła sprawiały niesamowite wrażenie. Wyglądały jak z sennego koszmaru. Ekipa techników była już na miejscu, ale zabezpieczać nie było co. Technicy kręcili się po okolicznych krzakach klnąc i złorzecząc. Mimo późnej pory i deszczu, grupka gapiów powiększała się w tempie iście ekspresowym. 

Dziewczyna leżała w kałuży, długie jasne włosy okalały drobną, ładną twarz. Szeroko otwarte zielone oczy lśniły w świetle księżyca. Nie było widać śladów przemocy poza czerwoną plamą w dole brzucha. Krew spływała po obnażonych szczupłych udach, barwiąc wodę.

- A to drań - rzucił któryś z techników. Tym razem to prawie dziecko. Mam córkę w jej wieku.
- Ciekawe czego szukała wieczorem w takim miejscu. Nie wygląda na prostytutkę, ani narkomankę - dorzucił drugi. Zresztą kto ją tam wie? W tym wieku przeciętne dziewczyny raczej w ciążę nie zachodzą.
- Zbieramy się. Nic tu po nas - dodał.

Porucznik odjechał tuż po tym jak zabrali ciało. Nie rozmawiał z nikim, bo i po co. Przecież i tak na razie nic nie wiadomo. Na przemyślenia, przesłuchania i wnioski przyjdzie czas. Sekcja jutro. Co nieco się wyjaśni. Zawsze tak pracował - trochę na uboczu, stopniowo rozwiązując zagadkę i dodając element do elementu jakby układał puzzle. Mieli go za ponuraka, odludka i dziwaka. Trudno. Ważne, że działał skutecznie. Tym razem też mu się uda.

W samochodzie znowu zapalił z lubością zaciągając się głęboko. To już piąta paczka odkąd zaczął palić z powrotem. „Wykończy mnie ta sprawa jak nic. Wanda się wścieknie jak się dowie, ze znowu palę" pomyślał. Znali się z Wandą od kilku lat. Od dwóch lat byli parą. To ona ściągnęła go do N z Warszawy tuż po tym jak jego lekarz stwierdził, że jeśli chce jeszcze pożyć musi unikać stresów. Miało to być spokojne, idylliczne miejsce. Miała być spokojna praca, a tu teraz taki pasztet. Jakiemuś wariatowi zachciało się napadać na kobiety i wycinać im płody. Zabił dotychczas cztery i pewnie już polował na piątą. ,,Dobrze, że Wanda nie może mieć dzieci” myślał jadąc do domu. Przynajmniej jest bezpieczna.

Następny dzień przywitał go ciepłem i rześkim powietrzem. Wanda wyszła wcześniej pozostawiając mu śniadanie na stole i karteczkę z informacją, że ma dla niego niespodziankę. Po wczorajszym deszczu pozostały tylko nieliczne kałuże. Omijał je jadąc do prosektorium. Chciał zdążyć zanim zacznie się sekcja, ale mu się nie udało, bo zaczęli wcześniej. Gdy dotarł na miejsce ciało było już przykryte, a lekarz właśnie mył ręce. W kafelkach obok okna odbijało się jesienne słońce, ale rdzawe smugi koło stołu nie pozwoliły mu zapomnieć gdzie się znajduje. Zapach drażnił nozdrza.

- Tym razem się pomylił - zagaił lekarz. Ofiara nie była w ciąży. Nie wiedział o tym, bo rozciął jej macicę.
- Jak zginęła? - spytał. 
- Tak jak poprzednie od uderzenia w głowę.
- Żyła, gdy ją kroił?
- Trudno stwierdzić, ale jeśli tak na pewno, była nieprzytomna, bo nie ma śladów walki.
- Kiedy będę miał wyniki na biurku?
- Najdalej pojutrze. Dziś mam jeszcze jedną sekcję - samobójczyni. Zginęła pod pociągiem. Nie będzie to przyjemne i trochę czasu mi zajmie - dodał usprawiedliwiając się lekarz.

Komisariat opuścił późno - mrok już od dawna rozpełz się między domami, cienie rzucane przez latarnie wyglądały surrealistycznie. Miasto było jak wymarłe. Ludzie bali się wychodzić po zmroku, żeby nie natknąć się na szaleńca. Niby atakował tylko kobiety w ciąży, ale kto go tam wie. Wanda pewnie nie czekała z kolacją. Może już śpi. Ostatnio nie czuła się najlepiej. Wczoraj miała iść do lekarza. Nawet nie spytał co jej dolega. Zaparkował pod domem, zamknął samochód i cicho otworzył drzwi wejściowe. W domu było ciemno i zimno. Ślady błota dostrzegł już w przedpokoju. Poczuł ukłucie niepokoju, ale jeszcze niczego nie przeczuł. Po wejściu do sypialni wszystko stało się jasne. Wanda leżała na łóżku. Była naga. Ręce miała skrępowane i przywiązane do łóżka, nogi rozrzucone. Podbrzusze miała zmasakrowane, a w wytrzeszczonych oczach zastygło przerażenie. Rozbryzgi świeżej krwi lśniły w świetle. Na szafce nocnej tuż obok bezkształtnego kawałka mięsa leżało coś małego. Maleńka okrwawiona drobinka nie większa od kciuka. Kruszynka, której nie dano szans na życie. Porucznik Markowski pobladł, zamknął oczy, a ból wykrzywił mu twarz. Po chwili stracił oddech, zwalił się ciężko na podłogę i znieruchomiał. Rozszalałe serce łomotało jeszcze tylko moment. W ostatnim przebłysku świadomości pomyślał,,Tym razem przegrałem".

11 komentarzy:

  1. Nic nie widać, blogger dostał kota hmmm...

    OdpowiedzUsuń
  2. Również kocham pisać, niestety wszystkie moje próby lądują w końcu w piecu - trudno mi uwierzyć, ze mogą kogokolwiek zaciekawić. Ale w tym roku postanowiłam wystartować z nową próbą i to w dzień moich urodzin ;-) Oby to był dobry moment. O kursie pisarskim nigdy nie myślałam. No i zawsze marzyłam o napisaniu kryminału :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to, "obok bezkształtnego kawałka mięsa"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miałam na myśli kawałek ciała...

      Usuń
    2. Tak, wiem, ale myślałam, że tym bezkształtnym kawałkiem mięsa był właśnie wyrwany z ciała płód.
      Aha, zapomniałam dodać, że podobało mi się opowiadanko.

      Usuń
  4. Jak dla mnie to makabryczne opowiadanie.Powodzenia na kursie.Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń

dziękuję za odwiedziny i komentarze..pozdrawiam